Reklama

Strategia RPP, czyli czekamy na spadek cen

Po co nam bank centralny skoro ceny szaleją, a on nie robi nic, żeby je powstrzymać - pyta część ekonomistów. Inflacja rośnie, a NBP przytacza liczne argumenty za tym, by utrzymywać stopy procentowe na obecnym, najniższym w historii poziomie. Przyjrzyjmy się argumentom NBP i oceńmy ich wagę i siłę. Być może polityka NBP jest dalekowzroczna, tylko nie potrafimy dostrzec jej sensu?

Zarzut jest poważny, bo nasza konstytucja mówi, że NBP odpowiada za stabilność narodowego pieniądza. Żeby dbać o stabilność pieniądza, powinien realizować strategię polityki pieniężnej. A ta z kolei nakazuje: "celem NBP jest ustabilizowanie inflacji na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym przedziałem wahań +/- 1 punkt procentowy".

Reklama

A tymczasem ceny rosną o ponad 4 proc. rocznie. Czy to znaczy, że NBP tego faktu nie zauważa? Czy może o stabilność pieniądza nie dba? Konstytucję ignoruje? Strategii nie realizuje? Po co nam zatem narodowy bank?

Kluczowy "średni okres"

Hola, hola, spokojnie!  Idziemy - na razie - za daleko. Choć to całkiem zasadne pytania, które trzeba bankowi centralnemu zadawać, jeśli sprawy idą nie tak. Ostatecznie to bank centralny jest największym gospodarczym autorytetem w kraju oraz alfą i omegą jeśli chodzi o sprawy monetarne. Nawet taka alfa i omega powinna tłumaczyć się ze swojego postępowania. I NBP swoje postępowanie tłumaczy. Zobaczmy, czy logicznie i zrozumiale, czy też raczej tak, jak niegdyś robiła to delficka Pytia.

Co najważniejsze, nasz bank - podobnie zresztą jak inne banki centralne - uzasadnia swoje postępowanie tym, że zobowiązany jest dbać o stabilność cen w średnim okresie. Co to jest "średni okres" - tego nikt tak naprawdę nie wie. "Średni okres" nie ma definicji, możemy tylko sobie wyobrażać, że nie chodzi tu o dwa-trzy miesiące czy może nawet o rok, ale co najmniej o kilka kwartałów, a nawet o klika lat. Ale na pewno też nie o 10 lat, bo przyjęło się, że to już okres długi.

Jeśli więc ceny będą szaleć przez pięć kwartałów, a w szóstym się ustabilizują zgodnie z celem inflacyjnym, NBP ma prawo powiedzieć: spełniliśmy nasz konstytucyjny obowiązek, nałożyliśmy inflacji kaganiec. 

Jest więc zasadnicza różnica w poglądach na to, co znaczy "stabilność cen". Jeden pogląd wyrażają kieszenie konsumentów, którzy z dnia na dzień zmagają się z drożyzną, a drugi bank centralny. Ten drugi może na rosnące ceny przymknąć oko. Ale zawsze można i  powinno się dyskutować, czy "średni okres" wyskoków cen jest wystarczająco "średni", by bank centralny uruchomił swoje instrumenty do ich poskramiania. Czy może już nie?

- Jako konsumenci patrzymy przez pryzmat punktowy, czyli danych miesięcznych lub kwartalnych, a bank centralny patrzy na stabilność cen przez pryzmat średniego okresu. Perspektywa konsumenta różni się od perspektywy banku - mówi Interii Jarosław Janecki ze Szkoły Głównej Handlowej.

- Bank centralny nie powinien reagować na miesięczne zmiany cen, ale jeśli inflacja utrzymuje się powyżej celu przez dłuższy czas i w średniej perspektywie nie powróci w pobliże celu, to RPP powinna wprowadzać korektę w swoich działaniach - dodaje.

Kłopot z projekcjami

Gdyby sprawa inflacji w Polsce na tym się kończyła, byłaby mało złożona, choć oczywiście bank centralny powinien wytłumaczyć, w jakim konkretnie okresie ma zamiar ceny zawrócić do "stabilności" jak pasterz rozbrykane owieczki do stada.

Przypomnijmy, że - jak mówi strategia RPP - "stabilność" cen to wzrost w okolicach 2,5 proc. rocznie, a 3,5 proc. to "dopuszczalne" wahania w górę. Gdyby sprawę traktować serio i czytać strategię polityki pieniężnej zgodnie z zasadami logiki, trzeba wnioskować, że wzrost cen powyżej 3,5 proc. w skali roku to już wahania niedopuszczalne. A takie właśnie teraz mamy. 

Bank centralny, a zapewne też nasz narodowy, ma potężną wiedzę, którą może użyć do tego, by zbadać, jak i dlaczego rozwijają się procesy cenowe. Czyli dlaczego ceny rosną lub spadają. Takim pasterskim przewodnikiem po tym, co dzieje się z cenami i co w związku z tym powinno się z nimi dziać w przyszłości, jest ogłaszana co kwartał projekcja inflacyjna. Jest ona zarazem wskazówką dla troszczącej się o stabilność cen Rady Polityki Pieniężnej. Po to, żeby swoje decyzje podejmowała z odpowiednim wyprzedzeniem. Bo decyzje spóźnione są na ogół mało skuteczne.

NBP ma niestety z projekcjami inflacji kłopot. Ostatnia, ogłoszona w listopadzie 2019 roku, przewidywała, że inflacja w grudniu 2019 wyniesie 2,3 proc. (tzw. projekcja centralna). A tymczasem ceny podskoczyły o 3,4 proc. To spora różnica. A na dodatek projekcja w ogóle nie przewidywała tak dużego skoku cen - o 4,4 proc. - jaki nastąpił w styczniu.

- Ekonomiści są zdziwieni patrząc, w jaki sposób projekcje rozmijają się z rzeczywistością - mówi Jarosław Janecki.  

Ale skoro projekcje NBP rozmijają się z rzeczywistością, to można zaryzykować stwierdzenie, że w banku centralnym nie zauważono - przynajmniej do tej pory - rzeczywistych procesów inflacyjnych drążących polską gospodarkę. Słowa prezesa NBP potwierdzają takie przypuszczenie, choć nie wprost.

Adam Glapiński utrzymuje, że globalne spowolnienie, czyli czynniki zewnętrzne, doprowadzą do zmniejszenia presji na wzrost cen w Polsce. Faktycznie - globalne spowolnienie powoduje, że ceny w krajach strefy euro rosną zaledwie o ok. 1-1,5 proc. rocznie. Ale dlaczego w Polsce zachowują się zupełnie inaczej niż w strefie euro, rosną niemal cztery razy szybciej niż tam, choć nasza gospodarka także obraca się coraz wolniej? Tego prezes NBP nam nie tłumaczy. Odpowiedź za bank centralny próbują znaleźć ekonomiści.  

- Wniosek z tego taki, że czynniki krajowe mają większe znaczenie niż czynniki zewnętrzne - mówi Jarosław Janecki.

Tego, jakie to są krajowe czynniki - nie wiemy. NBP także nam tego nie wyjaśnia.

Na co banki centralne mają wpływ

Na to, że większość Rady Polityki Pieniężnej nie zauważa rodzimych czynników powodujących inflację, zwracał uwagę już w ubiegłym roku członek RPP Karol Zubelewicz. Twierdził on, że RPP popełniła błąd, nie reagując odpowiednio wcześniej na wyskok cen z przełomu wiosny i lata zeszłego roku. "Odpowiednio" to znaczy o około rok wcześniej. Wobec tego RPP spóźniła się z reakcją. A skoro się spóźniła, to czy teraz powinna już rozkładać bezradnie ręce?    

Prezes NBP również tłumaczy postępowanie Rady swego rodzaju bezradnością. Mówi, że w Polsce rosną te ceny, na które polityka pieniężna nie ma wpływu. Na jednej z ostatnich konferencji prasowych podawał przykład pietruszki, pytając retorycznie, czy bank centralny powinien reagować na drożejąca pietruszkę.

Sprawa jest jednak znacznie bardziej poważna niż tylko pietruszka. Z jednej strony - faktycznie - mamy do czynienia z globalizacją cen czy też z ich globalnym ustalaniem. Tak dzieje się na przykład z paliwami i surowcami. Na wahania ich cen - przynajmniej bezpośredniego - nie ma wpływu żaden bank centralny na świecie.

Większość cen towarów przemysłowych można bardzo łatwo porównać w Internecie. Stąd presja na ceny elektroniki, na którą zresztą wydajemy coraz więcej pieniędzy. Przywykło się mówić, że polityka pieniężna nie ma wpływu na ceny paliw, surowców, a w pewnym zakresie także na ceny żywności, o ile nie jest to pietruszka z targowiska, tylko np. soja ze światowych giełd. Banki centralne nie mają też wpływu na nieurodzaj lub suszę, na to jak ceny ustalają państwowi regulatorzy. A tak było np. z ostatnimi podwyżki cen energii w Polsce.

Ponieważ od dawna wiadomo, że banki centralne na wiele rozmaitych cen nie mają wpływu, liczą one tzw. inflacje bazową, a więc ceny tych towarów i usług, które zależą od procesów gospodarczych. Przyjęło się uważać, że polityka pieniężna ma na te procesy wpływ. Banki centralne powinny więc na inflację bazową zwracać szczególną uwagę. A tymczasem w Polsce inflacja bazowa rośnie od wielu miesięcy i w grudniu wzrosła do 3,1 proc.

- Inflacja bazowa po wyłączeniu cen żywności i energii wyniosła za grudzień 3,1 proc., a ostatni raz taką mieliśmy w grudniu 2011 roku. Jest to bardzo istotne, bo na ten parametr powinna najbardziej zwracać uwagę RPP, gdyż przyjmuje się, że decyzje o polityce pieniężnej mają wpływ na tę kategorię inflacji - mówi Jarosław Janecki.

- Inflacja bazowa powyżej 3,1 proc. była ostatnio w kwietniu 2002 roku, kiedy wyniosła 3,6 proc. To podkreśla, że mamy sytuację wyjątkową - dodaje.

Choć danych o inflacji bazowej za styczeń jeszcze nie mamy, na podstawie styczniowego wzrostu cen konsumpcyjnych analitycy PKO BP szacują, że inflacja bazowa skoczyła w styczniu do 3,5-3,6 proc. Tymczasem NBP nie tłumaczy, dlaczego rośnie inflacja bazowa. 

Przy okazji inflacji bazowej i ograniczonego oddziaływania polityki pieniężnej na stabilność cen w ogóle, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Poważny argumentem podnoszonym niejednokrotnie przez przedstawicieli naszego banku centralnego przeciwko przyjęciu przez Polskę euro była "utrata suwerenności w polityce pieniężnej". Można zapytać, czy  mając złotego, a nie euro, prowadzimy politykę pieniężną "suwerenną" i jak nasz bank centralny rozumie "suwerenność"?  Przecież "suwerenna" polityka powinna lepiej sobie radzić z lokalnymi zmianami cen.

Bank centralny bez żadnych wątpliwości ma wpływ na jeszcze jedno - oczekiwania inflacyjne konsumentów. Co to takiego oczekiwania inflacyjne? Na co dzień, robiąc zakupy, zastanawiamy się nie tylko nad tym, co podrożało, ale czy jeszcze podrożeje. Jeśli dochodzimy do wniosku, że tak - kupujemy trochę na zapas. Na przykład dodatkowy kilogram cukru. Kiedy kupujemy na zapas, kreujemy większy popyt niż ten wynikający z naszych potrzeb. A im większy popyt  - tym większe pole do harców cen.

Bywa, że oczekiwania inflacyjne wymuszają na nas błędy, a nawet błędy życia. Na przykład kiedy widzimy, jak nasze oszczędności topnieją, a mieszkania drożeją, chcemy kupić mieszkanie - niejako na zapas. A że oszczędności nie wystarcza, musimy się wesprzeć kredytem. I już znaleźliśmy się w pułapce.   

Na tym właśnie polega mechanizm naszych oczekiwań inflacyjnych. NBP bada je co miesiąc i okazuje się, że ostatnio są najwyższe od ponad siedmiu lat. Ekonomiści mówią - inflacja będzie taka, jak nasze oczekiwania. Mówią też - rozhuśtać oczekiwania można bardzo łatwo. Ostudzić je potem - to już niezmiernie trudna sprawa.   

- Pierwszy problem RPP - to wysoka inflacja bazowa, drugi - to zmiana oczekiwań inflacyjnych, szczególnie konsumentów. Badania NBP pokazują, że są one najwyższe od października 2012 roku. Trzeci problem - to rozminięcie się projekcji z inflacją, jaka jest w rzeczywistości - podsumowuje Jarosław Janecki.

- Brak reakcji na to, co się dzieje z inflacją, przede wszystkim z inflacją bazową, oraz z oczekiwaniami inflacyjnymi może zaowocować ryzykiem jeszcze wyższych cen - dodaje.

Szef NBP: spokojnie, to przejściowy wzrost

Ostatnio prezes NBP użył jeszcze jednego argumentu. W niedawnym artykule w "Rzeczypospolitej" napisał, że ostatnie wzrosty inflacji są "przejściowe". Dodał, że w 2021 roku nastąpi powrót inflacji w pobliże 2,5 proc., a zatem nie ma potrzeby podwyżek stóp procentowych. Innymi słowy znaczy to, że czeka nas przynajmniej rok rosnącej drożyzny zanim ceny, zapewne same z siebie, wrócą do szeregu.

Załóżmy, że tak będzie, bo - jak wiemy - bank centralny wyposażony jest w mądrość analityczną i w badania, jakich nie znamy. Artykuł prezesa NBP nie tłumaczy jednak, dlaczego Rada pozwoliła, by w 2020 roku rozszalała się drożyzna.

- Bank centralny jest spóźniony z reakcją. Ale to nie znaczy, że nie powinien myśleć o oczekiwaniach i o tym, w jaki sposób nie doprowadzić do jeszcze wyższej inflacji. W perspektywie mamy nadal wiele czynników mogących spowodować wzrost inflacji, np. efekt zmiany klimatu, koronawirus. Jeśli nadal RPP oczekuje spadku dynamiki inflacji w pobliże celu, powinna dokładnie wyjaśnić, na czym opiera tego rodzaju przekonania - mówi Jarosław Janecki.

Dodajmy, że RPP tego także nie wyjaśnia.

Do trzech zasadniczych problemów NBP - z ignorowaniem coraz wyższej inflacji bazowej, rosnących oczekiwań inflacyjnych oraz z odbiegającymi od rzeczywistości projekcjami - dodać można czwarty, nie mniej poważny. To problem komunikacyjny.

Jak to już powiedzieliśmy, NBP nie tłumaczy nam bardzo wielu spraw. Nie wiemy, co rozumie przez "średni okres", w którym ceny powinny być stabilne. Dlaczego jego projekcje rozmijają się z rzeczywistością? Dlaczego RPP dopuściła do aktualnego wzrostu cen? Czemu ceny rosną coraz szybciej, choć gospodarka zwalnia? Dlaczego niepokojąco rośnie inflacja bazowa? Jakie są rodzime przyczyny zbyt szybkiego wzrostu cen? Nie wiemy, na jakiej podstawie NBP opiera przekonanie, że w 2021 roku ceny się ustabilizują, i jak rozumie "suwerenność" w polityce pieniężnej. To jednak nie wszystko.

- Bardzo duże znaczenie ma to, jak bank centralny komunikuje się z otoczeniem - mówi Jarosław Janecki.

Komunikacja banku centralnego to nie tylko uzasadnianie takich czy innych decyzji w polityce monetarnej. A brak decyzji także jest przecież decyzją. Decyzje powinny być jeszcze w taki sposób uzasadnione, by wzbudzać przekonanie, iż bank nad sytuacją panuje.

Komunikacja - to przede wszystkim walka ze wzrostem oczekiwań inflacyjnych, gdy te stają się niebezpiecznie wysokie. Załóżmy, że bank centralny mówiłby: niech sobie ceny rosną, a my i tak nic z tym nie zrobimy. Taki bank centralny podsycałby oczekiwania inflacyjne, zamiast je gasić.

- Retoryka RPP powinna przede wszystkim mieć na celu zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych. Powinna dopuszczać możliwość reagowania na inflację. RPP powinna zdecydowanie odejść od retoryki sugerującej, że pierwszym ruchem, jaki zobaczymy, może być obniżka stóp - mówi Jarosław Janecki.

Ale i prezes NBP, i zdecydowana większość członków RPP idzie w przeciwnym kierunku. Dają do zrozumienia nie tylko, że stopy procentowe pozostaną najpewniej bez zmian do końca kadencji Rady (czyli do 2022 roku), ale że pierwszą decyzją o zmianie stóp może być raczej ich obniżka niż podwyżka. Można domyślać się tylko, że takie decyzje mogłyby zapaść, gdyby polska gospodarka nie tylko spowalniała, ale gdyby wręcz zmierzała ku recesji. Ale pojawiającej się na horyzoncie recesji nie wskazują z kolei projekcje NBP.   

- RPP powinna powiedzieć, że mamy sytuację, która zwiększa niepewność co do przyszłej ścieżki stóp. Zatem jeśli inflacja nie będzie ulegała obniżeniu w kolejnych miesiącach, bank centralny może w odpowiedni sposób zareagować - dodaje Jarosław Janecki.

Problemy komunikacyjne NBP dostrzegają już niektórzy członkowie Rady. Niedawno Łukasz Hardt powiedział, że podwyżka stóp proc. o 15 punktów bazowych miałaby właśnie charakter "komunikacyjny". Jego zdaniem wzmocniłaby wiarygodność polityki RPP i ograniczyła wysokie oczekiwania inflacyjne.

Analitycy dodają, że nawet podwyżka o 25 czy o 50 punktów bazowych miałaby niewielki wpływ na realną gospodarkę i wcale nie musiałaby pogłębić spowolnienia. Dlatego, ze przedsiębiorstwa - pomimo historycznie najniższych stóp - wciąż w niewielkim stopniu posiłkują się kredytem. A sygnał taki uchroniłby wiele gospodarstw domowych przed nadmiernym przekredytowaniem.

- Wydźwięk psychologiczny takiej podwyżki byłby znaczący - mówi Jarosław Janecki.

Żeby rozwiać wiele narastających - wraz ze wzrostem cen - wątpliwości, NBP powinien odpowiedzieć na stawiane mu pytania. Powinien dokonać analizy czysto wewnętrznych procesów inflacyjnych, a zwłaszcza powodów stałego wzrostu inflacji bazowej w Polsce. powinien zakomunikować bardzo wyraźnie, że zamierza dbać o stabilność cen. W taki sposób, żeby nie było co do tego żadnych wątpliwości.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: NBP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »