Reklama

Wirus nie wepchnął nas w recesję. Na razie.

Polski PKB wzrósł w I kwartale o 1,9 proc. licząc rok do roku, choć od połowy marca żyjemy w strachu przed pandemią i w ścisłym lockdownie. To znacznie więcej niż spodziewali się analitycy. Średnia ich prognoz wynosiła 1,3 proc. Wirus na razie nie wepchnął nas w recesję, ale czy to znaczy, że już w nią nie wepchnie?

Recesja będzie. I to głęboka.  - Drugi kwartał będzie najtrudniejszy. Przewidujemy spadek PKB o 8,1 proc. Spadek ten będzie napędzany przez obniżenie konsumpcji o 15 proc. rok do roku - mówi Interii kierowniczka zespołu Analiz Makroekonomicznych banku PKO BP Marta Petka-Zagajewska.

- W drugim kwartale 2020 roku oczekujemy głębokiego (dwucyfrowego) spadku PKB, a rok 2020 upłynie pod znakiem recesji - napisali z kolei analitycy banku Pekao w komentarzu.

W ujęciu kwartalnym już na minusie

Reklama

W czasach gdy zmiany następują tak szybko jak ostatnio, dużo więcej światła na sytuację gospodarki rzuca to, jak wartość towarów i usług wytworzonych z I kwartale zmieniła się w stosunku do kwartału poprzedniego. Czyli do ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku. I w tym porównaniu polski PKB się już zmniejszył - choć tylko o 0,5 proc. To PKB wyrównany sezonowo i liczony w cenach stałych, dla których rokiem odniesienia jest 2010. Kolejny, drugi kwartał spadku PKB będzie oznaczał recesję.

Ale pamiętajmy też, że polska gospodarka przestała nabierać coraz szybszego tempa wzrostu już w II połowie 2018 roku. Potem wzrost z kwartału na kwartał był coraz słabszy. Koniec 2019 roku przyniósł już wyraźne spowolnienie. Znajdowaliśmy się takim w cyklu koniunktury, który atak wirusa i tzw. lockdown tylko pogłębiły. Pytanie - jak bardzo?

Po pierwszym kwartale sytuacja gospodarki wygląda znacznie lepiej niż w wielu innych - bliższych i odleglejszych - regionach świata. W strefie euro gospodarka skurczyła się w I kwartale o 3,8 proc. rok do roku, a w całej Unii - o 3,5 proc. Gospodarka amerykańska zanotowała spadek o 4,8 proc. Chińska, gdzie epidemia szalała już przez cały I kwartał, skurczyła się o 6,8 proc.

Wyniki polskiej gospodarki są też lepsze w porównaniu z naszymi najbliższymi sąsiadami. Wprawdzie na Węgrzech PKB liczony kwartał do kwartału zmniejszył się zaledwie o 0,4 proc., ale już w Niemczech - o 2,2 proc., a w Czechach - aż o 3,6 proc.

Analitycy PKO BP przewidują spadek PKB w II kwartale o 8,1 proc. a mBanku - minus 8,4 proc. Jednak dane za I kwartał były na tyle dobre, że PKO BP zmniejszył prognozę recesji na cały rok z 4,2 proc. do 3,9 proc.

- Skala uderzenia w II kwartale będzie nieporównywalnie większa. Dane za I kwartał nie zmieniają ścieżki, ale będą ograniczać skalę spadku w całym roku - mówi Marta Petka-Zagajewska.

Czy wirus nie wróci?

W III i w IV kwartale z gospodarką powinno być już lepiej, o ile oczywiście "odmrażania" nie powstrzyma druga fala pandemii, a co do tego największe autorytety od epidemiologii na całym świecie wyrażają bardzo duże obawy, choć nikt nie ma pewności, czy wirus znowu zaatakuje i kiedy. Ale Marta Petka-Zagajewska uważa, ze inwestycje, które prawdopodobnie w I kwartale nieźle się jeszcze utrzymywały, mogą najgłębiej spaść dopiero w III kwartale.

Dokładne składniki PKB w I kwartale GUS ogłosi dopiero 29 maja. Ale bardzo możliwe, że "statystycznie" sytuację polskiej gospodarki w I kwartale poprawił wzrost zapasów. Po "odmrożeniu" najpierw one będą sprzedawane, a potem dopiero ruszy produkcja. Dlatego lepszy wynik w I kwartale wcale nie oznacza, że w kolejnych odbicie gospodarki będzie szybkie.   

- Można się spodziewać, że w I kwartale nastąpiła dodatnia kontrybucja zapasów do wzrostu. Przyrost zapasów w jednym kwartale oznacza, że nawet gdy sprzedaż ruszy, będzie dokonywana z zapasów, a nie z bieżącej produkcji - mówi Marta Petka-Zagajewska.

Ceny paliw w dół, ceny żywności w górę

Choć Narodowy Bank Polski mówi, że przy recesji, która nas czeka, prawdopodobieństwo deflacji (czyli spadku cen) niż inflacji jest większe i wielu analityków podziela to zdanie, decydenci monetarni powinni jednak uważać na to, co z cenami się dzieje. A dzieją się ciekawe rzeczy, które - na razie - wcale nie zapowiadają, że presja ze strony ich wzrostu nie dotknie mocno konsumentów, zwłaszcza uboższych.

Ceny - owszem - nie rosną już tak szybko jak wcześniej, gdy w styczniu z miesiąca na miesiąc podskoczyły o 0,9 proc., a jeszcze w marcu miesięczny wzrost wyniósł 0,2 proc., licząc miesiąc do miesiąca. W kwietniu w porównaniu z marcem spadły o 0,1 proc., ale w zasadzie tylko dlatego, że bardzo mocno potaniały paliwa - zauważają analitycy. Roczny wzrost cen spowolnił do 3,4 proc., z 4,6 proc. w marcu i z 4,7 proc. w lutym, gdy ich roczna galopada była najszybsza. Poza paliwami pozostałe ceny uparcie pną się wciąż do góry. Które najszybciej?

Wciąż najbardziej drożeje żywność, mieszkanie i usługi. A żywność i mieszkanie to podstawa egzystencji także w czasie pandemii. Trudno wyobrazić sobie, że ktoś, kto siedzi w czterech ścianach, kupuje nowe buty czy ciuchy, choć te są cały czas dostępne w sklepach internetowych. A za mieszkanie i chleb płacić musi. Poza tym żywność to nieco ponad 25 proc. naszych wydatków konsumenckich z "normalnych" czasów, a mieszkanie - ponad 18 proc.   

Wydatki związane z mieszkaniem wzrosły w ciągu roku o 7 proc., a w porównaniu z marcem - o 0,7 proc. To skutek wciąż odczuwanych podwyżek opłat za wywóz śmieci, ale i podwyżek cen prądu. Wzrosły też opłaty za gaz i ciepło. Ale także czynsze - opłaty na rzecz właścicieli były wyższe niż przed rokiem aż o 6 proc.

Żywność podrożała w ciągu roku o 7,8 proc., a przez miesiąc - o 0,3 proc. Najbardziej drożeją owoce, mięso i pieczywo, czyli to, co najbardziej potrzebne. Zdrożały także usługi o 6,5 proc. w ciągu roku, choć to one zostały niemal całkiem "zamrożone". Co będzie dalej?

- Inflację będą kształtować trzy czynniki. Pierwszy to ceny paliw, które utrzymywać będą trend spadkowy. Drugi to popyt konsumpcyjny. Silny popyt i silnie rosnące wynagrodzenia już się dezaktualizują. Dynamika płac rzędu 7 proc. jest nie do utrzymania i nie do powtórzenia. Trzeci czynnik to ceny żywności, które będą ograniczać spadki inflacji. Choć ostatnio trochę popadało, widmo suszy jest wciąż scenariuszem bazowym - mówi Marta Petka-Zagajewska.

Tu ważna uwaga. Ponieważ bardzo duża część gospodarki, w tym duża część usług zostały "zamrożone", nie sposób powiedzieć, jakie są odpowiadające tej części gospodarki ceny. Wtedy - zgodnie z metodologią Eurostatu - GUS bierze pod uwagę tzw. ceny imputowane. Co to takiego?

Urząd przyznaje, że ilość danych, których w rzeczywistości nie było, a wymagały oszacowania, była w kwietniu znacznie większa niż miesiąc wcześniej. Na przykład w takich działach jak edukacja oraz działalność restauracji i hoteli ponad połowa cen była imputowana, czyli szacowana na podstawie tego, jak zachowywały się one w ostatnim czasie lub też jakim trendom sezonowym podlegały rok wcześniej. Szacowana była też tylko blisko połowa cen w rekreacji i kulturze. Ponad jedna czwarta - w zakresie zdrowia oraz w odniesieniu do odzieży i obuwia. I - co ważne - najmniej danych brakowało w takich kategoriach jak łączność, żywność, użytkowanie mieszkania i nośników energii.

Ale "imputowane ceny" odzwierciedlają tylko podaż. A tymczasem okres lockdownu uderzył przynajmniej równie mocno w popyt i zmienił jego kierunki. I okazuje się teraz, że pieniądze wydajemy na te towary i usługi, które najbardziej drożeją. A może na odwrót - drożeją, gdyż wydajemy na nie pieniądze. Czyli na żywność i mieszkanie właśnie. 

- Dlatego można powiedzieć, że inflacja jest zaniżona - mówi Marta Petka-Zagajewska.

- Obliczenie teraz wskaźników cen to trudne zadanie, które stoi przed urzędami statystycznymi na świecie. Zmiany w konsumpcji, czyli w koszyku, następują zwykle powoli, ewolucyjnie, a pandemia przyniosła rewolucję w konsumpcji. Nawet gdyby ceny były dostępne, nie pokazałyby, jak zmieniło się obciążenie gospodarstw domowych związane ze zmianami cen, bo kupujemy zupełnie inaczej. Wzrośnie znaczeni dóbr podstawowych, udział żywności jest teraz znacząco większy w koszyku konsumpcyjnym - dodaje.

Co się stanie po odmrożeniu? Na razie po ruchu w galeriach handlowych nie widać, żeby wracały stare modele konsumpcji. Ale i ludzie będą mieć też znacznie mniej pieniędzy. Czy sprzedawcy zaczną masowo obniżać ceny na zgromadzone przez czas lockdownu zapasy? Czy fryzjerzy podwyżkami będą starali się powetować straty z dwóch miesięcy? Czy góra zapasów spowoduje, ze produkcja w niektórych branżach się zatrzyma? A w związku z tym nadejdzie kolejna fala bezrobocia, recesji i ubożenia konsumentów? Tego jeszcze nie sposób przewidzieć.

- Dopiero "odmrożenie" normalnego pomiaru przyniesie dostosowanie cen odpowiadające luce popytowej. Póki co w większości kategorii usługowych mamy zamrożony obrazek z przeszłości - napisali analitycy mBanku.

- Żywność będzie drożała i na koniec roku przewidujemy inflację 2-2,5 proc. pomimo załamania popytu i gospodarki pogrążonej w kryzysie. Zdecydowanie nie przewidujemy deflacji - twierdzi ekonomistka PKO BP.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama