Reklama

Widmo stagflacji krąży nad światem

Zabójcze połączenie wysokiej inflacji i stagnacji gospodarczej, czyli stagflacja, zaczyna straszyć światową gospodarkę. Dla Polski oznaczałaby, że aspiracje awansowania do grona państw wysoko rozwiniętych trzeba by schować do kieszeni, a zamiast tego ugrzęźlibyśmy w tzw. pułapce średniego dochodu.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Globalna gospodarka się zatyka. Dosłownie i w przenośni. Rwą się łańcuchy dostaw rozrzucone po całym świecie, na potęgę drożeją surowce na czele z gazem i ropą naftową, dostępność energii staje się luksusem, a ceny żywności szybują. Wydarzenia wcale nie idą po myśli optymistów, którzy zakładali, że po lockdownie i ograniczeniu aktywności gospodarczej na wyraźne życzenie rządów, widzących w tym metodę zwalczania pandemii COVID-19, szybko będzie można odrabiać straty bez zbędnych napięć. Tymczasem przychodzi ponownie mierzyć się z globalnym zagrożeniem spadku aktywności gospodarczej, tyle, że tym razem z powodu wysokich cen energii, surowców, braku półprzewodników czy innych komponentów do produkcji. Wiele firm wytwarza bardzo złożone produkty, a wystarczy, że zabraknie - umownie - jednej z tysiąca części, aby produkt nie wyjechał z fabryki. Jeśli dostawy komponentów są za małe w stosunku do potrzeb, to z kolei nie wytwarza się w takiej ilości w jakiej można, biorąc pod uwagę potencjał mocy produkcyjnych. W takim scenariuszu, gospodarka każdego kraju może się zatrzeć: po pierwszym, silnym odbiciu po pandemii, wzrost gospodarczy spowolni, a nawet może dojść do recesji. Właśnie niski wzrost gospodarczy, czyli stagnacja, to pierwszy element składowy stagflacji. Drugim jest wysoka inflacja.

Reklama

Niestety, także pod tym względem nie ma dobrych wieści, ponieważ inflacja rozhulała się nie tylko w Polsce, ale także na świecie. U nas, bardzo długi okres bezczynności w sprawie podwyżek stóp procentowych ze strony Rady Polityki Pieniężnej odbija się teraz czkawką - inflacja we wrześniu poszybowała do 5,9 proc. (najwyżej od dwudziestu lat) i zapewne wkrótce przywitamy się z "szóstką", a nawet - jak przewidują pesymiści - "siódemką". Inflacja to nie tylko polski problem, choć akurat w tej niepokojącej wysokości mamy ją częściowo niejako na własne życzenie.

Ceny wymykają się spod kontroli także w USA, części krajów strefy euro, a w naszym regionie w Czechach i na Węgrzech. Zatem drugi składnik przepisu na stagflację jest podany wręcz jak na talerzu. Podstawowe pytanie brzmi: czy wysoka inflacja jest tylko "przejściowa", jak chciałyby tego banki centralne, czy jednak utrwali się na wysokim poziomie i bardzo trudno będzie ją zbić, nawet drastycznie podnosząc stopy procentowe? Warto przypomnieć, że w Polsce cel inflacyjny wynosi 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.) i naprawdę bardzo niebezpiecznie oddaliliśmy się od tej granicy, która w końcu została kiedyś i po coś wyznaczona. Bo umiarkowana inflacja, pozostająca pod kontrolą, nie jest niczym złym, a wręcz naturalnym towarzyszem zdrowego wzrostu gospodarczego. Jednak utrwalona na niepokojąco wysokim poziomie tworzy ze stagnacją gospodarczą wybuchową mieszankę.

O tym, jak niebezpieczne jest zjawisko stagflacji można było się przekonać w latach 70. poprzedniego wieku, gdy największe gospodarki, na czele z amerykańską, wpadły w potężne tarapaty na skutek szoków naftowych (problemy z dostawami ropy naftowej na skutek konfliktów), które nie tylko doprowadziły do wzrostu cen energii, ale także wywołały perturbacje z jej dostępnością. Właśnie z tego powodu Francja tak mocno postawiła na energetykę atomową, a inne kraje np. rozwinęły alternatywne technologie pozyskiwania ropy i gazu, aby maksymalnie uniezależnić się od tradycyjnych dostawców z Bliskiego Wschodu czy Rosji. Obecnie mamy niejako powtórkę z historii, bo ceny energii, ropy i gazu, tak poszybowały, że dla niektórych firm produkcja może stawać się wręcz nieopłacalna lub wymusi na nich przeskalowanie biznesu na niższy wolumen. To prosta droga do zduszenia rozkręcającego się wzrostu gospodarczego i w efekcie - stagnacji. Niższy wzrost gospodarczy powinien teoretycznie skutkować obniżeniem presji inflacyjnej. Jest tylko jedno "ale". Szok energetyczny, jaki przeżywamy, konserwuje wysoką inflację.

Jakie są tego przyczyny? Niestety, kłania się fatalna polityka banków centralnych, które wręcz wyhodowały sobie wysoką inflację, najpierw aktywów (akcje, nieruchomości), a potem konsumencką (ceny żywności i usług). W zasadzie, od kryzysu finansowego w 2008 r. mamy do czynienia z festiwalem dodruku pieniądza i utrzymywaniem stóp procentowych na tak niskim poziomie, jak tylko się da. Oczywiście, korzystały z tego przez lata rządy, jadąc bez skrupułów na tanim kredycie i zadłużając państwa na potęgę. Prawdziwym dopalaczem była pandemia COVID-19, podczas której puściły wszelkie hamulce w brnięciu w dług. Walka ze skutkami pandemii i ochrona miejsc pracy były bardzo wygodnym uzasadnieniem dla polityków, którzy w ten sposób oczywiście dbali także, aby utrzymać się u władzy. Obecnie wychodzi na to, że masowy i długotrwały dodruk pieniądza, połączony ze stopami procentowymi bliskimi zera, był fatalną pomyłką i pójściem na polityczną łatwiznę. W efekcie zalania giełd tanim pieniądzem, ceny surowców oderwały się od rzeczywistości (ograniczanie podaży przy wysokich cenach jest na rękę ich posiadaczom), i zadziałała zasada kuli bilardowej. Można to zobrazować na przykładzie gazu. Służy nie tylko jako paliwo dla elektrowni, ogrzewania domu czy przygotowywania posiłków na kuchence, ale także od jego dostępności i cen zależy produkcja zakładów nawozowych, które są wręcz "pożeraczami" błękitnego paliwa. Skoro gazu jest za mało i jest niebotycznie drogi, to wyjściem jest albo ograniczenie produkcji, albo drastyczne podniesienie cen nawozów. I jedno, i drugie, ma fatalne przełożenie na rolnictwo, bo żywności wyprodukuje się mniej i drożej. Droga żywność świetnie podbija inflację konsumencką, szczególnie dotkliwą dla najmniej zamożnych, i koło się zamyka. Inflacja na wysokim poziomie zostaje utrwalona - drożyzna triumfuje. Tani i powszechnie dostępny pieniądz wcale nie poszedł na akcję kredytową w realnej gospodarce, tylko głównie na spekulacje giełdowe. Kolejny przykład tego widzimy na rynkach akcji, gdzie największe światowe indeksy w ostatnich latach tak seryjnie biły kolejne rekordy wszech czasów, że łatwo było stracić rachubę. Z kolei na rynkach obligacji doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy posiadacze kapitału... dopłacają wielu państwom (np. Niemcom) za samą możliwość posiadania ich obligacji. Patrząc na to wszystko można dojść do wniosku, że światowa ekonomia stanęła na głowie i sama funduje sobie potencjalne zagrożenie, jakim jest właśnie stagflacja. Co więcej, banki centralne są pod rosnącą presją, aby jednak zdusić inflację przez podwyżki stóp procentowych. Tyle, że z drugiej strony droższy kredyt może przyczynić się do spowolnienia gospodarek.

Jak na razie stagflacja pozostaje hipotetycznym zagrożeniem. Jednak, co warto podkreślić, został pod nią stworzony podatny grunt. Gdyby się w czarnym scenariuszu zmaterializowała, miałaby fatalne skutki, szczególnie dla Polski. Po trzech dekadach od transformacji jesteśmy nadal na etapie doganiania najbardziej rozwiniętych gospodarek i potrzebujemy jak kania dżdżu utrzymania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Długie lata stagflacji, z którą jest bardzo trudno walczyć, praktycznie przekreśliłyby te aspiracje. Z jednej strony, wysoka inflacja zubożyłaby społeczeństwo, z drugiej - stagnacja gospodarcza skutecznie zniechęcałaby do aktywności przedsiębiorców, którzy nie inwestowaliby np. w rozbudowę mocy produkcyjnych. Zresztą, z prywatnymi inwestycjami jest u nas krucho i bez stagflacji, bo od kilku lat PKB napędzany jest przede wszystkim konsumpcją, czemu sprzyjają gigantyczne transfery socjalne, na czele z programem 500+. Ale to nie koniec. Stagflacja wtrąciłaby także Polskę w tzw. pułapkę średniego dochodu, czyli nasze aspiracje, aby stać się krajem wysoko rozwiniętym - mówiąc kolokwialnie - poszłyby się bujać. Zostalibyśmy gospodarczym "średniakiem" na kolejne dekady, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dlatego widma stagflacji nie należy lekceważyć. Tak samo, jak nie należało w Polsce ostatnio lekceważyć wzrostu inflacji, która jest jej warunkiem koniecznym. Ale tu mleko się już rozlało...

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »