Reklama

Ukraińcy wybiorą Niemcy zamiast Polski?

Otwarcie niemieckiego rynku pracy na cudzoziemców spoza Unii Europejskiej może oznaczać kłopoty dla polskiej gospodarki. Wszystko zależy od sposobu, w jaki Niemcy i poszczególne landy będą interpretować nowe prawo imigracyjne.

Według różnych szacunków w Polsce przebywa między 800 tys. a 1,3 mln Ukraińców. Już 18 proc. polskich firm zatrudnia u siebie pracowników ze Wschodu - wynika z badań przeprowadzonych przez Personnel Service. Wzmożony odpływ Ukraińców znad Wisły może czekać polską gospodarkę z początkiem marca, kiedy w Niemczech wchodzi w życie nowe prawo imigracyjne. Zmienione niemieckie przepisy umożliwią szersze rekrutowanie poza Unią Europejską pracowników wykwalifikowanych, między innymi takich, którzy wykonują zawody uznawane za Odrą za deficytowe.

Reklama

Jak napisał właśnie "Welt", w niektórych obszarach niemieckiej gospodarki bez imigrantów niewiele by się działo. Liczba firm, które rekrutują poza granicami państwa, wzrosła w Niemczech dwukrotnie w ciągu ostatnich lat. Jeżeli chodzi o rynek usług sprzątania, oficjalne statystyki Federalnej Agencji Zatrudnienia wymieniają 218 tys. pracowników bez niemieckiego obywatelstwa podlegających ubezpieczeniu społecznemu. Stanowi to aż 39 proc. wszystkich zatrudnionych w tym obszarze. Migranci zarobkowi mają także kluczowe znaczenie dla rolnictwa, budownictwa i transportu.

Zadecyduje interpretacja prawa

W niemieckiej gospodarce brakuje specjalistów, a niedobór ten zaostrzają niekorzystne tendencje geograficznie. Według różnych szacunków liczba wolnych wakatów za Odrą waha się między 1,2 a 1,6 mln. Nowe prawo imigracyjne ma na celu rozszerzenie dostępu do niemieckiego rynku pracy dla specjalistów z krajów spoza UE.  Rząd federalny szacuje, że dzięki nowym przepisom każdego roku do Niemiec przyjedzie dodatkowe 25 tys. wykwalifikowanych pracowników.

Od 1 marca, jako specjaliści będą traktowane nie tylko osoby z dyplomem uczelni wyższej uznanym w Niemczech, ale i wykwalifikowani pracownicy po szkoleniu zawodowym. Żeby przyjechać do Niemiec, nie trzeba będzie mieć od razu zapewnionej pracy. Obcokrajowcy, po spełnieniu ustawowych kryteriów, będą mogli otrzymać zezwolenie na sześciomiesięczny pobyt, żeby znaleźć zatrudnienie. Warunkiem będzie wystarczająca ilość pieniędzy na utrzymanie w czasie poszukiwania pracy i znajomość języka niemieckiego.

- Znajomość języka jest warunkiem podjęcia pracy na podstawie nowych przepisów. To dość "ocenne" kryterium i przekonamy się, w jaki sposób będzie egzekwowane. Drugie wymaganie dotyczy potwierdzenia kwalifikacji zawodowych. To dość szerokie pojęcie, bo poza Unią Europejską procedura zdobywania i potwierdzania kwalifikacji jest niezestandaryzowana. Jeżeli Niemcy będą potrzebować siły roboczej to możliwe, że podejdą do tego kryterium liberalnie. Z drugiej strony słyszymy o najgorszej od kilku lat sytuacji gospodarczej w Niemczech. Kondycja gospodarcza kraju także będzie determinowała, to na ile liberalne będzie podejście do nowych przepisów - mówi Andrzej Korkus, prezes EWL, firmy która zajmuje się zatrudnianiem pracowników z Europy Wschodniej i Azji.

Obecnie, zanim niemiecka firma zatrudni obcokrajowca, Federalna Agencja Zatrudnienia sprawdza, czy na dane stanowisko pracy nie ma odpowiednich kandydatów z obywatelstwem niemieckim lub innego kraju unijnego. Nowe prawo imigracyjne znosi tę kontrolę pierwszeństwa. Może ona jednak zostać przywrócona, jeżeli zmieni się sytuacja na rynku pracy. Na to się jednak na razie nie zanosi.

Prawie połowa niemieckich firm zgłasza niedobór pracowników. Nowe przepisy mają chociaż w części zaradzić temu problemowi. Za Odrą brakuje m.in.: lekarzy, fizjoterapeutów i pielęgniarek, specjalistów IT, inżynierów i rzemieślników z branży budowlanej, ekspertów w dziedzinie lotnictwa, mechatroniki, elektrotechniki, czy technologii energetycznej.

Problem dla polskich firm?

W perspektywie najbliższych czterech lat liczba Ukraińców pracujących w Polsce może zmniejszyć się nawet o 20-25 proc. w związku z otwarciem niemieckiego rynku pracy na osoby spoza Unii Europejskiej. To ubiegłoroczne szacunki ekspertów z Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP. Z kolei z raportu autorstwa Personnel Service "Barometr Imigracji Zarobkowej. Ukraiński pracownik w Polsce" za II półrocze 2019 roku wynika, że ustąpiliśmy miejsca Niemcom w rankingu państw, w których kadra ze Wschodu chce pracować najbardziej. 33 proc. badanych Ukraińców wymienia Niemcy jako kraj najbardziej atrakcyjny pod względem emigracji zarobkowej. Na Polskę wskazuje 31 proc. respondentów.

Z raportu Work Service "Migracje zarobkowe cudzoziemców z Ukrainy i Azji do Polski" z 2019 roku wynika, że 28,7 proc. pracowników z Ukrainy chciałoby wyjechać do Niemiec.  Z kolei z raportu EWL S.A. "Liberalizacja niemieckiego rynku pracy. Znaczenie i skutki dla Polski i Ukrainy" wynika, że 27 proc. obywateli ukraińskich biorących udział w badaniu rozważa Niemcy jako kierunek migracji zarobkowej.  

Czy wobec tego polscy przedsiębiorcy mają się czego się bać? Już teraz 46 proc. firm dostrzega, że trudniej jest rekrutować kadrę ze Wschodu - wynika z Barometru Imigracji Zarobkowej Personnel Service. Dla porównania: w badaniu za II półrocze 2018 r. na taki problem wskazywało 14 proc. firm. 6,6 proc. badanych przedsiębiorców wskazuje, że odpływ Ukraińców za Odrę to dla nich realne zmartwienie, a ich ukraińscy pracownicy już zapowiadają przenosiny. Z kolei 8,7 proc. obawia się odpływu, chociaż nie spotkało się jeszcze z podobnymi deklaracjami ze strony ukraińskiej kadry.

- Otwarcie niemieckiego rynku na Ukraińców może mieć istotny wpływ na rynek pracy w Polsce. Szacujemy, że odpływ ukraińskich pracowników z Polski może osiągnąć poziom 200-250 tys. osób. To jak będzie w rzeczywistości, zależy od zakresu otwartości Niemiec na pracowników spoza Unii i tego jakie zawody zostaną objęte nowym prawiem imigracyjnym. Jeżeli na liście pojawiliby się pracownicy budowlani, czy z sektora rolnictwa i ogrodnictwa, to istnieje ryzyko, że w ciągu miesiąca czy dwóch Polskę opuści nawet 100 tys. Ukraińców - mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.

Jak dodaje, przez ostatnie pięć lat Ukraińcy odpowiadali za 11 proc. wzrostu polskiego PKB. Gdyby Polskę opuściło nagle 200 tys. pracowników ze Wschodu i to z określonych branż, takich jak budownictwo czy rolnictwo, to mogłoby oznaczać istotne spowolnienie gospodarcze i wzrost wynagrodzeń. A sektor budowlany i tak boryka się już z problemami, jeżeli chodzi o rosnące koszty pracy. Podwyżka wynagrodzeń mogłaby z kolei przyczynić się do wzrostu presji inflacyjnej w kraju. 

Asy w rękawie

Zdaniem Krzysztofa Inglota Ukraińcy, którzy przyjeżdżają do Polski na dłużej, mogą u nas zostać ze względu na bliskość kulturową. Jednak tak naprawdę w Polsce jest w stanie zatrzymać ich tylko niższa niż w Niemczech bariera językowa.

A ta - jak na razie, jest całkiem wysoka. Z raportu Work Service "Migracje zarobkowe cudzoziemców z Ukrainy i Azji do Polski" wynika, że językiem niemieckim na poziomie średnio zaawansowanym i wyższym, posługuje się 4,6 proc. badanych pracowników z Ukrainy, a 71,4 proc. w ogóle nie zna niemieckiego.

Eksperci są zgodni co do tego, że skala odpływu Ukraińców za Odrę zależy w dużej mierze od tego, w jaki sposób nowe niemieckie prawo imigracyjne będzie stosowane w praktyce. Ale  bez tego polski rynek pracy pozostanie pod wieloma względami atrakcyjny dla kadry ze Wschodu. Część Ukraińców ma obawy przed wyjazdem do pracy dalej na Zachód. Bariera językowa i różnice kulturowe to jedno, a wyższe koszty utrzymania, gorsza znajomość rynku pracy i większa konkurencja, to drugie.

- W tym roku mieliśmy w Polsce dużą podwyżkę płacy minimalnej. Inne atuty pracy w Polsce to możliwość pracy w nadgodzinach - co jest rzadkością w Niemczech, czy darmowe zakwaterowanie, co nie zdarza się za Odrą. Mamy więc kilka asów w rękawie - mówi Andrzej Korkus, prezes EWL.  Dodaje, że na pewno pomogło też udrożnienie procedury wydawania pozwoleń na pracę w Polsce. W ubiegłym roku urzędy pracy zrobiły ogromny postęp. W 2019 r. wydano o 40 proc. więcej pozwoleń na pracę niż w 2018 r. Idąc w tym kierunku, Polska będzie miała szansę powalczyć z Niemcami o pracowników z Ukrainy.

Korkus wskazuje jednak na inny czynnik, który może wpłynąć na wielkość ukraińskiej migracji zarobkowej w Polsce. - Warto zwrócić uwagę na sytuację na Ukrainie, gdzie w ciągu roku średnie zarobki wzrosły o ok. 30 proc., a w grudniu 2019 r. o 15 proc. w stosunku do listopada. Przykładowo, w ukraińskiej branży budowalnej zarówno w I jak i w II kwartale 2019 r. wynagrodzenia wrosły o 20 proc. w stosunku do ubiegłego kwartału - wylicza ekspert i dodaje, że to także ma gigantyczny wpływ na polski rynek pracy i chęć emigracji zarobkowej Ukraińców. Możliwe, że większy niż otwarcie niemieckiego rynku pracy na cudzoziemców spoza Unii Europejskiej.

Dominika Pietrzyk 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dowiedz się więcej na temat: rynek pracy | polski rynek pracy | praca w UE

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »