Reklama

Wóz albo przewóz dla polskiego atomu

Po trzech dekadach transformacji wróciliśmy z budową elektrowni atomowej do punktu wyjścia: państwo znowu bierze to na siebie, tak jak w PRL-u. I jak bumerang powraca pytanie: skąd ma wziąć kasę? A potrzeba decyzji o budowie polskiego atomu staje się coraz bardziej pilna z powodu równoległego dynamicznego rozwoju Odnawialnych źródeł energii (OZE) oraz potrzeby zamykania bloków węglowych.

Plan przejęcia przez skarb państwa udziałów w spółce mającej wybudować pierwszą polską elektrownię atomową to przykre przyznanie się do tego, że nie stać nas na sfinansowanie tak kosztownego projektu przez polskie firmy. Nawet, jeśli tytułują się "czempionami" gospodarki, to wyłożenie ponad stu miliardów złotych przerasta ich możliwości. Dlatego do końca roku państwo ma intencje odkupić udziały w spółce celowej PGE EJ1, której właścicielami jest kilka pozostających pod kontrolą rządu spółek: PGE, Enea, Tauron i KGHM. W ten sposób kończy się kolejny odcinek serialu "Budujemy polski atom", zapoczątkowany powołaniem tego konsorcjum atomowego w błysku fleszy na Forum Ekonomicznym w Krynicy w 2014 roku. I powstaje pytanie: co dalej z polskim atomem?

Trzy stracone dekady

Reklama

Historia inwestycji w polski atom to jak na razie niekończące się polityczne deklaracje, zwroty akcji i wyznaczania kolejnych dat, kiedy popłynie prąd z atomu do naszych domowych gniazdek. W zeszłym wieku na tle krajów b. bloku wschodniego pod względem atomu byliśmy mocno zapóźnieni. To inni, także bardzo blisko naszych granic, budowali kolejne bloki, opierając się na radzieckiej technologii, a u nas dopiero w latach 80. zabrano się na serio za taką inwestycję. Jednak bankrutujący PRL nie potrafił jej udźwignąć, a młoda gospodarka wolnorynkowa po transformacji miała inne zmartwienia niż atom, bo prąd był z węgla i było go pod dostatkiem. Wejście Polski do Unii Europejskiej było wówczas naszym marzeniem, ale nikt nie przypuszczał nawet, że w przyszłości postawi ona na "Europejski Zielony Ład" i postanowi zdekarbonizować gospodarkę. Symbolem PRL-owskich miraży atomowych pozostały ruiny rozpoczętej budowy siłowni w Żarnowcu, które przez wiele lat przypominały o tym, że taka inwestycja to gigantyczne wyzwanie.

Program atomowy na poważnie powrócił dopiero po dwóch dekadach, za rządów PO-PSL, kiedy rządowi planiści odkryli, że zaniechanie inwestycji w energetyce może skończyć się fatalnie dla całej gospodarki. Aby pozamykać najbardziej przestarzałe bloki węglowe, a mamy takich wiele, trzeba było pilnie rozpocząć budowę nowych "węglówek", których cykl budowy jest znacznie krótszy niż elektrowni atomowej, szczególnie w kraju, który w tej ostatniej technologii nie ma żadnych doświadczeń (poza Żarnowcem z innej epoki gospodarczo-politycznej). Projekt jądrowy miał być rozwijany równolegle do modernizacji energetyki węglowej. Według planów rządu PO-PSL prąd z atomu powinien pojawić się w 2024 roku. Następcy PO-PSL wcale nie zaniechali projektu jądrowego, ponieważ polska energetyka znalazła się w klimatycznym potrzasku i na to nikt nie może przymykać oczu. Atom może być jednym ze strategicznych rozwiązań, które zapewnią nam transformację do gospodarki zero- i niskoemisyjnej, która stała się oczkiem w głowie Unii.

Po na nam u licha ten atom?

Z jednej strony rosnące ceny uprawnień do emisji CO2 sprawiły, że produkcja energii z węgla stała się niezwykle kosztowna, co przekłada się na spadek konkurencyjności naszej gospodarki, a z drugiej Unia Europejska wcisnęła przycisk przyśpieszenia w sprawach klimatycznych - postanowiła do 2050 roku osiągnąć neutralność klimatyczną. Stało się to priorytetem nowej Komisji Europejskiej i nawet pandemia COVID-19 nie zmieniła tego kursu. W tej sytuacji, nasza energetyka oparta w ok. 80 proc. o węgiel kamienny i brunatny stanęła przed perspektywą szybkich i gigantycznych zmian technologicznych, niezależnie od tego, co myślą o tym wszystkim górnicy fedrujący na dole, których nie tak dawno propagandowo zapewniano, że "węgla mamy na 200 lat" i nie zawahamy się po niego sięgać, ponieważ gwarantuje nasze bezpieczeństwo energetyczne. "Czarne złoto" w Europie jest w odwrocie i to jest proces nieuchronny: miejsce "czarnej energii" zajmuje "zielona".

Jest jednak jedno poważne "ale". Odnawialne źródła energii (OZE) są niestabilne. I dopóki nie wymyślimy na skalę przemysłową taniego magazynowania energii, potrzebujemy dla stabilności systemu elekroenergetycznego i pewności dostaw także innych źródeł wytwarzania niż wiatr i słońce. Tym bardziej, że - umownie - "nie zawsze wieje i nie zawsze świeci". W praktyce zatem, chcąc odchodzić od węgla i zamykać "brudne" siłownie trzeba jednocześnie wskazać skąd czerpać energię ze stabilnych źródeł. Poza atomem tak naprawdę liczy się tylko gaz, który właśnie wyrasta w Polsce na paliwo przejściowe  z "epoki węgla" do "epoki OZE", czego dowodem jest plan zastąpienia w nowym bloku w Ostrołęce węgla przez gaz. Plan większej gazyfikacji polskiej energetyki jest o tyle realny, że coraz bardziej uniezależniamy się od dostaw surowca ze Wschodu. Import skroplonego gazu LNG z różnych kierunków, rozbudowa gazoportu i wreszcie idąca pełną parą budowa Baltic Pipe, który zapewni nam dostęp rurą do złóż norweskich surowca, to argumenty za tym, aby rozwinąć na większą skalę energetykę opartą o gaz. Co prawda, nie jest on źródłem zeromisyjnym, ale z grubsza emisje CO2 są o połowę mniejsze niż w wypadku spalania węgla, co ma kolosalne znaczenie dla kosztów wytwarzania i realizowania unijnych celów klimatycznych. Niemniej, opieranie całej polskiej energetyki na karcie gazowej jest ryzykowne ze względu nie tylko na zmieniającą się cenę surowca, ale także bezpieczeństwo i logistykę.

Dlatego tak poważnym wsparciem w transformacji naszej energetyki może być atom. Tyle, że kosztownym.

Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze

Plany elektrowni w Żarnowcu poległy w zeszłym wieku razem z bankrutującą gospodarką. I tak naprawdę, przez trzy kolejne dekady nikt nie wskazał w Polsce, skąd wziąć na taki projekt pieniądze. A w grę wchodzą gigantyczne kwoty. O ile za czasów PO-PSL koszty budowy atomówki szacowano na 50-60 mld zł, to poza oszacowaniem nie wskazano źródeł finansowania. Po 2015 roku koszty zmieniały się, jak w kalejdoskopie i miały jeden wspólny mianownik: było tylko drożej. Najpierw miało być to 70-75 mld zł, potem projekt szacowany był na ponad 100 mld zł. Obecnie mówi się o kwotach sięgających nawet 140-150 mld zł. Równolegle przesuwają się także kluczowe daty: według obecnych planów pierwszy z kilku bloków o mocy 6-9 GW miałby ruszyć dopiero w 2033 roku. Wydaje się to odległą perspektywą, ale w planowaniu inwestycji w energetyce wcale tak nie jest, ponieważ budowa "atomówki" trwa zdecydowanie dłużej niż "gazówki" czy "węglówki’. Tymczasem źródeł OZE, które potrzebują stabilnego wsparcia, dynamicznie przybywa, a kopalnie węgla kamiennego mają być zamknięte do 2049 roku. Stanie się to prawdopodobnie znacznie szybciej, więc tym bardziej pilne będzie znalezienie innych niż węglowe stabilnych źródeł wytwarzania energii. Oczywiście alternatywą jest import na dużą skalę, ale z względu na bezpieczeństwo energetyczne kraju i kwestie czysto polityczne taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny do zaakceptowania. Osobną kwestią pozostaje potencjał połączeń transgranicznych jak bariera dla importu.

I dlatego wracamy do punktu wyjścia po trzech dekadach: jeśli atom, to skąd wziąć na to kasę? Po doświadczeniach ostatnich lat już wiemy, że Polski nie stać samodzielnie na atom, nawet jeśli politycy propagandowo twierdzili coś innego. Alternatywą jest znalezienie zagranicznego partnera, który dostarczy nie tylko technologię, której w Polsce nie mamy, ale także kasę, bo tej również nie mamy. Zatem trzeba przyjąć, że decyzja o budowie polskiej elektrowni atomowej będzie tak samo ekonomiczna, co polityczna, bowiem zwiąże nas nie tylko finansowo, ale także technologicznie i politycznie z zagranicznym dostawcą. O ile przez wiele lat najbardziej prawdopodobne było, że atom do Polski dowiozą Francuzi, to obecnie największe szanse na to mają Amerykanie, co wynika z transatlantyckiego kursu polskiej polityki. Na koniec jednak wszystko rozbije się o realne pieniądze. I dopiero, gdy na stole pojawi się konkretny kapitał i model finansowania, będziemy mogli powiedzieć, że wkroczymy w erę atomu. Bez kasy jesteśmy na tym samym etapie co trzy dekady temu, a oblicze energetyki w Unii Europejskiej zmienia się nieubłaganie. Zatem czeka nas podjęcie szybkiej atomowej decyzji na "tak" lub na "nie", ze wszystkimi tego konsekwencjami dla polskiej gospodarki i unijnych kwestii klimatycznych. A kluczem będą pieniądze.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »