Reklama

"Zielony Ład" po polsku

Przyjęcie przez rząd "Polityki Energetycznej Polski do 2040 r." pieczętuje koniec dominacji węgla i daje zielone światło dla rozwoju wytwarzania energii z wiatru, słońca, atomu i gazu. To wyjście naprzeciwko unijnemu "European Green Deal", który zmierza do dekarbonizacji i osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 roku. Pogarsza pozycję negocjacyjną strony górniczej w sprawie umowy społecznej dotyczącej likwidacji kopalń węgla kamiennego do 2049 roku. Rodzi się ona w bólach, a dotychczas to strona rządowa znajdowała się w rozmowach pod presją związkowców.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Do 2040 roku zostanie zbudowany nieomal nowy system elektroenergetyczny, którego podstawą będą Odnawialne Źródła Energii (OZE) oraz atom, a gaz będzie służył jako paliwo przejściowe w transformacji do gospodarki zeroemisyjnej (będą nowe bloki gazowe). Dla węgla to wyrok - będzie potrzebne coraz mniej surowca, co oznacza konieczność likwidacji kopalń.

Przemiana polskiej energetyki od modelu z ok. 70 proc. udziałem węgla w wytwarzaniu energii do źródeł zero- i niskoemisyjnych to jedno z najważniejszych wyzwań  gospodarczych stojących przed Polską. Przez ostatnie lata lobby węglowe twardo walczyło o swoje interesy, starając się utrzymać status quo w wydobyciu i zapotrzebowaniu energetyki na surowiec. W efekcie byliśmy hamulcowym w europejskiej polityce klimatycznej. Według założeń PEP2040, czeka nas wielka zmiana - w 2040 roku ponad połowę zainstalowanych mocy w energetyce stanowić będą już źródła zeroemisyjne, co w praktyce oznacza konieczność mocnego wejścia w morskie farmy wiatrowe oraz siłownie jądrowe. 

Prognozowane nakłady na OZE i atom przez dwie najbliższe dekady mają sięgnąć 80 proc. z astronomicznej kwoty ok. 320-342 mld zł nakładów w sektorze wytwórczym energii elektrycznej (całość nakładów inwestycyjnych na transformację oszacowano na 1,6 bln zł). Efekt ma być taki, że w 2030 roku udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej nie będzie przekraczać 56 proc., a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 (taki trend jest od ponad dwóch lat - tona CO2 doszła już do 38 euro) do nawet 37,5 proc. Lukę po węglu ma zapełnić m.in. ok. 5,9 GW w 2030 roku w energetyce wiatrowej i 5-7 GW w fotowoltaice. Dopiero w 2033 ma ruszyć pierwszy blok jądrowy o mocy 1-1,6 GW (docelowo ma być ich sześć o łącznej mocy 6-9 GW). Przyjęta polityka zakłada w 2030 co najmniej 23 proc. udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto (na koniec 2020 roku prawdopodobnie nie udało się osiągnąć obiecanego Unii celu 15 proc.)

W PEP2040 wielokrotnie podkreślane jest, że transformacja energetyczna ma być sprawiedliwa ("nie zostawi nikogo z tyłu"). Przemiana regionów węglowych ma otrzymać wsparcie 60 mld zł. Dużym wyzwaniem będzie tworzenie nowych miejsc pracy, nie tylko dla odchodzących górników, ale także zatrudnionych w firmach okołogórniczych. Dlatego ma powstać nawet 300 tys. miejsc pracy w branżach związanych z OZE, energetyką jądrową, elektromobilnością czy infrastrukturą sieciową. Utrzymanie bezpieczeństwa energetycznego podczas redukowania mocy węglowych, czyli pewność i stabilność dostaw energii, powinno zapewnić przejściowe stosowanie technologii opartych m.in. na gazie, który został uznany jako paliwo pomostowe w transformacji od węgla do źródeł zeroemisyjnych.

Przyjęcie polityki energetycznej w trakcie negocjacji w sprawie umowy społecznej dotyczącej likwidacji kopalń może być niekorzystne dla górniczych związkowców, bo PEP2040 określa ramy, których będzie trzeba się trzymać. Korzystniejsza dla górników byłaby odwrotna kolejność - najpierw przyjęta umowa społeczna (nawet bez notyfikacji w Brukseli), a potem zatwierdzenie polityki energetycznej, bo w takim scenariuszu można by w niej jeszcze coś zmienić pod wpływem wyników negocjacji. 

Zatem dotychczasowa twarda postawa związkowych liderów i przeciąganie negocjacji może koniec koniec końców obrócić się przeciwko górnikom. Podjęta latem próba zamknięcia przez rząd najsłabszych kopalń spotkała się ze stanowczym sprzeciwem związkowców i nastroje w kopalniach udało się uspokoić dopiero pod koniec września, kiedy w Katowicach podpisano porozumienie w sprawie zasad transformacji górnictwa węgla kamiennego, z założeniem, że ostatnia kopalnia zostanie zamknięta w 2049 roku. 

Następnym krokiem ma być właśnie umowa społeczna, która miała się pojawić już w grudniu zeszłego roku. Umowy jak nie było, tak nie ma, a jej treść jest od miesięcy przedmiotem ostrego sporu między resortem aktywów a stroną społeczną. Warto przypomnieć, że propozycja resortu została z hukiem wrzucona do kosza, a towarzyszyło temu ze strony związkowej nawet określenie, że to kpina z regionu. 

Rozzłoszczeni związkowcy przedstawili swój projekt, który ostatecznie stał się podstawą negocjacji. Pod koniec stycznia ustalono, że dalej pracować będą zespoły robocze, lecz nadal nie wiadomo, kiedy umowa ma szanse zostać wynegocjowana i podpisana. Jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach, dotyczących np. konkretnych dat likwidacji poszczególnych kopalń. Tymczasem według planów, umowa ma zostać podpisana już w tym miesiącu, aby szybko rozpocząć jej notyfikacje w Brukseli, ponieważ Komisja Europejska musi się zgodzić na jej zapisy. Jeśli np. wynegocjowane tempo zamykania kopalń będzie zbyt wolne, może nie zostać zaakceptowane przez Unię.

Właśnie w takim trudnym momencie negocjacyjnym została przez rząd przyjęta polityka energetyczna 2040, której założenia były od długiego czasu traktowane podejrzliwie przez stronę górniczą. Dlatego można przypuszczać, że jest to także element gry negocjacyjnej ze strony rządu, aby przynajmniej odzyskać inicjatywę w rozmowach, bo na razie można odnieść wrażenie, że toczą się one pod dyktando górników, czego symbolem była odrzucenie z hukiem rządowej propozycji i przeforsowanie projektu społecznego jako punktu wyjścia do rozmów (zawarto m.in. postulaty finansowe dla transformacji regionu, osłon socjalnych czy inwestycji w bezemisyjne technologie węglowe, aby podtrzymać zapotrzebowanie na surowiec).

Wychodzi na to, że strona górnicza, broniąca interesów swojej branży, słusznie obawiała się nowej polityki energetycznej, bowiem oznacza ona faktyczne pożegnanie z węglem i pójście unijną ścieżką do gospodarki niskoemisyjnej. A jej założenia mogą być teraz twardym argumentem w negocjacjach, bo jest to już oficjalny dokument rządowy, a nie jedynie projekt, który może być modyfikowany lub pójść do szuflady.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Dowiedz się więcej na temat: odnawialne źródła energii | energetyka | górnictwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »