Reklama

Felieton Gwiazdowskiego: Ktoś za wyższą kwotę wolną musi zapłacić

Ciałem się stało słowo, które tu wyartykułowałem w maju o "PiSowskim ładzie". Za podwyższenie kwoty wolnej dla wyborców PiS ktoś musi zapłacić. Jak twierdzą znienawidzeni przez lewicę nacjonalistyczną i internacjonalistyczną liberałowie, "nie ma darmowych obiadów".

Ciekawe jest jedno. PiS nie zamierza sięgnąć do kieszeni najbogatszych, lecz do kieszeni średniaków. Zważywszy, że to klasa średnia - jak dowodził już Arystoteles - jest podstawą demokracji, nie ma co się dziwić. PiS nie lubi demokracji - takiej, jaką lubił Arystoteles, czyli politei. Politea to ustrój zachowujący umiar, który równoważy przeciwstawne interesy bogatych i ubogich, nie kieruje się wolą arytmetycznej większości, lecz interesem ogółu. 

Tymczasem PiS nie reprezentuje nawet arytmetycznej większości, a kieruje się wyłącznie interesem własnym. Gdyby było inaczej, dochodów na uzupełnienie budżetu w związku ze zwiększeniem kwoty wolnej od opodatkowania - co jest posunięciem dobrym, na co poprzednicy się nie potrafili zdobyć - poszukano by tam, gdzie są wielkie aktywa i wielkie przychody. Tymczasem PiS woli opodatkować przedsiębiorców z sektora MSP - małych i średnich przedsiębiorstw. Nienawidzi ich równie mocno jak Lewica, której poparcia w tym swoim dziele poszukuje. Bo ci przedsiębiorcy nie są zależni od rządu, ani spółek kontrolowanych przez rząd. Czyli są niezależni od wicepremiera Kaczyńskiego. Będą niezależni od innych premierów i wicepremierów. No chyba, że się ich wykończy.

Reklama

Dlatego Orlen o przychodach ponad 100 mld zł płaci podatek w wysokości około 700 mln zł - czyli raptem około 0,7 proc. przychodu. Pod tym względem nic się nie zmieni. Dlatego trzeba podwyższyć podatki i składki właścicielowi stacji paliw, który sprzedaje paliwa Orlenu. Ale nie zatrudnia znajomych wszystkich ministrów, nie sponsoruje Polskiej Fundacji Narodowej, więc ma mniejsze koszty i większy procent przychodu może zapłacić.

Są jeszcze - taki szybki rzut oka na sąsiadów - różni sklepikarze, restauratorzy, fryzjerzy, kosmetyczki, krawcowe, właściciele warsztatów samochodowych, kamieniarze, brukarze, stolarze, ogrodnicy, rehabilitanci, trenerzy, mali armatorzy (wynajmujący żaglówki, motorówki), szyprowie. Mówiąc krótko - wrogowie klasowi wyborców PiS i Lewicy Razem.

Są także "kamienicznicy". To ludzie, którzy kiedyś kupili mieszkania na wynajmem. Niektórzy nawet zaciągnęli na ten cel kredyty - kalkulując, słusznie, że raty czynszu, który będą otrzymywać, będą wyższe, niż raty kredytu, które będą płacić. Oni też są - a przynajmniej byli do tej pory - w miarę niezależni od wicepremiera Kaczyńskiego. Okazało się jednak, że niesłusznie kalkulowali. Nie wkalkulowali gniewu PiS na kamieniczników. 

Program Mieszkanie Plus realizowany przez PiS poniósł spektakularną porażkę, więc trzeba wprowadzić program Mieszkanie Minus - dla "prywaciarzy". Dbanie o stan ich mieszkań stanie się nieopłacalne. Oni nie będą mogli wybrać ryczałtu podatkowego. Będą musieli wybrać ryczałt podatkowy. W ten sposób zostaną pozbawieni prawa do odliczenia od przychodu kosztów utrzymania wynajmowanych nieruchomości. 

Czeka ich więc zapłata podatku także w sytuacji, gdy z tytułu najmu poniosą stratę, bo koszty remontu przekroczą wpływy z czynszu. A w przypadku różnych spółek jest to niemożliwe! Ba - jest to nawet "niesprawiedliwe", bo jak można płacić podatek od straty, jak utrzymują zwolennicy rządu, którzy są przeciwnikami podatku przychodowego.

Co prawda w miniony piątek wieczorem przedstawicie rządu sugerowali wprowadzenie dla części z przedsiębiorców rozliczających się w formie tak zwanego "ryczałtu ewidencjonowanego", jakiejś "poduszki podatkowej". Ale jak wicepremier Kaczyński się już wyspał, to w poniedziałek rano rząd ogłosił znienacka podwyżkę ich podatków o około 30 proc.

Narracja jest prosta. Tusk i PO muszą przeciwko temu zaprotestować. A przynajmniej powinni, ale cholera wie, co tam myśli sobie Tusk, który, jak sam kiedyś oświadczył, jest jednak socjaldemokratą. Jak zaprotestuję to TVP - która nie płaci podatku dochodowego, ba ma przecież stratę - ogłosi, że Tusk jest wrogiem "osiemnastu milionów Polek i Polaków", którzy mają na tych zmianach skorzystać. No i Lewica Razem będzie mieć dylemat polityczny - stać po stronie "neoliberalnego socjaldemokraty" Tuska, czy po stronie narodowego socjalisty Kaczyńskiego?

Cała ta "reforma podatkowa" ma więc służyć kolejnej rozróbie politycznej, a nie gospodarce. Ale cóż - jak szczerze wyznał premier Morawiecki, gdy nie wiedział, że jest nagrywany. "ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite!" Nie zgadzam się tylko z tym, że to "niesamowite". Odkąd to państwo odpowiada za nauczanie dzieci i młodzieży - to normalne.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Podatnicy nie tylko nie wiedzą, że płacą podatki (ponad 20 proc. deklaruje, że nie płaci). Ci, co wiedzą, że płacą, nie widzą że podatki są przerzucalne. Pierwszą reakcją tych niecnych "prywaciarzy" dotkniętych PiS-owskim Ładem będzie podwyżka cen towarów i usług - niestety nie tylko dla wyborców PiS, ale dla wszystkich, którzy je kupują. Bo niby dlaczego ci prywaciarze mieliby zachować się inaczej niż banki, które po wprowadzeniu podatku od instytucji finansowych podniosły opłaty na wszystko? Prywaciarze naprawdę nie są głupsi od prezesów banków. A już tym bardziej od wicepremiera Kaczyńskiego. Pozostanie więc chyba nasłać na nich ministra sprawiedliwości i/lub "ministra koordynatora".

Robert Gwiazdowski


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »