Reklama

Wojciech Szeląg: Bilet na bezsens

Takie czasy, że nawet koncert muzyki popularnej może stać się powodem refleksji na temat wolnego rynku i tego jak ludzie próbują mu szkodzić, choć zarazem sami chętnie korzystają z jego dobrodziejstw, a także okazją by - który to już raz? - przekonać się że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło, a cel, nawet szczytny, wcale nie uświęca środków. Zwłaszcza w ekonomii, która jest - w ujęciu codziennym i praktycznym - wzajemną wymianą towarów i usług.

Dziecko wybrało się na koncert Znanego Rapera - bez biletu, bo kiedy  dowiedziało się o koncercie, biletów już nie było. Ale od czego jest internet? W drodze na miejsce koncertu Dziecko znalazło w sieci kilka ofert odsprzedaży biletów od osób, które - z rozmaitych powodów - na koncert wybrać się nie mogły. Uzgodniło cenę - taką jak oryginalna - i miejsce przekazania biletów. Na miejscu obie strony transakcji przekonały się jednak, że... nic z tego.

Okazało się że bilety są "spersonalizowane", a zatem wejść na koncert może tylko ten kto je kupił, nikt inny. Instytucję taką wymyślono już kilka lat temu, by utrudnić życie tzw. konikom - chodziło o to by nie mogli kupować biletów hurtem, a potem sprzedawać je po wyższych cenach. Cel zrozumiały, tyle że przy okazji wylano dziecko z kąpielą. W tym przypadku dosłownie - to konkretne Dziecko. A ile podobnych sytuacji miało tego dnia miejsce?

Reklama

Ktoś nie może iść na koncert, bo - dajmy na to - zachorował. Co może zrobić z biletem? Nic. Nie może go sprzedać, nie może go nawet nikomu bezpłatnie odstąpić. "A co jeśli umrę?" - pyta internauta. Lepiej umieraj kiedy indziej, bo bilet przepadnie. Mamy oto sytuację absurdalną - ktoś chce coś odstąpić (bez zysku, a zatem bez podejrzenia "odrażającej moralnie spekulacji"), ktoś inny chce kupić, ale... do transakcji dojść nie może, bo w imię opacznie pojętej sprawiedliwości, ktoś postanowił odebrać ludziom prawo do ich decyzji. W efekcie koncertu nie zobaczy ani pierwotny nabywca biletu, ani ten, kto chciał go odkupić. Żaden z nich.

A tak właściwie co by się stało gdyby nawet bilety ktoś wykupił by na nich zarobić? Ktoś chętny do ich odkupienia mógłby zdecydować czy akceptuje cenę czy nie. Mógłby liczyć na to, że tuż przed koncertem ceny spadną, bo pośrednik bałby się że bilety, które za chwilę stracą wszelką wartość, zostaną mu w kieszeni. Mógłby poszukać innego pośrednika. Mógłby przejąć bilet od znajomego, skoro ten musi zostać dłużej w pracy lub wyjechać. Mógłby....  A tak - nie może nic. Wszelkie opcje odebrano mu - a jakże! - w imię jego "dobra". To tak jakby z powodu tych kierowców, którzy łamią przepisy, zamknąć drogę dla wszystkich. Bezpieczeństwo zagwarantowane jest przecież najpełniej na drodze, którą nikt nie jeździ!

Jak ja mam serdecznie dosyć tych wszystkich, którzy chcą nas uszczęśliwiać na siłę, "wiedzą lepiej" niż my sami, co jest dla nas dobre, a co nie, uważają że jesteśmy zbyt głupi, by  samodzielnie podejmować najlepsze dla nas decyzje. Bez wysiłku  mogę sobie wyobrazić osiągnięcie przez organizatora koncertu zamierzonego celu bez jednoczesnego karania zwykłych fanów muzyki. Ale do tego trzeba chcieć rozwiązać problem, a nie tylko się go pozbyć - czytaj: przerzucić na innych.

Wojciech Szeląg 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »