Reklama

Są pierwsze symptomy problemów na rynku mieszkań

Indeks obrazujący popyt na kredyt mieszkaniowy spadł w czerwcu o 7 proc. w porównaniu z sytuacją przed rokiem. Jest zdecydowanie lepiej niż w miesiącach lockdownu, ale zaczyna być widoczne drastyczne podniesienie przez banki wymaganego wkładu własnego i nieakceptowanie części źródeł dochodu.

Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w czerwcu 2020 roku wyniosła 277 tys. zł, a w porównaniu do lutego (ostatni miesiąc przedpandemiczny) spadła o 5 proc.

Reklama

Z czego wynika ten spadek, skoro ceny wciąż rosły, a ostatnio średnia sięgała 300 tys. zł?  Właśnie z podniesienia wymaganego udziału własnego czyli części wartości kupowanej nieruchomości, którą kupujący musi wyłożyć w gotówce.

-  Spadek wymaganego poziomu wskaźnika LtV (Loan to Value- relacja kwoty kredytu do wartości nieruchomości-red.), w wyniku wzrostu oczekiwanego wkładu własnego, powoduje spadek poziomu lewarowania transakcji zakupu nieruchomości. Spada wskaźnik relacji wartości kredytu do wkładu własnego, co w konsekwencji powoduje, że przy zbliżonej cenie nieruchomości w mniejszym stopniu można ją skredytować, co wprost przekłada się na zmniejszenie średniej wartości wnioskowanego kredyt- mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

Indeks obrazujący popyt nie odzwierciedla w pełni sytuacji związanej z zapotrzebowaniem na kredyt, bo część klientów, która przyszła do banku pożyczyć na mieszkanie od razu dostała odmowną odpowiedź.

Interia już w połowie maja alarmowała o niepokojącym zjawisku, które odcina dużą grupę Polaków od możliwości zakupu mieszkania na kredyt ze względu na nieakceptowane źródła dochodu i konieczność posiadania dużej kwoty gotówki.

Banki żądają teraz już nie 10 proc., ale co najmniej  20-30 proc. wartości kupowanej nieruchomości na pokrycie wkładu własnego, co biorąc pod uwagę ceny mieszkań, oznacza, że w dużych miastach np. przy kupnie mieszkania za 600 tys.  zł, trzeba mieć "na dzień dobry" 120-180 tys.  zł. Niewiele rodzin dysponuje taką gotówką.

Tych, którzy przyszli po kredyt, ale już na wstępnej rozmowie dowiedzieli się, że nie mają szans, indeks BIK nie wyłapuje. Ekspert tłumaczy dlaczego.

Nie wszystkie wnioski kredytowe składane do banków przez potencjalnych kredytobiorców, kończą się zapytaniem do BIK-u. Wiemy o zaostrzeniu polityk kredytowych praktycznie wszystkich banków. Zaostrzenie dotyczy m.in. wyłączenia z kredytowania osób pracujących bądź prowadzących działalność w branżach najbardziej dotkniętych lockdownem, jak również spadkiem poziomu akceptowalnej wartości wskaźnika DTI (Debt to Income- wysokość rat kredytowych do dochodu-red.). Powoduje to, że część wniosków może być już odrzucana w bardzo wstępnej fazie analizy, przed weryfikacją zdolności kredytowej czy wiarygodności kredytowej w oparciu o historię kredytową - dodaje prof. Rogowski.

Monika Krześniak-Sajewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »