Rząd walczył z wiatrakami na lądzie. Teraz ponosi koszty chronienia kopalni

W efekcie zablokowania przez rząd inwestycji w farmy wiatrowe na lądzie (ustawa 10H), która wykluczyła 99,7 proc. obszaru Polski, nasz kraj ponosi teraz olbrzymie koszty ochrony kopalń i ryzyko kryzysu energetycznego.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Nowe farmy wiatrowe, gdyby powstały, dostarczałyby dużo więcej taniej energii.

- To spadające zapotrzebowanie na węgiel było jedną z przyczyn, że rząd przez siedem lat utrzymywał przepisy nazywane zasadą 10H, która określą minimalna odległość wiatraka od domu mieszkalnego - mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. - Dziś płacimy za te decyzje, wydając miliardy złotych na import węgla.

Reklama

Od stycznia do sierpnia farmy wiatrowe i fotowoltaika - w dużej mierze na dachach prywatnych domów - dostarczyły ponad 19 terawatogodzin energii elektrycznej. To pozwoliło zmniejszyć zapotrzebowanie na węgiel kamienny o 8-9 mln ton.

Do końca roku te oszczędności na węglu wzrosną do kilkunastu milionów ton. Jednak może nam zabraknąć 2-3 mln ton węgla.

Tego problemu by nie było, gdyby nie blokowano rozwoju odnawialnych źródeł energii. Budżetu państwa nie obciążałyby na tak wielką skalę dopłaty do bardzo drogiego węgla.

Pozostajemy z zasadą zabraniającą lokowania elektrowni w odległości mniejszej niż 10-krotność wysokości turbiny, która sprawia, że inwestycje w elektrownie wiatrowe są niemożliwe na 99,7 proc. obszaru Polski.

marketnews24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »