Reklama

Wojna amerykańsko-chińska wybuchnie na nowo?

Zyski z porozumienia amerykańsko-chińskiego będą niewielkie, a straty, które po dwóch latach "wojen handlowych" pomiędzy tymi państwami poniosła światowa gospodarka są już olbrzymie - twierdzą analitycy. Nie ma pewności, czy jest ono krokiem ku zakończeniu "wojny", czy też tylko zawieszeniem broni pozwalającym przegrupować siły, by zadać silniejszy cios.

Reklama

Zaczęło się od tego, że w styczniu 2018 roku prezydent USA Donald Trump nałożył cła i kontyngenty na importowane chińskie panele słoneczne i pralki. W marcu 2018 roku ogłosił 25-procentową taryfę na import stali i 10-procentową na aluminium. A potem wprowadzał kolejne cła i obejmował nimi kolejne towary. A Chiny odpowiadały na to ograniczeniem importu z USA i eksportu - szczególnie niezbędnych dla przemysłu wysokich technologii metali ziem rzadkich.

Po dwóch latach rosnącego napięcia USA i Chiny podpisały w tym tygodniu "pierwszą fazę" umowy mającej na celu uspokojenie konfliktu. Taryfy, choć częściowo obniżone, jednak pozostają. Czy to znaczy, że światowy handel się odrodzi napędzając znowu wzrost gospodarczy? Może być zupełnie odwrotnie. 

Pokaz siły?

Reklama

Od początku "wojen" analitycy mówili, że są one potrzebne Donaldowi Trumpowi dla prowadzenia polityki wewnętrznej. Mówiąc w uproszczeniu, że prezydent chciał pokazać swoim wyborcom jaki jest silny. Że nawet Chiny przed nim drżą. Ale sondaże mówią co innego. Większość Amerykanów wprawdzie zgadza się z prezydentem, że Chiny handlują nieuczciwie, jednak ogólnie popiera wolny handel i jest przeciwna taryfom. Niektórzy analitycy uważają nawet, że utrata kilku mandatów w Kongresie przez Republikanów w 2018 roku spowodowana była właśnie "wojną handlową". Dane o handlu zagranicznym Chin i USA świadczyły o tym, że na prowadzonej wojnie te drugie traciły bardziej. Wojna uderzyła oczywiście też w Chiny, bo ich eksport spadł (dane za wrzesień 2019) o 3,2 proc. rok do roku. Ale import skurczył się o 8,5 proc., a wskutek tego wzrosła nadwyżka handlowa do blisko 40 mld dolarów. W wyniku nałożonych taryf chiński eksport do USA zmniejszył się o 10,7 proc., ale import zmalał o ponad jedną czwartą w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku.

Deficyt handlowy USA z Chinami po listopadzie 2019 roku przekroczył 320 mld dolarów, gdy za cały poprzedni rok wyniósł prawie 420 mld dolarów - podaje amerykańskie Census Bureau. Niby to wyraźnie mniej, ale być może tylko na papierze. Dlaczego? Bo eksport z Chin do Wietnamu rósł w tym samym czasie o kilkanaście procent rocznie. Analitycy ING uważają, że Chiny po prostu swoje towary wysyłają do USA z Wietnamu omijając nałożone na nie cła.  

Kwartalny wzrost gospodarki amerykańskiej w 2017 i 2018 roku sięgał wprawdzie nawet 3,5 proc., ale już roczne dane były gorsze. W sumie od wielkiego kryzysu gospodarka USA nie potrafiła się rozpędzić powyżej 3 proc. w skali rocznej i nie pomogły temu nawet drastyczne obniżki podatków dla korporacji i dla najbogatszych oraz rządowe pakiety stymulacyjne. Przez pierwsze cztery lata urzędowania prezydenta amerykański dług publiczny wzrósł o 5 bilionów dolarów. Choć - może gdyby nie one - USA szorowałyby po dnie recesji. Ale zwiększenie deficytu budżetu i zadłużenia miało pobudzić wzrost PKB USA do 6 proc. rocznie. Nic z tego nie wyszło.

Globalny wzrost siada

Wojny handlowe odbiły się na atmosferze w światowym handlu i spowodowały, że globalny wzrost przez ostatnie dwa lata słabł z roku na rok. Szarpała i zrywała oplatające świat łańcuchy dostaw. To podnosiło koszty funkcjonowania przedsiębiorstw na całym świecie. Także - rzecz jasna - w USA. I wojna, która miała bronić interesów gospodarczych mocarstwa w rzeczywistości zaczęła je podkopywać. Być może z tych powodów trzeba ją było zakończyć. Tak mówią optymiści. Ale jest tez inna możliwość - zawarte porozumienie ma tylko być przerwą w eskalacji wojny, potrzebną na przegrupowanie sił. Chodzić może o to, żeby USA dokładnie przeanalizowały i przemyślały jak uderzyć w chińską gospodarkę nie pogrążając jednocześnie własnej.    

Porozumienie przewiduje, że Chiny zwiększą import z USA o 200 mld dolarów w ciągu dwóch lat. Na to mają się składać produkty rolne o wartości 40-50 mld dolarów, produkty energetyczne za 50 mld dolarów oraz artykuły przemysłowe za 75 mld dolarów. W porozumieniu zapisano dokładne kwoty, ale umowa uzależnia faktyczne zakupy od warunków i cen rynkowych. 

"Pytanie brzmi, czy naprawdę możliwe jest stworzenie dodatkowego popytu na towary amerykańskie w wysokości 150 dolarów na obywatela Chin w ciągu najbliższych dwóch lat. Zwłaszcza, że wzrost chińskiej gospodarki strukturalnie wykazuje tendencję spadkową, a władze chcą kontynuować piętnastoletni trend słabnącego wzrostu importu" - napisali analitycy banku ING.

Z kolei - według obliczeń agencji Bloomberg - obiecany wzrost zakupów chińskich w USA spowodowałby wzrost amerykańskiego eksportu do Chin o prawie 56 proc. w porównaniu do 2019 roku. To po prostu wydaje się mało realistyczne.

Na pewno powody do zadowolenia mają amerykańskie wielkie korporacje finansowe, bo Chiny zgodziły na przyspieszenie otwarcia swojego rynku papierów wartościowych o osiem miesięcy. Do kwietnia globalne banki inwestycyjne będą mogły składać wnioski o utworzenie w Chinach spółek będących w pełni ich własnością. Będą mogły prowadzić tam usługi bankowości inwestycyjnej i mieć dostęp do rynku kapitałowego. Chiny obiecały również, że skrócą do 90 dni rozpatrzenie wniosków o licencję amerykańskich dostawców usług płatniczych jak Mastercard, Visa i American Express.

USA zobowiązały się natomiast do zmniejszenia o połowę dodatkowych ceł nałożonych w ramach wojny handlowej na towary importowane z Chin warte ok. 120 mld dolarów do 7,5 proc. Cła na pozostały import objęty podwyżkami - do 25 proc. na dobra o wartości 260 mld dolarów oraz te, na które zmniejszono taryfy w I fazie do 7,5 proc. - mogą zostać zmienione w tzw. drugiej fazie porozumienia.

Izolacja Chin?

Wszystkie te wyliczenia ukazują słabości umowy. Skoro tak duży wzrost popytu w Chinach na towary rolne i surowce energetyczne z USA jest mało prawdopodobny, to znaczy, że Chiny musiałyby dopłacać subsydia do importu z USA. A w ten sposób będą wypychać ze swojego rynku innych eksporterów. Wprawdzie porozumienie może poprawić atmosferę w światowym handlu, ale może pogrążyć wielu eksportujących z innych krajów na chiński rynek. W sumie taka umowa nie ma nic wspólnego z wolnym handlem - jeszcze mniej niż nawet jednostronne nakładanie taryf. Ignoruje wszelkie zasady wprowadzone przez Światową Organizację Handlu (WTO) i wielostronne porozumienia. To właśnie kwintesencja polityki Donalda Trumpa w handlu międzynarodowym - zawieranie porozumień dwustronnych, zakładających wzajemny protekcjonizm. A dla międzynarodowego handlu to właśnie byłoby najgorsze. I pogrążałoby dalej światową gospodarkę.

Jest jeszcze jeden możliwy scenariusz. Prawdopodobnie najgorszy. Wojna handlowa USA-Chiny była tylko początkiem globalnej rywalizacji tych dwóch mocarstw o pozycję numer jeden na świecie.

- USA zrobią wszystko, żeby odizolować Chiny od reszty świata, wypchnąć je z globalnych łańcuchów dostaw. To ich strategiczny cel - mówi Interii przedstawiciel wielkiej międzynarodowej instytucji.   

W takiej sytuacji porozumienie byłoby tylko przerwą przed kolejną rundą wymiany ciosów, a stawką - dominacja na świecie. Chińscy politycy oficjalnie deklarują: "nie mamy zamiaru wchodzić w konflikty i w rywalizację mocarstwową ani z Rosją, ani z USA". Ale podejście USA może być zupełnie inne. Bez względu na to, kto w listopadzie zostanie prezydentem.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: USA | Chiny | handel zagraniczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »