Reklama

SAS - olbrzym pod kroplówką

Skandynawskie linie lotnicze SAS w listopadzie, po dramatycznych negocjacjach, w ostatniej chwili uniknęły bankructwa. Sytuacja była jednak tak katastrofalna, że kapitanowie wszystkich samolotów otrzymali polecenie zatankowania do pełna, tak aby w każdej chwili móc wrócić do domu.

SAS, którego głównymi udziałowcami są rządy Danii (14,3 proc.), Szwecji (21,4 proc.) i Norwegii (14,3 proc.), zatrudnia 15 tys. osób. Plan awaryjny uzgodniony z bankami przewiduje zwolnienie 6 tys. pracowników oraz znaczne obniżenie zarobków i wydłużenie czasu pracy dla pozostałych, lecz zdaniem analityków branży lotniczej, koniec państwowego olbrzyma jest nieunikniony. Mówi się, że znajduje się on "pod kroplówką" w stanie sztucznego utrzymywania przy życiu.

- SAS jest firmą państwowa i strategicznie łączy Skandynawię, więc nie może tak sobie zbankrutować - twierdzi były premier Szwecji Göran Persson. Analitycy stwierdzają jednak, że przewoźnik przespał rewolucję tanich linii lotniczych, polegająca głównie na obniżaniu kosztów i maksymalnym wykorzystaniu samolotów i jest niereformowalny, a nie można w nieskończoność finansować firmy, która co roku przynosi straty.

Reklama

Jako pierwszy swoją pensję obniżył dyrektor generalny Rickard Gustafson, czym wywołał śmiech wśród konkurencji i samych pracowników, ponieważ zmniejszył swoje zarobki z 1,5 mln do 1,2 mln dol. rocznie.

- Jego obecne dochody wystarczyłaby dla utrzymania całej naszej administracji i jeszcze by zostało - skomentował Bjoern Kjos, dyrektor i właściciel najgroźniejszego rywala SAS, norweskich linii lotniczych Norwegian, który zarabia 150 tys. euro rocznie.

Pracownicy SAS są zrzeszeni w 35 związkach zawodowych, a średnia pensja wynosi 7,5 tys. dol. miesięcznie. Norwegian zatrudnia 2,5 tys. osób ze znacznie niższymi pensjami i większą liczbą godzin pracy i działa w nim zaledwie sześć organizacji związkowych.

Kjos podkreślił, że nawet gdyby obniżyć wszystkie pensje do zera, to koszty SAS byłyby i tak o 50 proc. wyższe niż w Norwegian. - Po prostu muszą wymienić flotę, ponieważ jest za stara, zbyt paliwożerna i wymaga kosztownego serwisu.

Porównanie obu przewoźników jest dramatyczne. Samoloty SAS mają średnio 12-13 lat , a Norwegiana 5 lat. Skandynawski państwowy olbrzym otrzyma 15 Boeingów w latach 2013-14 i zamówił 30 nowych Airbusów z dostawą od 2016 r. Norwegian zakontraktował 222 nowe maszyny, po połowie Airbusy i Boeingi, o wartości 21,6 mld dol.

SAS, posiadający 132 samoloty, przewiózł w 2011 r. 22,9 mln pasażerów, lecz ponosi straty, które w ostatnich 10 latach wyniosły 1,9 mld dol., a Norwegian działający właśnie od 10 lat z obecną flotą 68 maszyn przewiózł w 2011 roku 16 mln osób i od początku swojej działalności przynosi zyski. Od kwietnia rozpoczną się dostawy ośmiu zamówionych Boeingów 787 Dremliner i linia rozpoczyna nowy etap - przewozy międzykontynentalne. Ze Sztokholmu i Oslo można będzie polecieć do Nowego Jorku i Bangkoku za 250 dol. w jedną stronę.

- Proste rozwiązania, mała liczba zatrudnionych z dyrekcją liczącą zaledwie siedem osób i nowe zużywające mało paliwa maszyny to klucz do sukcesu. Dla SAS koktajl śmierci to przerost zatrudnienia i przestarzała, paliowożerna i droga w utrzymaniu flota. Czas państwowych gigantów w tej branży już się skończył - mówi nie tylko Kjos, lecz wszyscy skandynawscy obserwatorzy branży lotniczej.

Zbigniew Kuczyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »