Ewolucja od kapitalizmu do socjalizmu

"Szanowni Państwo, niepokoi was kryzys? Niepotrzebnie. Dla kapitalizmu kryzys jest znakomitym zimnym prysznicem." Takimi słowami rozpoczynał wykłady w czasach Wielkiego Kryzysu Joseph Schumpeter. Czasy się zmieniły, jednak wtedy, podobnie jak teraz, bezrobocie wśród młodych ludzi było gigantyczne.

"Szanowni Państwo, niepokoi was kryzys? Niepotrzebnie. Dla kapitalizmu kryzys jest znakomitym zimnym prysznicem." Takimi słowami rozpoczynał wykłady w czasach Wielkiego Kryzysu Joseph Schumpeter. Czasy się zmieniły, jednak wtedy, podobnie jak teraz, bezrobocie wśród młodych ludzi było gigantyczne.

- Żyjemy w ciekawych czasach. Niemal na naszych oczach skończyła się epoka przemysłowa, w której żyliśmy od XVIII wieku i nastała epoka informatyczna. Zmiany, które przewidywał w książce "Trzecia Fala" już w latach 70-tych futurolog Alvin Tofler, są tak głębokie, że prowadzą do modyfikacji pojęcia innowacyjności i nieustannego redefiniowania sposobów wypracowania wartości dodanej.

Co istotne - komplikują porozumienia międzypokoleniowe, nawet w ramach jednej rodziny. Przeobrażeniu uległ system produkcyjny oraz struktura całych biznesów, a także relacje między ludźmi w ramach firm. Nastąpiło odejście od masowej produkcji do post-fordowskiej wysoko rozwiniętej gospodarki rynkowej, w której królują elastyczny model produkcji oraz nowoczesne narzędzia IT. Kiedyś handel był prostym zjawiskiem. Wystarczyło tanio kupić, a drogo sprzedać; obecnie należy raczej tanio stworzyć i sprzedawać w niezliczonej liczbie sztuk - oto recepta na sukces w dzisiejszym świecie. W takiej rzeczywistości tradycyjna wiedza staje się zbędna. Słowo-klucz dzisiejszych czasów - "outsourcing", dla pracowników nierzadko oznacza, że ktoś może wylecieć z hukiem z pracy. W końcu w Azji pracownicy są mniej kosztowni i pracują wydajniej.

Reklama

Wzrost bez pracy

Niektórzy ekonomiści przekonują, że wzrost efektywności osiągamy poprzez zmniejszenie ilości pracowników wykonujących tą samą pracę, którą przerzucamy na nowoczesne narzędzia IT oraz najskuteczniejszych pracowników. To swoisty "wzrost bez zatrudnienia", bo w imię takich teorii postęp techniczny niweluje czynnik ludzki w procesie pracy lub czyni go niepotrzebnym, który prowadzić będzie do masowego bezrobocia. Tyler Cowen, ekonomista z amerykańskiego George Mason University, nawiązując do ruchu luddystów w dostępnej tylko online pracy, składającej się z ledwie 15 tys. słów pt. "The Great Stagnation", zauważa, że nazywanie internetu generatorem wzrostu gospodarczego jest absolutnym nieporozumieniem. W przeciwieństwie do poprzednich wielkich fal innowacji, internet nie tylko nie rozwija nowych miejsc pracy, ale dla większości prowadzi do kurczenia się dotychczasowych możliwości zarobkowania. Stąd już tylko krok do fundamentalnego pytania: "Czy żyjemy w świecie, w którym nie ma pracy?".

Bezrobocie technologiczne

Takie pytanie ponad 10 lat temu zawarł Jeremy Rifkin w swojej książce,,Koniec Pracy". Autor tej kontrowersyjnej tezy, wielki zwolennik Europejskiego Modelu Społecznego, dostrzegł potrzebę uregulowania odgórnego rynku pracy i ewolucji w kierunku nowej, społecznej wersji kapitalizmu. Pogłębiający się konflikt pomiędzy pracownikami - wśród których jedynie nieliczni, wyedukowani w najnowszych technologiach są w stanie sprawnie funkcjonować na rynku - a pracodawcami, którym zależy przede wszystkim na zysku, pozostawia dużą część młodego pokolenia poza rynkiem pracy. Podobne idee zaprzątały kiedyś głowę Johna Maynarda Keynesa, który obawiał się "bezrobocia technologicznego". Rifkin poszedł jednak znacznie dalej i prorokował nawet 75 proc. bezrobocie, jeżeli rządy nie zaczną skracać czasu pracy. Pod szyldem dbania o przemęczonych pracowników, przemycał hasło: rozwój wolniejszy, ale bardziej zrównoważony. Receptą miało być znaczne, równomierne rozłożenie czasu pracy pomiędzy większą liczbę pracowników. Świat Rifkinowi wciąż nie dowierza i choć Francja skróciła czas pracy z 40 do 35 godzin tygodniowo, to większość traktuje go jako nowoczesnego luddystę, który mylnie wyciąga wnioski z postępu technologicznego.

Państwo staje się rozgrywającym

Liberalni ekonomiści zauważają, że pracy nie zabraknie nigdy, bowiem potrzeby ludzkie są nieograniczone. Pracujemy, bo zależy nam, aby jak najwięcej dóbr zgromadzić. Niektórzy marzą o mieszkaniu, inni o basenie, jeszcze inni o własnym środku transportu. Prawo rynków Saya podpowiada, że to produkcja stwarza popyt na produkty. Tworzenie produktu kreuje popyt na inne produkty, a więc bogactwo powstaje z produkcji, a nie z konsumpcji. Dlaczego jednak obserwujemy pogarszającą się sytuację młodych ludzi na rynkach pracy? Przecież pokolenie to, jak nigdy wcześniej jest przygotowane do wzięcia udziału w gospodarce opartej na wiedzy, chce pracować oraz deklaruje chęć uczenia się nowych rzeczy. Inwazja nowych technologii, dzięki którym żyjemy w innym świecie niż dziesięć lat temu, pogłębia podziały między generacjami, które nieufnie patrzą sobie na ręce. Konflikt powoli narasta.

Winą można obarczyć samosprawdzające się schumpeterowskie proroctwo, o postępującej powolnej ewolucji kapitalizmu w socjalizm. O ile w systemie opartym na rynku państwo starało się pozostawać sędzią w spektaklu, w którym udział biorą konkurujące ze sobą drużyny, o tyle obecnie państwo z roli arbitra przechodzi do roli zawodnika jednej z drużyn. I to najczęściej nakładając koszulkę z numerem "10", czyli kształtującego oblicze gry drużyny głównego napastnika i egzekutora jednocześnie.

Generacją ogryzka

Mając tak kluczowego sojusznika, starsze pokolenia doprowadziły do dalszej polaryzacji przekroju społecznego na dwie grupy. Dualny model rynku pracy podzielił pracę na segment uprzywilejowany i segment podrzędny, pomiędzy którymi jest szklana szyba, sprawiająca, że przepływ pracowników jest wyjątkowo oporny. W krajach wielokulturowych podrzędną pracę, która jest ciężka i gorzej płatna wykonują imigranci.

W Polsce z braku tych ostatnich - decydującym czynnikiem przy znalezieniu pracy w segmencie uprzywilejowanym jest odpowiednia decyzja, która leży w gestii osób doświadczonych na rynku pracy. Bynajmniej nie chodzi o kontestację starszego pokolenia, które nierzadko chce jedynie dotrwać - bez zbytniej fatygi - do emerytury na ciepłych posadach w biurokracji państwowej, ale też i administracji prywatnej lub korporacyjnej. Nawet samo, wyposażone w rozmaite przywileje, starsze pokolenie obserwuje z zaciekawieniem dzisiejszych studentów, którzy z obłędem w oczach biegają z jednego kierunku na drugi, od jednej umowy o dzieło do drugiej na zlecenie, zdając sobie sprawę, że oni, doświadczeni na rynku są "generacją sandwicha" - muszą wspomagać własnych rodziców, będących na emeryturach i jednocześnie finansować życie dzieciom, które mimo znacznie większego dostosowania do realiów rynkowych nie są w stanie odnaleźć się w tej rzeczywistości. Młodzi ludzie tymczasem zaczynają czuć się "generacją ogryzka", podgryzanego ochoczo z każdej strony przez państwo. Świadomość tego, że na starość otrzymają zjedzony przez innych kawałek owoca, powoduje zniechęcenie do pracy i postawę roszczeniową lub też decyzję o emigracji. Do tego dochodzi brak wiary w możliwość wolności wyboru, pogłębiany faktem, że w demokracji politycy swoje programy konstruują kalkulując przede wszystkim głosy większości, którą stanowią i stanowić w przyszłości będą ludzie doświadczeni życiowo.

Wzrost podatków prowadzi do wzrostu roli państwa

Wspomniany na początku ekonomista Joseph Schumpeter, w książce "Kapitalizm, Socjalizm, Demokracja" zauważał związek pomiędzy wzrostem ciężaru podatkowego, a ekspansją biurokracji. Jego zdaniem nadmierny wzrost podatków tworzy przyczynek do wzrostu regulacyjnej roli państwa wobec gospodarki.

W 1942 r. pisał o braku pracy w latach 30: "Bezrobocie - obojętne, czy trwałe czy też tylko przejściowe, pogłębiające się czy nie - niewątpliwie jest i zawsze było klęską" (...) Mimo to jednak uważam, że prawdziwą tragedią nie jest bezrobocie jako takie, ale bezrobocie w połączeniu z niemożnością odpowiedniego wsparcia bezrobotnego bez podważania warunków dla przyszłego rozwoju gospodarczego".

Oczywiście cierpienie i poniżenie, zniszczenie wartości ludzkich, które wiążemy z bezrobociem, chociaż nie marnotrawstwo zasobów twórczych, zostałoby w znacznej mierze wyeliminowane i bezrobocie praktycznie utraciłoby swą grozę, gdyby nie naruszało życia osobistego osób nim dotkniętych (...)

Trudności te sprowadzają się do dwóch kwestii. Po pierwsze, wielkość bezrobocia została zwiększona w latach trzydziestych wskutek antykapitalistycznej polityki, wykraczającej poza faktyczne potrzeby tamtego okresu. Po drugie, opinia publiczna, skoro tylko dostrzeże problem, natychmiast domaga się ekonomicznie nieracjonalnych metod finansowania pomocy oraz niedbałych i marnotrawnych metod administrowania tą sprawą".

Sergiusz Prokurat

Autor jest dyrektorem Centrum Studiów Polska - Azja; z wykształcenia ekonomista i historyk, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, studiów MBA Weiner Institute/PAN, stypendysta Uniwersytetu Udayana w Indonezji. Pilot wycieczek do Indonezji oraz przedsiębiorca działający na rynku indonezyjskim i polskim; analityk i konsultant biznesowy.

Gazeta Finansowa
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »