Reklama

Konkurencyjność drogą reform

Przez dwie dekady polska gospodarka szybko się rozwijała. Ba, przez lata byliśmy zieloną wyspą w europejskim morzu recesji. Teraz ten rozpędzony pojazd zaczął buksować. Nie, nie tylko przez kryzys...

Polska wciąż jest postrzegana - skądinąd słusznie - jako kraj sukcesu. Nadrobiliśmy sporo zapóźnień cywilizacyjnych, staliśmy się liczącym się graczem w Unii Europejskiej. Nawet mizerny, prognozowany na ten rok wzrost gospodarczy (między 1 a 1,5 proc. PKB) dość korzystnie wypada na tle innych państw UE. Wydawałoby się: wystarczy doczekać końca kryzysu, a gospodarka ruszy z kopyta - i można kontynuować pogoń za najbogatszymi. Cel jest w zasięgu może nie ręki, ale pokolenia.

- W ciągu 20 lat możemy dogonić Niemcy pod względem rozwoju gospodarczego - obwieścił kilka miesięcy temu autor polskich reform gospodarczych prof. Leszek Balcerowicz.

Reklama

- Nie ma żadnych instytucjonalnych czy systemowych barier, które uniemożliwiłyby nam za kilkadziesiąt lat osiągnięcie poziomu najlepiej rozwiniętych krajów Unii - zgadza się z tą diagnozą Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Dziś wygląda to jak marzenie. Skąd takie tezy? Nadmierny optymizm? Pobożne życzenia? A może jednak realna szansa?

Silnik się zaciera

Ekonomiści nie pozostawiają złudzeń: to zależy od nas - kolejnych rządów, polityków, samorządowców. No i przedsiębiorców, którzy - jak dotychczas - najłatwiej adaptowali się do zmian, więcej: sami te zmiany kreowali. Bo gospodarczy pościg za rozwiniętymi krajami Zachodu nie będzie możliwy, jeżeli nie przestawimy gospodarki na nowe tory. Ale dlaczego zmieniać system, który pozwolił nam w ekspresowym tempie nadrobić znaczną część dystansu do krajów rozwiniętych?

Odpowiedź jest prosta. System ten doszedł już niemal do granic swoich możliwości - umożliwi wprawdzie dalszy rozwój, ale znacznie wolniejszy niż dotychczas. Ponadto przez te dwie dekady, kiedy Polska pilnie i z powodzeniem studiowała zalety wolnorynkowej gospodarki, świat się radykalnie zmienił. Pojawiły się nowe potęgi gospodarcze. Pora, abyśmy w tym przyspieszonym kursie gospodarki pokusili się o promocję do następnej klasy, zwanej globalizacją.

To oznacza, że atuty, jakie zapewniały polskiej gospodarce rozwój - stosunkowo tania i nieźle wykształcona siła robocza - tracą na znaczeniu. Bo w globalnej gospodarce kapitał i inwestycje wędrują z kraju do kraju w zastraszającym tempie. A nietrudno przecież znaleźć państwa i tańsze, i z dobrze wykształconymi pracownikami. Kluczowym przedmiotem w następnej klasie jest zatem konkurencyjność.

Stan na dziś

Obecnie pod względem konkurencyjności Polska należy do grona średniaków. W rankingu konkurencyjności gospodarek Global Competitiveness Index opracowanym przez Bank Światowy nasz kraj plasuje się dopiero na 41. pozycji.

Jakie są nasze atuty w światowej grze konkurencyjnej? Duży rynek (19. miejsce), wysoki poziom skolaryzacji (20. miejsce) i nieźle rozwinięty sektor finansowy (37. pozycja). Ciemnymi punktami stały się stan infrastruktury transportowej (103. miejsce), efektywność rządu (116. miejsce) i jakość regulacji (131. pozycja). Widać wyraźnie, że hamulcami na drodze do większej konkurencyjności są rząd i administracja. Sektor prywatny radzi sobie nieźle - o czym świadczą inne zestawienia.

W rankingu liderów konkurencyjności sektora produkcyjnego Global Manufacturing Competitiveness Index, opracowanym przez Deloitte, Polska zajmuje 14. miejsce na świecie i 2. w Europie. Jako jedno z trzech państw naszego kontynentu zakwalifikowaliśmy się do piętnastki światowych liderów konkurencyjności sektora produkcyjnego, obok Niemiec (uplasowanych na 2. miejscu) oraz Wielkiej Brytanii (15. miejsce, tuż za Polską).

Powód do dumy? Dziś na pewno. Ale i przyczyna do niepokoju o jutro, bo Deloitte prognozuje, że długo tej pozycji nie utrzymamy. W rankingu konkurencyjności na rok 2018 Polska spadnie na 18. miejsce, ustępując Indonezji (ma awansować o sześć oczek, na miejsce 11.), Wietnamowi (w górę tabeli o osiem miejsc - na pozycję 10.) i Turcji (skok z miejsca 20. na 16.).

Konkurencyjna pozycja naszego przemysłu będzie zatem w najbliższym czasie słabła i to nawet niekoniecznie z powodu zawirowań gospodarczych. Po prostu: inni będą rozwijali się szybciej. Jak dotrzymać im kroku? - Potrzeba reform, które usuną różnego rodzaju przeszkody na drodze do wzrostu efektywności i innowacji. Dotychczas wystarczyło kopiować znane technologie i produkty, w przyszłości trzeba będzie w większym stopniu samemu być innowacyjnym - mówi prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów i główny ekonomista BCC.

Inflacja, bezrobocie, PKB - zobacz dane z Polski i ze świata w Biznes INTERIA.PL

Człowiek od strategii

Nie kopiować, tylko wymyślać samemu. Łatwo powiedzieć... A jak zrobić?

Plan przygotowuje prof. Jerzy Hausner, który przed rokiem zaprezentował interesujący - i niesłusznie pozostający w cieniu - raport "Czas na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu". Teraz, na prośbę prezydenta Bronisława Komorowskiego, pracuje nad kolejnym, tym razem o konkurencyjności. Raport ma zostać przedstawiony w pierwszej dekadzie maja, ale już w styczniu podczas konferencji poświęconej konkurencyjności w Pałacu Prezydenckim, poznaliśmy niektóre jego tezy.

Punktem wyjścia była diagnoza obecnej sytuacji. Niewesoła. Zespół Hausnera zwrócił uwagę, że naszą konkurencyjność zawdzięczamy głównie napływowi kapitału zagranicznego, hurtowemu i imitacyjnemu importowi innowacji przy dużych zasobach przyzwoitej jakości kapitału ludzkiego, ale i nisko opłacanym wzroście wydajności pracy. Finansowanie wzrostu kapitałem zagranicznym i adaptacja innowacji wymyślonych gdzie indziej wystarczyły, by pokonać pierwszy etap zacofania.

Z czasem ujawniły się cienie takiego modelu gospodarczego, z których najważniejszymi są: postępująca dezindustrializacja, obniżenie zasobu i jakości kapitału ludzkiego przez emigrację najaktywniejszych jednostek i brak inwestycji w system edukacji czy - ujmując rzecz szerzej - w kapitał ludzki właśnie. Taki stan rzeczy skazuje nas na odtwórczość.

Hausner proponuje przede wszystkim odbudowę bazy wytwórczej, wręcz nową politykę przemysłową. Na pozór brzmi trochę "socjalistycznie" - bo przez ostatnie 20 lat przyzwyczailiśmy się, że o przemyśle decyduje wolny rynek, a nie polityka. Prawda - zgadza się Jerzy Hausner, który w wywiadzie radiowym zapewniał, że nie chodzi o to, by państwo decydowało, jaka branża ma się rozwijać, a jaka nie, lecz o to, by kreować korzystne przesłanki do rozwoju wszystkim przedsiębiorcom, ze zwróceniem szczególnej uwagi na najbardziej innowacyjne branże.

- Trzeba tworzyć takie warunki, aby przedsiębiorstwa w tych sektorach, w których jesteśmy dzisiaj konkurencyjni, miały jednakowe szanse w międzynarodowej konkurencji. Nie chodzi tylko o usuwanie zbędnej biurokracji, ale o tworzenie pozytywnie rozumianych warunków dla przedsiębiorczości, w tym w szczególności dla działalności wytwórczej - mówił. - Opierając się na rynkach finansowych, turystyce czy też usługach, nie można utrzymać silnej i rosnącej gospodarki.

Skąd się wziął kryzys w polskiej gospodarce? Dołącz do dyskusji na Forum INTERIA.PL

Nie ilość, lecz jakość

Kiedy popatrzeć na konkurencyjność polskiego przemysłu, widać, że eksportujemy głównie produkty o niskiej wartości dodanej. Jeśli chcemy przeskoczyć do grupy krajów wyżej rozwiniętych, musimy eksportować więcej (w sensie skali), ale i takie produkty, w które wnosimy znacznie więcej własnej myśli, własnej wydajności i pomysłu - przypomina prof. Hausner.

Jak to zrobić? Na pozór - już to robimy.

Rząd zapowiada przyrost inwestycji poprzez program Inwestycje Polskie (głównie infrastruktura i przemysł), z drugiej strony akcentuje się też powiększenie nakładów na cele badawczo-rozwojowe. Nie mamy się o co martwić? To nie takie proste.

Na konkurencyjność gospodarki składa się bowiem wiele innych czynników. Według przedstawionych w styczniu tez zespołu Hausnera, prócz większych nakładów na naukę, konieczna jest także m.in. demonopolizacja gospodarki (zwłaszcza jeśli chodzi o energetykę, sektor ubezpieczeniowy, banki), stworzenie skutecznego wymiaru sprawiedliwości, znacząca poprawa w jakości szkolnictwa, reforma rynku pracy. Warto też dodać, że wzrost konkurencyjności będzie możliwy tylko w warunkach gospodarczej stabilności. A tu kłaniają się nasze kłopoty z długiem publicznym i systemem prawnym nieprzyjaznym dla przedsiębiorców.

- Zwiększenie konkurencyjności naszej gospodarki może nastąpić poprzez jej dalszą prywatyzację, redukcję biurokracji, zmniejszenie zakresu interwencji państwa, skupienie transferów publicznych wyłącznie na potrzebujących, zaktywizowanie ludności wiejskiej przez docelową likwidację KRUS, sprzyjanie większej urbanizacji kraju i poprawie jakości edukacji - dopowiada Ryszard Petru, partner w PwC. Jego zdaniem, konkurencyjność może wzrosnąć również po przyjęciu przez Polskę euro. - Wspólna waluta niejako wymusza rzeczywistą, wewnętrzną restrukturyzację. Przykład Niemiec najlepiej wskazuje, jak posiadając euro, można być konkurencyjnym zarówno w samej strefie, jak i globalnie - dodaje ekonomista.

- Wszystko zależy od nas. Od tego, czy jesteśmy w stanie uruchomić te czynniki wzrostu, które w dzisiejszym świecie dają szanse dużego przyspieszenia. Jeżeli spełnimy warunki, które ogólnie można określić mianem innowacyjnych, jeżeli zmienimy prawo na bardziej przyjazne przedsiębiorcom, jeżeli będziemy lepiej kształcili młodzież, lepiej budowali jej kapitał w Polsce, wtedy nie widzę przeszkód, żebyśmy - w perspektywie 20-30 lat - osiągnęli poziom dzisiejszych liderów - mówi Andrzej Arendarski.

Także Bank Światowy we wspomnianym rankingu GCI zaleca Polsce skupić się na inwestycjach w badania i rozwój, zapewnieniu łatwiejszego dostępu do kapitału wysokiego ryzyka i intensyfikacji współpracy między sektorem prywatnym i uniwersytetami.

Po strategii - działanie

Pomysły na zwiększenie konkurencyjności są zatem znane. Od dawna.

Prof. Hausner podjął się w swoim raporcie ich uporządkowania i stworzenia spójnego planu działania. Ale na tym jego rola się już kończy. Realizacją powinien zająć się rząd. Musiałby jednak zmienić filozofię działania, zająć się prowadzeniem rzeczywistej polityki publicznej, a nie tylko rozdawnictwem czy absorpcją środków unijnych, skupić się na strategicznych celach, a nie doraźnych wskaźnikach dynamiki wzrostu.

- Należy zacząć działać z wyprzedzeniem, umieć podejmować strategiczne decyzje, przewidując ich późniejsze konsekwencje. Nie chodzi o to, by reagować na awanturę medialną czy widoczną zapaść systemową. Trzeba reagować na rozpoznane dysfunkcje, a jeszcze lepiej - na rozpoznane wyzwania i szanse - stwierdził Jerzy Hausner.

Ano właśnie. I znowu dochodzimy do pytania: pobożne życzenia? A może jednak szansa?

Adam Sofuł, Nowy Przemysł

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »