- Spadliśmy z różowej chmurki - żali się Interii Marlena, matka dwojga dzieci, nauczycielka biologii w jednej z podwarszawskich szkół podstawowych. Do niedawna cała rodzina mieszkała na niespełna 40 metrach kwadratowych. - Nie było nam źle, ale dzieci zaczęły rosnąć, ciasno im było w małym pokoiku. Nam też się marzyła własna sypialnia a nie co wieczór rozkładana kanapa - opowiada nauczycielka. Kupili trzypokojowe mieszkanie, niewiele większe, ale nowe. Stare zostawili z myślą o dzieciach. - Przeprowadziliśmy się niespełna rok temu. Odkąd kredyty zaczęły iść w górę nasza miesięczna rata wzrosła już o dwa tysiące złotych - skarży się Marlena. Ona i mąż zdają sobie sprawę, że to nie koniec podwyżek. Twierdzą, że pewnie "pod młotek" pójdzie mieszkanie, które trzymali dla dzieci. Do wakacji kredytowych podchodzą z dystansem. - Sama nie wiem. Wolę spłacić wcześniej - twierdzi nauczycielka.
Oddają państwu, to co dostają
Marianna i jej rodzina, podobnie jak rodzice, przez całe życie mieszkała w mieście. - Byłam mieszczuchem, który marzył o ogródku - wspomina. Przed dwoma laty pracę w księgarni zamieniła na kwiaciarnię na prowincji, a mieszkanie - na dom na wsi. - Zamarzyliśmy sobie, że nie będziemy wynajmować lokalu, wpłacać do skarbonki bez dna, tylko go kupimy - opowiada. Pieniędzy ze sprzedaży M3 wystarczyło na lokal, jego remont i dom z ogródkiem. Ale wkrótce potem sąsiad sprzedawał łąkę.
- Postanowiliśmy kupić konie i otworzyć małą szkółkę jeździecką. Wzięliśmy kredyt i nas pokarało - wspomina. W maju, po raz pierwszy, żeby spłacić ratę musieli sięgnąć do 500+.
- W życiu nie miałam takich wyrzutów sumienia, to tak jakbym odbierała jedzenie moim dzieciom - twierdzi Marianna i prosi, żeby w tekście zmienić jej imię. - Jeszcze ktoś się domyśli. Wakacje kredytowe? Jak najbardziej. - Oddam to, co wzięłam z pieniędzy na dzieci. Może wystarczy jeszcze na wakacje - cieszy się kobieta.
Miała być radość a są obawy, co dalej
Marcin, 50-letni muzyk narzeka, że zanim w nowym mieszkaniu zdążył rozpakować z rodziną pudła z rzeczami, miesięczna rata kredytu za kupno wzrosła o 1700 złotych. Ojciec trójki dzieci - jak wielu innych - przed rokiem uznał, że skoro stopy procentowe albo stoją w miejscu albo maleją, to stać go na kupno wygodnego lokum, mimo że żona nie pracuje.
Na ponad 80 metrach kwadratowych ma wszystko, czego potrzebuje, łącznie z wyciszonym miejscem do gry i komponowania. - Mieliśmy dokładnie obliczone, przeanalizowane i wiedzieliśmy, że nas na to stać. Braliśmy pod uwagę, że może zmienić się koniunktura, wzrośnie oprocentowanie ale nie o tyle - zapewnia. Na razie nie widzą wyjścia. Biorą pod uwagę pójście do pracy żony, ale żłobki i przedszkola też kosztują. - Szukam dodatkowej pracy. Jak trzeba to zagram na weselu - mówi Interii muzyk. Nie wierzy, że wakacje kredytowe coś zmienią. - Kredytu to nie zmniejszy. Trzeba go będzie spłacić - mówi.
Zamienić Polskę na Grecję albo Włochy
Jerzy, do niedawna współwłaściciel agencji reklamowej zapowiada, że wkrótce spakuje walizki. Ma wygodny dom z dużym ogrodem, ale kupił go za kredyt we frankach i mimo upływu lat, wielkość spłaty nie maleje. Przyznaje, że kiedy zaczęła się inflacja a za nią poszedł wzrost oprocentowania kredytów, wystawił dom na sprzedaż. - Liczę, że szybko znajdzie się kupiec. Oddam bankowi, co trzeba i wyjeżdżam - zapowiada.
Celem jest południe Europy, “bo tam też coraz drożej, ale często słońce świeci". - Mamy dorosłe dzieci a swój zawód mogę wykonywać, skąd chcę. Mam nadzieję szybko pozbyć się balastu i zacząć nowy rozdział - zapowiada. Twierdzi, że jego żona już wybrała dom, w którym mieliby mieszkać. - Z tarasu widać morze, czego nam więcej trzeba - twierdzi Jerzy.
Nie tylko właściciele kredytów stoją przed trudnym wyborem, co zrobić, z czego zrezygnować, aby poradzić sobie ze spłacaniem coraz wyższych kwot. Jak wynika z sondażu United Surveys dla DGP, wielu Polaków zastanawia się czy wyjedzie na wakacje. Co piąty ankietowany rezygnuje z letniego wyjazdu, a co 12. pojedzie ale na krócej. Polacy są też świadomi, że ceny paliw dalej będą rosnąć. Co 4. jest przekonany, że za miesiąc litr benzyny będzie kosztował 8 złotych, niemal tyle samo spodziewa się ceny o złotówkę wyższej a kolejne 22,1 proc. obawia się, że przekroczy ona 10 złotych.
Ewa Wysocka
Zobacz również:













