Reklama

Unia szykuje nam niezły "pasztet"

Ceny żywności w Europie będą rosnąć za sprawą protekcjonizmu i przymusowego oznakowania produktów spożywczych informacjami ekologicznymi.

Reklama

Wzrost cen żywności jest proporcjonalny do wszelkich form protekcjonizmu. W ciągu roku najbogatsze kraje z Grupy G20 wprowadzają ok. 30 nowych barier ograniczających wolny handel. Największym programem ograniczającym konkurencję na rynku żywności pozostaje Wspólna Polityka Rolna, której budżet wyniósł 43,8 mld euro w 2010 r., pochłaniając ponad 30 proc. wydatków w całej Unii.

Zielony protekcjonizm - wprowadzanie tylnymi drzwiami barier dla wolnego handlu pod pozorem troski o środowisko naturalne - będzie skutkował dalszym wzrostem cen żywności. Efektem będzie większy głód w krajach najuboższych, które są najbardziej wrażliwe na wzrosty cen.

Motywy ideologiczne

Co 13 minut na świecie umiera człowiek z powodu barier ograniczających wolny handel. Każdy wzrost PKB krajów Czarnej Afryki tylko o 1 proc. pozwoliłby na wyciągnięcie z klęski głodu 150 mln ludzi. Zamiast wprowadzać nowe ograniczenia, UE powinna pozwolić najuboższym sprzedawać tanią importowaną żywność na swoich rynkach. Takie działanie przyczyniłoby się do rozwiązania cywilizacyjnych problemów związanych z biedą w krajach Trzeciego Świata, w większym stopniu niż międzynarodowa pomoc humanitarna.

Tymczasem UE planuje po raz kolejny uszczelnienie swojego rynku żywności. Przymusowe informacje ekologiczne, mające znaleźć się na etykietach produktów spożywczych, posłużą do dyskryminacji importowanych towarów. Wiele tanich produktów spoza UE znajdzie się poza dotychczasowymi kanałami dystrybucji. Drukowanie dodatkowych informacji na etykietach oznacza dla producentów wzrost kosztów produkcji, a większe koszty produkcji to wyższe ceny żywności. Nowa inicjatywa ze strony mniejszości europejskich parlamentarzystów ma charakter ideologiczny i nie wniesie żadnych korzyści dla konsumentów i rynków.

Wyzwanie dla polskiej prezydencji

W aspekcie przejętej niedawno przez nasz kraj prezydencji w strukturach unijnych, Polska powinna sprzeciwić się projektom ekologistów. UE nie powinna stwarzać takich regulacji, które mają wpływać na decyzje konsumenckie z pozycji ideologicznych. Warto zauważyć, że jest to inicjatywa niewielkiej grupy europarlamentarzystów, a ochrona środowiska naturalnego jest rozumiana w sposób arbitralny. Zasmucający jest także fakt, iż działania protekcjonistyczne nie są przygotowywane ze szlachetnych pobudek, lecz skierowane są w konkretne rynki i firmy. Przykładem może być rynek olejów spożywczych, na którym silną pozycję ma tani olej palmowy importowany z Malezji.

Europejscy producenci olejów od wielu miesięcy prowadzą akcję mającą zdyskredytować azjatycką konkurencję. Malezja produkuje rocznie 17 mln t oleju palmowego, z czego ponad 2 mln t trafia na rynki unijne, zaspokajając jedynie 5 proc. zapotrzebowania na rynku. Ekolodzy z organizacji, reprezentujący skrajne poglądy na ochronę środowiska, zarzucają Malezji rabunkową gospodarkę leśną. W rzeczywistości Malezja chroni ponad połowę zasobów leśnych, co kontrastuje np. z gospodarką Belgii, gdzie chronionych jest zaledwie 22 proc. lasów.

Niemniej takie organizacje jak Fundacja Orangutana czy Rodzina Słonia zarzucają władzom Malezji niszczenie środowiska naturalnego ze szkodą dla mieszkających tam zwierząt. Wzywają one konsumentów do niekupowania oleju pochodzącego z Malezji. Inicjatywę podchwycili europejscy producenci oleju, domagając się umieszczania ekologicznych informacji na produktach importowanych. Liczą oni, że klienci uwrażliwieni ekologicznie zrezygnują z produktów konkurencji.

Ekologiczny dyktat

Inicjatywą legislacyjną w Europarlamencie kieruje lewicowa posłanka z Irlandii Nessa Childers. Komisja Europejska bierze pod uwagę zmianę rozporządzenia odnośnie ekologicznego oznakowania żywności. Obecnie trwają prace oceniające kryteria wprowadzenia takich oznakowań oraz wpływu ich wprowadzenia na działanie całego sektora. Producenci żywności zwracają uwagę, że na etykietach drukowane są już informacje dotyczące trwałości, poszczególnych składników, kalorii czy zawartości tłuszczów, węglowodanów, cukrów i białka. Umieszczanie dodatkowych informacji jest drogie i zbędne.

Zauważają ponadto, iż drukowanie takich informacji, jak poziom emisji dwutlenku węgla powstałego przy produkcji produktu, spełnianie kryterium "ekologiczności" czy "zrównoważonego rozwoju" ma charakter nieobiektywny, kontrowersyjny i światopoglądowy. Nie sprzyja to podejmowaniu racjonalnych decyzji konsumenckich, lecz wywiera dodatkową presję na klientów. Eksperci są zgodni, że przymusowe oznakowanie ekologiczne zmieni rynek, lecz nie wiadomo, czy będą to zmiany na lepsze.

Kolejnym zagrożeniem jest poddanie rynku regulacjom ze strony radykalnych organizacji ekologicznych. Niewykluczone, iż ich przedstawiciele będą brali udział w procesie certyfikacji lub oznakowanie będzie wydawane pod dyktando tych organizacji. Byłoby to ze szkodą dla rzeszy konsumentów, niepodzielających wartości skrajnych ekologów.

Autor dr Tomasz Teluk

Autor jest założycielem i prezesem Instytutu Globalizacji, doktorem filozofii i politologiem, autorem wielu publikacji oraz książek www.globalizacja.org

Dowiedz się więcej na temat: pasztet | ceny | oznakowanie | żywność | oznakowania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »