Reklama

Francja na budżetowym dnie

Widmo bezprecedensowego trzeciego dołka recesji krąży nad Europą i tylko czeka na pretekst do materializacji. A ma ich co niemiara. O stanie gospodarki Kontynentu najwięcej mówią problemy jej teoretycznie drugiego najmocniejszego ogniwa, czyli Francji. Paryż jest bardzo blisko kompromitacji - odrzucenia swoich planów budżetowych przez Brukselę. Można zastanawiać się, czy ta niewygodna sytuacja wynikła jedynie z czysto ekonomicznych przesłanek, czy również politycznych.

W poszukiwaniu równowagi

We wrześniu władze Francji zapowiedziały, że wbrew wcześniejszym obietnicom deficyt budżetowy tego kraju będzie wynosił 4,3 proc. wzrostu gospodarczego. To znacznie więcej niż dopuszczany przez Komisję Europejską poziom 3 proc. Prezydent François Hollande przyznał, że do 2017 r. to dla jego ekipy nieosiągalny wskaźnik. Oczywiście Francuzi nie zamierzają czekać na gospodarczy cud. Minister gospodarki Emmanuel Macron zapowiedział przyspieszenie wprowadzenia szeregu reform, których domagał się tamtejszy biznes. Chodzi m.in. o prywatyzację niektórych państwowych firm oraz deregulację szeregu branż.

Reklama

Sęk w tym, że te zapisy to dopiero melodia przyszłości, dlatego można spodziewać się próby wyegzekwowania nowej prerogatywy KE - prawa do wymuszenia na państwie członkowskim pozostania w zakreślonych ramach deficytu. Bruksela jednak wcale nie chce być konsekwentna. Eurokraci są świadomi, że spór z Paryżem zaalarmowałby już i tak negatywnie oceniające stan gospodarki kontynentu rynki finansowe. Jak zwykle w takich przypadkach kluczową rolę odgrywają negocjacje między Francją a Niemcami. Minister finansów Michel Sapin uważa, że to nasz zachodni sąsiad powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za wzrost inwestycji w strefie euro.

Polityczna polaryzacja

Przeciąganie liny z wierchuszką Unii to kolejny dowód indolencji socjalistycznej ekipy. Premier Manuel Valls w tej arcyważnej debacie musiał uciekać się do apeli o uszanowanie suwerennych decyzji gabinetu i ogólnikowych wezwań o szacunek do jego "wielkiego kraju". Pod tym względem niewiele się różni od Marine Le Pen, która również nie rozumie, dlaczego podjęte nad Sekwaną ustalenia powinny być aprobowane przez zewnętrznych kontrolerów.

Mimo tego, to liderka radykalnie prawicowego Frontu Narodowego byłaby główną beneficjentką brukselskiego weta. Prezydent Hollande boryka się z wyjątkowo niskimi notowaniami, a część deputowanych jego obozu - jak na lewicę przystało - zapowiada głosowanie przeciw budżetowi, jeżeli jego autorzy nie wycofają się z projektów wprowadzenia oszczędności. Ich ofiarą padliby m.in. pracownicy zbrojeniówki. W tym sektorze zapowiadane jest zwolnienie 7 500 osób i likwidacja dywizji artylerii. Jeżeli więc Bruksela ulituje się nad niestabilną Francją, można się domyślać, że stanie się tak z obawy przed wzmocnieniem tamtejszych eurosceptyków.

Włochy pod lupą

KE znajduje się między młotem a kowadłem, ponieważ wstrzemięźliwość wobec Francji wywołałaby niezadowolenie innych państw członkowskich, które z różnych powodów nie mogłyby liczyć na ulgowe traktowanie. Niefaworyzowania nikogo przez Komisję, która ma dwa tygodnie, począwszy od 16 października, na ocenę projektów budżetów wszystkich krajów, domaga się np. hiszpański minister gospodarki Luis de Guindos. Kontrowersje budzi także fakt, że procedurą kontrolną będzie kierował... francuski polityk Pierre Moscovici, który został nowym eurokomisarzem ds. ekonomicznych i finansowych.

W szczególnie niewygodnej sytuacji w tym sporze znajdują się Włochy, których rząd zatwierdził wstępną wersję budżetu dopiero kilka godzin przed upłynięciem wyznaczonego przez Brukselę terminu. Premier Matteo Renzi delikatnie broni francuskiego stanowiska, jednocześnie starając się uchronić przed popadnięciem w podobne tarapaty. Przyjęty 15 października projekt przewiduje cięcia w wysokości 15 mld euro, obniżki podatków dla przedsiębiorców i słabiej zarabiających obywateli oraz - co niepokoi KE - 11 mld pożyczek, które mają załagodzić uchwalone ulgi.

Znikąd nadziei

W tym roku wzrost gospodarczy we Francji wyniesie zaledwie 0,4 proc. Prognoza na 2015 r. to 1 proc. Odpowiednie wskaźniki dla Niemiec w obydwu przypadkach wynoszą 1,2 proc. W sierpniu produkcja przemysłowa w strefie euro w porównaniu z lipcem spadła o 1,8 proc. i utrzymuje się na niższym o 1,9 proc. poziomie niż rok temu. Minister ekonomii Sigmar Gabriel obwinia za słabe wyniki swojego kraju geopolityczne napięcia i problemy partnerów handlowych z innych kontynentów. Trudno mu jednak wierzyć, ponieważ gospodarka zarówno Wielkiej Brytanii, jak i USA rozwija się obecnie dwa razy szybciej.

Nastroje konsumentów, które w ciągu ostatnich trzech miesięcy zmniejszyły się w strefie euro z 35 do zaledwie 5 proc., rujnuje również inflacja w Szwecji i Hiszpanii. Za Pirenejami każdy kolejny miesiąc przynosi spadek cen o kilka dziesiątych procenta. Zdaniem głównego ekonomisty firmy brokerskiej Hargreaves Lansdown Bena Brettella to jednak niemiecka, francuska i włoska gospodarka są w stanie wpędzić cały kontynent w recesję. Nie może być inaczej, skoro wszystkie trzy generują 66 proc. PKB eurozony, a wszystko wskazuje na to, że trzeci kwartał tego roku będzie dla nich równie niełaskawy, jak pierwszy.

dr Kordian Kuczma

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »