Reklama

Wybory blisko, więc węgiel stał się gorący

Im bliżej wyborów prezydenckich, tym większa licytacja polityczna wokół górnictwa, która ma niewiele wspólnego z ekonomią. Stawką jest zdobycie czterech milionów głosów wyborców na Śląsku.

W śląskich kopalniach robi się coraz bardziej gorąco, bo górnicy widzą, że zbliżyli się do ściany, a wybory prezydenckie - ostatnie w blisko dwuletnim cyklu wyborczym - to szczególna okazja, aby zawalczyć o swoje interesy, które sprowadzają się do zagwarantowania status quo i podwyżek płac. Dlatego idą na całość - strajk ostrzegawczy ma się odbyć 17 lutego, kilka dni później referendum strajkowe, a 28 lutego manifestacja w Warszawie. Górnicy z Polskiej Grupy Górniczej (PGG) żądają podwyżek płac o 12 proc., nie bacząc na sytuację finansową swojej firmy, zablokowania importu węgla i odbierania surowca zakontraktowanego przez krajowe elektrownie. I zdają sobie sprawę, że mają czas na postawienie na swoim do wyborów prezydenckich 10 maja, bo później stracą na znaczeniu politycznym.

Reklama

Tymczasem sytuacja polskiego górnictwa jest coraz trudniejsza zarówno z powodów ekonomicznych, jak i politycznych. Cena węgla kamiennego na światowych rynkach (ARA) oscyluje wokół 55 dolarów za tonę, czyli progu bólu dla opłacalności wydobycia w naszej branży. Przypomina to sytuację z początku 2015 r., gdy Kompania Węglowa, na której gruzach powstała później PGG, stanęła na progu bankructwa, bo po kilku latach dramatycznych spadków cena węgla stoczyła się z poziomu 130 dol. do zaledwie 50-55 dol. za tonę. "Czarne złoto" przestaje być w naszym regionie świata pożądanym surowcem. Zmiany klimatu dzieją się także w Polsce i wyjątkowo ciepła zima nie jest jedynie wymysłem ekologów i lobby unijnego.

Wystarczy spojrzeć za okno. Rodzi to potężne problemy ze zbytem węgla, bo w polskich domach po prostu nie trzeba tyle grzać. Zatem spada zapotrzebowanie na surowiec ze strony elektrociepłowni, a także gospodarstw domowych, które - pomimo antysmogowej kampanii - nadal używają węgla. Zmiany klimatyczne mają przełożenie na decyzje polityczne, w tym kierunek polityki europejskiej. Ostatnie eurowybory pokazały dobitnie, że obywatele Unii Europejskiej sprawy klimatu uważają za priorytetowe i właśnie taki cel postawiła sobie nowa Komisja Europejska. "Nowy zielony ład", niezależnie od ocen jego skuteczności dla walki o klimat w kategoriach globalnych, ma prowadzić do osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 r. Polski rząd na razie wije się jak piskorz, aby jednoznacznie nie opowiedzieć się za tym projektem. Ale prawdopodobnie już w czerwcu na forum unijnym przystanie na neutralność klimatyczną, bo w przeciwnym razie przegra "1:26" i nie ma co marzyć o miliardach euro na transformację energetyczną.

Z politycznego punktu widzenia taka decyzja będzie o tyle łatwiejsza, że to już czas po wyborach prezydenckich. Jednak do tego momentu będzie trwał twardy polityczny kurs obrony polskiego węgla, z udziałem nie tylko obozu rządzącego, ale i opozycji.

Widać to świetnie po politycznej histerii jaka zapanowała w sprawie importu węgla, głównie rosyjskiego. Temat nie jest nowy, bo wracał jak bumerang także za rządów koalicji PO-PSL. Jednak to za rządów PiS import pobił historyczne rekordy. Górnicy są rozwścieczeni widząc, jak rosną hałdy niesprzedanego surowca przy ich kopalniach, a do kraju wjeżdżają miliony ton z zagranicy. Niestety, zdają się nie dostrzegać faktu, że w wielu wypadkach ten węgiel jest nie tylko tańszy, ale i lepszej jakości.

Nasze górnictwo na Śląsku jest schyłkowe nie tylko dlatego, że chciałaby tego Unia Europejska, ale także...natura. Eksploatowane są pokłady coraz głębsze, coraz trudniejsze geologicznie, z zagrożeniem metanowym. To wszystko sprawia, że polski węgiel z takich kopalń jest drogi w stosunku do konkurencyjnego z importu. Szczególnie, że duża jego część pochodzi z kopalni odkrywkowych, gdzie koszty są na tyle niskie, że jest on u nas konkurencyjny, nawet doliczając koszty transportu. Z jedną ważną uwagą. Cenowa atrakcyjność węgla rosyjskiego nie jest oczywista ekonomicznie, bo nikt tak naprawdę nie wie jak bardzo dotowany jest np. transport węgla do polskiej granicy. W Rosji surowce są uważane od dekad za broń polityczną, więc tani węgiel rosyjski może nieprzypadkowo pojawiać się u naszych granic w atrakcyjnych cenach, powodując potężne napięcia polityczne i społeczne w naszym kraju.

Hasło "zrobienia porządku z importem węgla" jest bardzo nośne polityczne i dobrze brzmi w uszach górników. Tyle, że próby przeciwdziałania importowi rodzą wiele wątpliwości. Wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin zapowiedział, że państwowe spółki skończą z importem węgla. Dotyczy to głównie PGE oraz Węglokoksu. Tyle, że to decyzja czysto polityczna, która w kategoriach ekonomicznych jest niebezpieczna, bo państwowe spółki przecież muszą mieć swoje racje importując węgiel, a nie jest to jedynie ich widzimisię. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze i powiązaną z nimi jakość surowca. Presja właścicielska na władze państwowych spółek, aby kupowały coś drożej i gorszej jakości, ociera się o nakłanianie do działania na szkodę.

To jest cienka granica między odpowiedzialnością polityczną a odpowiedzialnością biznesową. Nawet jednak zakładając, że państwowe spółki zaprzestaną importu węgla i ich władzom nie spadnie włos z głowy, to będzie i tak za mało jak na oczekiwania górników, którym odpowiadałby totalny szlaban na import, przynajmniej z kierunku wschodniego. Więc kandydat PSL na prezydenta Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił postulat embargo na rosyjski węgiel, co zablokowałoby także import prywatny z Rosji. W ten sposób lider PSL pobił nawet rząd PiS w licytacji o głosy górników, bo nawet minister Sasin przyznał, że mamy wolny rynek i nie jesteśmy w stanie wprowadzić embarga. Swoją drogą ciekawe, że PSL nie zrobił "porządku" z rosyjskim węglem, wprowadzając embargo, gdy rządziło razem z PO, bo to także wówczas było solą w oku krajowego górnictwa.

Do wyborów prezydenckich mamy jeszcze trzy miesiące i aż strach pomyśleć, do jakich propozycji i działań posuną się jeszcze politycy, aby zagrać o cztery miliony głosów na Śląsku. Tymczasem potrzeba powiedzenia górnikom brutalnej prawdy, że należy rozpocząć proces stopniowego ograniczania wydobycia, zahamowania żądań płacowych windujących koszty, a nie snucia propagandowych zapewnień, że węgla mamy na 200 lat i nie zawahamy się go fedrować, zaś lekiem na wszystko będzie embargo na importowany surowiec. Polskę zmusi do tego nie tylko unijna polityka neutralności klimatycznej, ale także czysty rachunek ekonomiczny, bo rosnące płace, niska efektywność i coraz trudniejsze warunki geologiczne sprawiają, że nasz węgiel jest coraz droższy.

A dla krajowej energetyki cena surowca się liczy, bo równolegle podrożały uprawnienia do emisji CO2. W efekcie, w gospodarce opartej w 80 proc. o energię z węgla, mamy najdroższy prąd spośród unijnych sąsiadów, co bije w konkurencyjność naszych firm i budżety domowe, bo przecież rekompensaty za prąd nie będą trwać wiecznie. Alternatywą jest wyjście z Unii i pozostanie węglowym skansenem z autarkiczną gospodarką, tyle że większość Polaków "polexitu" nie dopuszcza nawet do myśli.

Jednak prawdziwą debatę o przyszłości polskiego górnictwa będzie można rozpocząć dopiero w czerwcu, gdy minie wyborcza gorączka. Dlatego związkowcy tak ostro grają w PGG, bo zostało im bardzo mało czasu.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Dowiedz się więcej na temat: górnictwo polskie | energetyka | PGG

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL