Reklama

Zmiany w ZUS dobre, ale to nie ulga

- Nie powinniśmy o niższym ZUS rozmawiać używając pojęcia ulgi, tylko dostosowania obciążeń z tytułu składek do realnych możliwości finansowych przedsiębiorcy. Pozytywnie oceniamy te zmiany - mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. Dodaje, że likwidacja tzw. 30-krotności jest złym pomysłem, bo stworzy kominy emerytalne, które będą musieli finansować wszyscy podatnicy.

- Poznaliśmy trochę więcej szczegółów rządowych planów, ale wielu elementów jeszcze brakuje i dobrze byłoby, żeby zostały doprecyzowane. Przede wszystkim nie wiadomo jak będzie ustalana podstawa obliczania składek. Na razie zostało to jedynie zasygnalizowane. Zaprezentowano wyliczenia ile średnio kto zyska, ale to jest tylko opis skutków tej propozycji, a nie ma precyzyjnego mechanizmu jej działania - mówi Łukasz Kozłowski.

W sobotę podczas konwencji PiS w Katowicach premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że przedsiębiorcy o przychodach poniżej 10 tys. zł i dochodach nie wyższych niż 6 tys. zł będą mogli zapłacić niższy ZUS. Pozostali będą nadal płacić stawkę zryczałtowaną.

Reklama

- Bazując na tych szczątkowych informacjach, które znamy, system proporcjonalnego ustalania wysokości składek na ZUS w zależności od połowy dochodów oceniamy pozytywnie, bo jest to zbieżne z rozwiązaniem, które FPP proponowała już w kwietniu. Przyjęcie takiej podstawy wyliczania czyli połowy dochodu wydaje się optymalne i powoduje, że suma obciążeń przedsiębiorców pozostałaby na względnie zbliżonym poziomie, tylko zmieniłby się ich rozkład. Czyli dla tych, dla których składki na ZUS były dużym obciążeniem i blokadą w prowadzeniu działalności zostałyby urealnione - obniżone. W tym kierunku szła też wcześniej koncepcja jednolitej daniny zaproponowana w 2016 roku, choć została ostatecznie odrzucona - ocenia ekonomista FPP.

Natomiast jego zdaniem dyskusyjną kwestią jest limit 10 tys. zł przychodu, umożliwiającego skorzystanie z tego mechanizmu. - My w swojej koncepcji zakładaliśmy, że w ogóle nie byłoby takiego limitu, bo on powoduje, że będzie funkcjonował system mieszany. Tłumaczy, że nie powinno to być rozwiązanie szczególne, dla wybranej grupy, ale generalna zasada systemu ubezpieczeń społecznych w odniesieniu do wszystkich grup, także dla przedsiębiorców.

- Biorąc pod uwagę graniczny dochód dla skorzystania z tego mechanizmu, czyli 6 tys. zł, to nie przekracza go 78 proc. przedsiębiorców w Polsce, więc spora grupa mogłaby z niego skorzystać, ale pytanie czy inne warunki np. dotyczące liczenia przychodu nie będą tego grona zawężać - dodaje.

Zdaniem Kozłowskiego używanie w tym kontekście słowa ulga jest nieuzasadnione.

- Nie powinniśmy o niższym ZUS rozmawiać używając pojęcia ulgi tylko dostosowania obciążeń z tytułu składek ZUS (które są jednym z ważniejszych dani publicznoprawnych) do realnych możliwości finansowych przedsiębiorcy. System ryczałtowy powodował, że w przypadku przedsiębiorców o niskich dochodach była to najwyżej opodatkowana forma aktywności ekonomicznej, co potwierdzały nawet analizy Ministerstwa Finansów. Dlatego to należało zmienić, ale nie ma co tego nazywać ulgą. Oczywiście oznacza to również niższe emerytury w przyszłości, ale nie można oczekiwać od tych, którzy nie mają możliwości, żeby płacili więcej niż są w stanie - podkreśla.

Ekspert negatywnie ocenia natomiast forsowany pomysł likwidacji limitu tzw. 30-krotności. Jest nielogiczny, niespójny i szkodliwy zarówno w krótkim jak i długim horyzoncie.

- Likwidację limitu 30-krotności przy odprowadzaniu składek na ZUS od umów o pracę oceniamy negatywnie. Nie wpisuje się to w logikę systemową, bo oznacza, że powstaną kominy emerytalne i do tych bardzo wysokich emerytur w przyszłości będzie trzeba dopłacać ogromne kwoty w postaci dotacji z budżetu państwa, czyli będą się do nich dokładać wszyscy podatnicy. Trzeba sobie zadać pytanie czy taki jest cel obowiązkowego systemu ubezpieczeń społecznych, żeby gwarantować na emeryturze utrzymanie poziomu konsumpcji osobom osiągającym bardzo wysokie dochody - mówi główny ekonomista FPP. Jak podkreśla, właśnie dlatego większość krajów europejskich stosuje takie limity, a u nas mają być właśnie zlikwidowane. - Dodatkowo przełoży się to negatywnie na konkurencyjność tak wysokopłatnych miejsc pracy i stworzy bodźce ekonomiczne do tego, żeby porzucać umowy o pracę na rzecz innych, niestandardowych form zatrudnienia. To nie jest chyba ten kierunek, który należałoby promować- wylicza skutki Łukasz Kozłowski.

Pomysł likwidacji limitu 30 krotności skrytykowali zarówno przedstawiciele pracodawców (pięć organizacji) jak i związków zawodowych, w tym NSZZ Solidarność.

Monika Krześniak-Sajewicz

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »