Reklama

Strach się leczyć

Do sejmu trafił pakiet ustaw zdrowotnych opracowany przez Ministerstwo Zdrowia. Projekt budzi wątpliwości nie tylko związkowców, pracowników służby zdrowia, ale również samorządowców, na których barki przerzuca się odpowiedzialność za błędy rządu i bezpieczeństwo zdrowotne Polaków.

W ocenie minister zdrowia Ewy Kopacz nowy pakiet ustaw ma wprowadzić większą odpowiedzialność podmiotów założycielskich szpitali za ich funkcjonowanie i jakość świadczeń medycznych, umożliwić pacjentom szybsze dochodzenie swoich praw oraz poprawić dostęp do leków refundowanych. Nowe przepisy mają także m.in. przyspieszyć wchodzenie młodych lekarzy na rynek pracy.

Reklama

Innego zdania są niektórzy konsultanci społeczni, którzy ocenili pakiet i część środowiska medycznego.

Prywatny robi, co chce

Planowanych ustaw jest osiem. Największe kontrowersje budzi projekt ustawy o działalności leczniczej. Dotyczy funkcjonowania placówek medycznych. Ministerstwo nie powtórzyło zapisu z 2008 roku, wedle którego miały one być przekształcane obligatoryjnie w placówki niepubliczne. Nowy projekt zakłada jednak, że samorządy, które nie zechcą przekształcić szpitali, będą musiały pokryć ich zadłużenie w ciągu trzech miesięcy od upływu terminu zatwierdzenia sprawozdania finansowego.

Jeśli nie zapłacą, w ciągu 12 miesięcy będą zmuszone do zmiany formy organizacyjno-prawnej szpitala. W ocenie premiera po wprowadzeniu w życie ustaw z pakietu zdrowotnego pacjenci będą czuli się bezpieczniej, a losy szpitali będą bardziej przewidywalne. Są jednak wypadki, które wskazują na to, że może być wręcz odwrotnie.

Szpital w Rudzie Śląskiej przekształcono w spółkę po strajku lekarzy w 2007 roku. Lekarze z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którego wiceprzewodniczący, Tomasz Underman, pracował w tej placówce, wywalczyli wówczas także podwyżki.

Jednak, jak napisała niedawno "Gazeta Wyborcza" doktor Underman, a także dwóch jego kolegów związkowców już w szpitalu nie pracuje. Zostali zwolnieni przez nowego prezesa szpitala-spółki, który zasłynął tym, że rozpoczął swoje prezesowanie od wprowadzania opłat od pacjentów za prąd zużyty np. do ładowania telefonów komórkowych i zakazał wysyłania chorych na konsultacje do innych szpitali. Według lekarzy-związkowców zwolniono ich, bo wstawili się za kolegą, który stracił pracę za krytykę jednego z pomysłów prezesa.

Zdaniem związkowców z Solidarności, jeśli projekty ustaw zdrowotnych wejdą w życie, nie tylko sytuacja pracowników służby zdrowia się pogorszy. W stanowisku prezydium KK napisano: Zdaniem przedstawicieli Solidarności intencją ustawodawcy jest powszechna eliminacja samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SPZOZ) z kręgu podmiotów udzielających świadczeń, a nie rozwiązanie problemu zadłużenia służby zdrowia w Polsce. Problem zadłużenia ma zostać rozwiązany m.in. poprzez działania prywatyzacyjne, które podejmowane będą dopiero po tzw. komercjalizacji SPZOZ na podstawie powszechnych reguł kodeksu spółek handlowych, z niewielkimi ograniczeniami przewidzianymi w projektowanej ustawie...

Związkowcy zwracają uwagę, że projekt ustawy w wielu miejscach odnosi się do nieistniejących jeszcze rozporządzeń, co utrudnia całościową ocenę zmian, które ministerstwo zamierza wprowadzić.

Strach się leczyć

Kontrowersje budzą też inne pomysły ministerstwa. Jednym z nich jest pomysł zniesienia lekarskiego egzaminu państwowego i lekarsko-dentystycznego egzaminu państwowego po studiach medycznych oraz zlikwidowanie stażu. Praktyka zawodowa ma się rozpoczynać na VI roku studiów dla lekarzy oraz na V roku dla dentystów.

- To zawód, który wymaga nabycia praktycznych umiejętności. Niezbędny jest staż pod okiem mistrza - lekarza już po zakończeniu właściwej nauki. Rezygnowanie z tego na pewno pogorszy wyniki kształcenia młodych adeptów służby zdrowia i narazi ich na ryzyko błędów, za które mogą zapłacić całym swoim życiem zawodowym i prywatnym - uważa Maria Ochman, przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia.

W połowie października przeciwko zmianom w procesie kształcenia lekarzy opowiedzieli się także młodzi lekarze, uczestnicy XIX Konferencji Młodych Lekarzy w Krakowie.

Nie wszystkim podoba się także pomysł stworzenia komisji ds. orzekania o błędach medycznych, która będzie, jak dziś sąd, rozstrzygała sprawy o odszkodowanie wszczęte przez poszkodowanych pacjentów lub ich rodziny.

- Przepisy te na pewno ułatwią drogę do wypłacenia odszkodowania w prostych sprawach - kiedy wszyscy się zgadzają, że nastąpił błąd, wiedzą, kto jest winny i dyrektor szpitala chce polubownie załatwić sprawę z poszkodowanym. Dziś w takiej sytuacji może się narazić na oskarżenie o niepotrzebne wydatki - twierdzi Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. Jednak jego zdaniem w bardziej skomplikowanych sprawach ustawa nie rozwiązuje problemu. - Jeżeli sądy pracują źle, to je należy poprawić, a nie stwarzać działające na tych samych zasadach komisje.

Jego zdaniem, aby w sprawach odszkodowań nastąpił przełom, trzeba wprowadzić nową zasadę. - Można by postąpić tak jak kraje skandynawskie, które zamiast dochodzić kto konkretnie winien jest błędu lekarskiego, uznają, że poszkodowanemu należą się pieniądze, ponieważ u pacjenta nie powinno po konkretnym leczeniu wystąpić dane schorzenie.

Popracują dłużej

Planuje się też rezygnację ze skróconej normy czasu pracy dla pracowników zakładów radiologii, radioterapii, medycyny nuklearnej, fizykoterapii, patomorfologii, histopatologii, cytopatologii, cytodiagnostyki oraz medycyny sądowej lub prosektoriów. Lekarze tych specjalności już protestują.

- Warunki pracy lekarzy i pracowników medycznych wielu specjalności nie zmieniły się. Trudno mówić o ich poprawie w anatomopatologii, chemioterapii, patomorfologii, fizykoterapii czy radiologii. Politycy odbierają uprawnienia pracownikom, narażając ich zdrowie na niebezpieczeństwo, nie przyznając im żadnych rekompensat. To będzie prowadziło do zwolnień i dalszego pogorszenia warunków pracy - uważa Maria Ochman.

Ponadto w projekcie ustawy refundacyjnej zapisano, że leki refundowane będą mieć stałą cenę ustanawianą przez Ministerstwo Zdrowia w porozumieniu z ich producentami. Ceny leków nie będą mogły być ani wyższe, ani niższe od ustalonych. Także ten zapis wzbudza kontrowersje. Obecnie apteki często sprzedają leki refundowane po promocyjnych cenach.

W ubiegłym tygodniu pierwszy raz czytano projekty ustaw zdrowotnych w sejmie. Wiadomo już, że krytykują je posłowie PiS. Czy rząd ma szansę na wprowadzenie zmian - na razie nie wiadomo.

Barbara Doraczyńska

_ _ _ _ _

Maria Ochman, przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ Solidarność:

Ze względu na rangę przygotowywanych ustaw, na ich znaczenie systemowe, Sekretariat Ochrony Zdrowia zajął w tej sprawie stanowisko razem z prezydium KK. Jest ono negatywne.

Ustawa miała upraszczać i ujednolicać zasady funkcjonowania szpitali. Planowano, że będzie jasna i klarowna dla pracowników i dla pacjentów. Niestety, nie spełnia tego zadania. Przeciwnie, niezmiernie trudno się w niej poruszać, jeżeli chodzi o porządek legislacyjny.

Po drugie zakłada jeszcze większe zekonomizowanie służby zdrowia. Słowo "szpital" występuje w treści ustawy bodaj jeden raz i obawiam się, że przez pomyłkę. Próżno by szukać tego słowa chociażby w słowniczku. Zastąpiono je pojęciem "podmiot wykonujący działalność leczniczą, który może być przedsiębiorstwem lub nie przedsiębiorstwem". Wprowadzenie języka ekonomiki wskazuje na to, co jest dla twórców ustawy najważniejsze - wynik finansowy. Kiedy pojawia się strata, organ właścicielski musi tę stratę pokryć w ciągu trzech miesięcy lub przekształcić placówkę w spółkę prawa handlowego. Jakby to miało być panaceum na wszystkie nieszczęścia. Jako jedyne rozwiązanie proponuje się prywatyzację, przekształcanie, jakby od tego pieniędzy miało przybyć w systemie. Wiemy, że tak się nie stanie.

Polacy płacą, ale głównie za jednorazowe i tanie świadczenia, a nie za zabiegi, które kosztują majątek. Pani minister zapowiadała, że zrówna status podmiotów publicznych i niepublicznych, tutaj zupełnie odchodzi od wcześniejszych zapowiedzi.

Zastanawia nas też, jak samorządy poradzą sobie ze spłatą zadłużeń szpitali. Często ten dług, który powstawał całymi latami, nie był tylko winą błędów w zarządzaniu, ale właśnie w niedofinansowaniu, a najczęściej w tym, że pacjenci po prostu ten szpital wybierają. A szpital powinien ich leczyć.

Ustawa budzi więc szereg wątpliwości nie tylko związkowców, pracowników służby zdrowia, którym odbiera się uprawnienia, ale również samorządowców, na których barki przerzuca się odpowiedzialność za błędy rządu i bezpieczeństwo zdrowotne Polaków.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »