Reklama

Ucieczka od przyszłego kryzysu światowego cz. 1

Artykuł ten nie należy do opracowań z zakresu futurologii. Czynniki kryzysogenne, które przeniosą się w przyszłość można bowiem obserwować jako doświadczenia z przeszłości oraz teraźniejszości. Mają one swoją postać doktrynalną, bez uwzględnienia której nie sposób szkicować planów ucieczki od kryzysu przyszłego.

Państwo i rynek oraz dogmat między nimi

W Stanach Zjednoczonych walka z kryzysem przybrała już formę ostrych zmagań między Wall Street a Białym Domem. W zmaganiach tych został wprowadzony oręż ciężkiego kalibru, a mianowicie twierdzenia występujące w teorii ekonomii, przy czym ich część dotyczy twierdzeń ekonomii klasycznej, reprezentowanej przez A.Smitha. Po taki oręż sięgnął Wall Street. W rzeczywistości sprawa jest poważna i dotyczy nawet odległej przyszłości nie tylko samej finansjery, ale także całej polityki gospodarczej USA. Chodzi bowiem o przywrócenie realizowanego w latach 1980 - 2008 neoliberalizmu jako doktryny w akademickiej nauce ekonomii oraz w polityce gospodarczej Stanów Zjednoczonych, a w ślad za nimi w całym świecie zachodnim.

Jak powszechnie wiadomo, istotną właściwością mechanizmu rynkowego jest jego samoregulacja. Należy ją rozumieć w ten sposób, że gdy zmniejszy się lub zwiększy którykolwiek z trzech elementów rynku - podaż, popyt i cena - to dwa pozostałe elementy dostosują się do takiej zmiany. Jest to więc regulacja automatyczna, mająca charakter obiektywny przy założeniu, że rynek spełnia warunki definicyjne rynku, a zwłaszcza dotyczące wielości uczestników po stronie podaży i popytu, wolnej konkurencji między nimi oraz niewpływania indywidualnie lub w zmowie na kształtowanie się ceny. W tym rozumieniu samoregulacja jest zjawiskiem, nadającym rynkowi prawie doskonałość.

Reklama

Sprawa sporna powstaje dopiero wtedy, gdy mówiąc o samoregulacji rynkowej, odniesiemy to pojęcie do samoregulacji gospodarki rynkowej jako całości. Wtedy dokonujemy milczącego założenia, że w gospodarce rynkowej działa jeden rynek. W rzeczywistości w żadnej gospodarce rynkowej nie działa jeden rynek. Gdyby tak było moglibyśmy mówić, że działa "rynek gospodarki". Pojęcie takie nie istnieje nie bez przyczyny. Zamiast bowiem jednego rynku mamy przynajmniej cztery rynki: pracy, kapitału, towarów i usług oraz pieniężny, w tym walutowy. Wprawdzie używamy pojęcia "rynek światowy", lecz w sensie terytorium geograficznego, na którym działają takie same cztery rodzaje rynków (podobnie, gdy mówimy o "rynku wewnętrznym").

Teraz możemy już wczuć się w istotę sporu między Keynesem a Hayekiem (który w tej sprawie miał taki sam pogląd jak A.Smith). Na temat tego sporu The Wall Street Journal zamieścił w połowie 2010 r. dwa artykuły. Pierwszy jest zatytułowany: "Ślepa uliczka keynesizmu", a drugi - "Keynes kontra Hayek: Wielka debata trwa".

Prezentację tego sporu warto zacząć od cytowanej w drugim artykule wypowiedzi M.Rizzo, ekonomisty Uniwersytetu Nowojorskiego, na temat dyskusji dotyczącej walki z kryzysem. Stwierdził on: "Wielka debata - to wciąż spór Keynes kontra Hayek. Wszystko inne to odnośniki".

J.M. Keynes stwierdził, że Wielki Kryzys z lat 1929-1933 wystąpił dlatego, iż wzrost oszczędności powoduje spadek popytu konsumpcyjnego i wywołuje zjawisko nadprodukcji w stosunku do malejącego zapotrzebowania, a w ślad za tym łańcuchowe zjawisko zwalniania pracowników i bankructw przedsiębiorstw. Aby temu zapobiec, państwo powinno interweniować, dokonując wydatków równoważących lukę popytu konsumpcyjnego.

Wall Street jednak pyta, czy Keynes miał rację, skoro klasyk A.Smith powiedział : "To co jest rocznie zaoszczędzone jest regularnie konsumowane w miarę jak wydatkowane są oszczędności i to w przybliżeniu w tym samym czasie". Właśnie tu leży sedno sprawy, o które potykają się liberałowie w sporze z keynesistami.

Należy pamiętać, że A.Smith postrzegał zjawisko oszczędności jako sumę pieniędzy napływających do rynku kapitałowego za pośrednictwem banków i trafiających do inwestorów i producentów, którzy wytwarzają towary i sprzedają je bez zwłoki. Aby w tej sprawie nie było wątpliwości, przytoczę tu dalsze - nie uwzględnione w cytacie The Wall Street Journal - słowa A.Smitha, który stwierdza, że zaoszczędzona część dochodu "... jest ze względu na zysk natychmiast umieszczona jako kapitał, wobec czego również zostaje spożyta".

A więc problem luki popytu wywołanej wzrostem oszczędności jest przez Smitha w ogóle ignorowany. Dostrzegł i sformułował go J.M.Keynes, a skutki systemowe tej luki bywają określane jako paradoks Keynesa. Natomiast neoliberałowie przyjmują, że twierdzenie A.Smitha wszystko wyjaśnia, więc paradoks Keynesa nie istnieje. Założenie to, w świetle doktryny Hayeka , ma uzasadniać prawdziwość tezy - która stała się neoliberalnym dogmatem - o możliwości występowania samoregulacji gospodarki rynkowej jako całości.

Twierdzenie Smitha można jednak uznać za prawdziwe nie w odniesieniu do całej gospodarki, lecz tylko jednego z jej rynków, a mianowicie rynku kapitałowego, do którego - w wyniku wzrostu oszczędności - napływają pieniądze z rynku towarów i usług. Na rynek kapitałowy działa to ożywczo, powodując wzrost inwestycji i produkcji. Autor twierdzenia zignorował jednak skutki poniesione przez rynek towarów konsumpcyjnych z powodu odpływu z niego pieniędzy w formie oszczędności.

Nie przejął się tym, iż detaliści sprzedali mniej towarów swoim klientom, i zmniejszyli zamówienia u hurtowników, a ci - u producentów. W tym samym czasie u producentów zostały wytworzone zwiększone ilości towarów dzięki zainwestowanym oszczędnościom, co spowodowało wzrost zapasów w całym handlu towarami konsumpcyjnymi, potęgując skalę nadprodukcji. W ślad za tym wzrastać musiało zaniepokojenie pracowników redukcjami zatrudnienia, powodujące kolejne wzrosty oszczędności z obawy o utratę pracy.

Mamy tu więc sytuację, w której bez zarzutu działają mechanizmy samoregulacji na rynku kapitałowym i oddzielnie na rynku towarów i usług. Na rynku kapitałowym rośnie podaż pieniądza inwestycyjnego więc rosną też rozmiary działalności inwestycyjnej, a za nią produkcyjnej. Na rynku towarów konsumpcyjnych i usług występuje jednak sytuacja odwrotna: popyt jest mniejszy niż oferowana podaż więc powstają zapasy i spadają ceny.

Po jakimś czasie następuje załamanie całej gospodarki z powodu kryzysu. Dzieje się tak dlatego, że korzystne zmiany na jednym rynku mogą zachwiać innym rynkiem, a po jakimś czasie oba rynki wpadają w tarapaty. Nie ma bowiem automatycznego mechanizmu pożądanej regulacji powiązań między rynkowych wewnątrz gospodarki.

Aż trudno uwierzyć, że ktoś taki jak Adam Smith mógł tego nie zauważyć. Trzeba jednak być wyrozumiałym dla wielkich ludzi. Dla ścisłości należy wspomnieć, że przy innych okazjach zignorował on jeszcze dwa ważne zjawiska: po pierwsze - wartościotwórcze działanie kapitału, gdy sądził, że wartość powstaje tylko dzięki pracy żywej, co później stało się fundamentem nieracjonalnej teorii Marksa; po drugie - nie dostrzegł też, że istnieje możliwość powstawania korzyści w handlu między krajami, pomimo iż jeden z nich wszystko wytwarza drożej.

Tę ostatnią ułomność teorii przewagi absolutnej Smitha usunął David Ricardo, wprowadzając teorię przewagi komparatywnej, czym wzmocnił swoją pozycję jako drugiego klasyka ekonomii wolnorynkowej. Rozpatrywaną wadliwość teorii Smitha usunął J.M.Keynes.

Ponieważ jednak jego teoria podważyła hipotezę Smitha sugerującą, że pojęcie samoregulacji rynku można utożsamiać z samoregulacją całej gospodarki rynkowej, naruszył fundamentalny dogmat, na którym zbudowana została doktryna neoliberalna. Zgodnie z nią interwencjonizm państwa jest szkodliwy właśnie dlatego, iż psuje rzekomą samoregulację gospodarki rynkowej jako całości, która bez interwencjonizmu dałaby świetne wyniki.

Dwa nieusuwalne czynniki kryzysogenne w gospodarce wolnorynkowej

Z punktu widzenia tematu niniejszego opracowania należy przyjąć, że po kryzysie będą nadal działały nieusuwalne czynniki kryzysogenne w funkcjonowaniu gospodarki rynkowej. Są nimi:

1) systemowe oddziaływanie wzrostu oszczędności jako luki popytowej na wzrost gospodarczy, zagrażającej recesją,

2) konflikt między pracą a kapitałem powodowany brakiem automatycznego mechanizmu mogącego określać właściwe proporcje podziału dochodu między obu czynnikami produkcji.

Prognozowanie możliwości wyjścia z kryzysu bez przeniesienia ze sobą kryzysogennego czynnika w postaci paradoksu Keynesa, byłoby nierealistyczne.

Istnieje natomiast prawdopodobieństwo nawet długotrwałego, podobnie jak w około 40 latach po II Wojnie Światowej, neutralizowania skutków tego czynnika dzięki stosowaniu interwencjonizmu, głównie w postaci wypełniania luki popytowej kredytem konsumpcyjnym w wyniku odpowiedniej polityki pieniężnej banku centralnego, przy zachowaniu niezbędnych regulacji na rynkach finansowych.

Drugi wrażliwy obszar między rynkowy, na którym nie występuje pożądana automatyczna regulacja powiązań, znajduje się między rynkiem pracy a rynkiem kapitałowym. Powiązania między nimi mają postać określonych rozmiarów przepływu czynnika pracy w stronę kapitału, a w stronę odwrotną - części dochodu wypracowanego w wyniku połączonych działań wytwórczych uczestników obu rynków. Od prehistorii przyjęło się, że wspólny dochód przejmuje pracodawca i wydziela z niego pewną część dla pracownika. Gdy powstał rynek pracy i rynek kapitału, ukształtowała się też samoregulacja każdego z nich z osobna. Gdy zmienia się podaż , popyt i cena odbywają się wzajemne dostosowania tych trzech elementów, tak jak na typowym rynku towarowym. Nie ulega jednak wątpliwości, że występuje odwieczne zjawisko dominacji kapitału nad pracą.

Jest także sprawą oczywistą brak automatycznego mechanizmu określającego proporcje podziału wytworzonego dochodu na zysk i wynagrodzenie za pracę. Gdy niezadowoleni są pracownicy, mogą się buntować w różny sposób, bardziej lub mniej desperacki, a ograniczeniem takich działań jest groźba utraty pracy lub tłumienie buntu siłą.

Stosowaniem tego ostatniego ograniczenia nie zajmował się nigdy właściciel kapitału. Od początku ustroju kapitalistycznego do Wielkiego Kryzysu zajmowało się tym państwo. Była to więc ewidentnie działalność interwencyjna w gospodarce na styku między rynkiem pracy a rynkiem kapitału. Mamy tu sytuację analogiczną do poprzedniej, to znaczy samoregulację rynku każdego z osobna. Jednakże regulacji międzyrynkowej nie obsługuje mechanizm rynkowy i musi to robić państwo, interweniując na rynku.

Oczywiście neoliberałom nie przychodziło do głowy, aby uśmierzanie buntów robotniczych nazywać interwencjonizmem. Po prostu była to - w ich mniemaniu - elementarna funkcja porządkowa państwa, zapewniająca spokój społeczny w liberalnej gospodarce.

Czytaj: Ucieczka od przyszłego kryzysu światowego cz. 2

Marian Guzek

Autor jest profesorem ekonomii Uczelni Łazarskiego w Warszawie, wykłada międzynarodowe stosunki gospodarcze i polityczne.

Dowiedz się więcej na temat: kryzys | ten | gospodarka | Marian Guzek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »