Reklama

Felieton Gwiazdowskiego. Uwaga! Big Fiskus patrzy!

Ponoć pandemia udowodniła, że trzeba zwiększyć obecność państwa w gospodarce. I podnieść podatki. Zwłaszcza dochodowe. Pod tym względem panuje prawie jednomyślność w zawiązanej dla tego celu ad hoc koalicji zwolenników "PiS Razem z SLD na Wiosnę". Jakie jest stanowisko PO trudno dociec. Żebyśmy się tego mogli dowiedzieć "trzeba najpierw odsunąć PiS od władzy".

Moje stanowisko jest takie, jakie mieli Brytyjczycy w 1798 roku, gdy Izba Gmin wprowadziła podatek dochodowy. Przejściowo. Na wojnę z Francją. Uznali - jak pisze Alvin Rabushka - że to "ciężar zbyt ohydny, by nakładać go na człowieka, gdyż ujawnia stan jego finansów urzędnikowi podatkowemu".

Reklama

Dlatego w 1802 roku - po pokoju w Amiens - go zlikwidowano. Ale potem znów przywrócono. I znów zlikwidowano i znów przywrócono. Zabawny był premier William Gladstone, który w opozycji domagał się jego likwidacji, a jak powracał do władzy - podatek dochodowy powracał razem z nim.

Początkowo płacili go tylko bogaci. Opodatkowano dochody powyżej 60 funtów rocznie, a średni dochód roczny wynosił wówczas 20 funtów. Przez kolejne lata podatkiem obejmowano coraz więcej stanów faktycznych i prawnych, i podwyższano stawki podatkowe. Teraz płacić mają go wszyscy - nawet biedni. Muszą składać na siebie donosy - zwane eufemistycznie "deklaracjami" lub "zeznaniami" - nawet jak nie mają nic do zapłacenia.

Władza lubi wiedzieć o nas jak najwięcej. Służy temu progresja podatkowa. Bo gdyby podatek był proporcjonalny mógłby być pobierany u źródła  - jak "podatek Belki" od "zysków kapitałowych" Dlaczego podatek od "zysków z pracy" pracowników nie może być pobierany przez pracodawców tak samo jak jest pobierany przez banki od ich klientów? Właśnie z powodu inwigilacji. Oczywiście tego się głośno nie mówi.

Powodem oficjalnym jest "sprawiedliwość". Bo przecież ci, którzy zarabiają więcej, muszą więcej zapłacić. I nie wystarczy, że jak ktoś zarabia dwa razy więcej od kogoś innego, to zapłaci dwa razy więcej. Ma zapłacić trzy razy więcej. Albo chociaż 2,01 razy więcej. Takich podatników, którzy wpadają w progresję jest 3,5 proc. Ale inwigilować trzeba 100 proc., żeby te 3,5 proc. wyłapać i ukarać. Tak! Ukarać! Progresja podatkowa jest karą za lepszą naukę, zdobycie wyższych umiejętności i lepszą pracę.

Żeby państwo mogło niektórych obywateli za to ukarać, wszystkich musiało ponumerować. Każdy ma NIP. Dobrze, że nie tatuują go podatnikom na przedramieniu.  

Państwu bardziej niż o pieniądze, chodzi właśnie o te numery. Z VAT i akcyzy oraz składek na ubezpieczenia emerytalne ma więcej niż z podatku dochodowego od osób fizycznych. Zresztą część wpływów z tego podatku jest fikcyjna.

Emerytury, renty, pensje lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli i urzędników państwo wypłaca z podatków, które wcześniej zebrało. A potem zbiera podatek od tych emerytur, rent i pensji, które wypłaciło. Wpływy z tego tytułu to czysta iluzja. Ale za to państwo wie, kto u kogo pracuje, ile zarabia i na co wydaje. Do czego jest mu potrzebna ta wiedza? Z ekonomicznego punktu widzenia - do niczego.

Objęci progresją podatnicy z drugiego progu podatkowego osiągają łącznie dochody do opodatkowania w wysokości 120 mld zł. Gdyby pobrano od nich - jak od wszystkich innych - 18 proc., do budżetu wpłynęłoby 21 mld zł.

Dzięki progresji powinno wpłynąć około 27 mld zł - czyli raptem 6 mld zł więcej! Powinno, bo de facto wpływa nawet mniej - około 19 mld zł. Istnieją bowiem odliczenia od podatku. Ale nawet jakby te odliczenia zlikwidować dla tych wszystkich "krezusów" zarabiających ponad 5,2 tys. zł netto miesięcznie (bo są już oni objęci progresją), to te 6 mld zł starczyłoby rządowi na pięć dni wydawania! Od 1 do 5 stycznia. No może do 6. Ale tylko do południa. Bo rząd ma w tym roku do wydania 435 mld zł. Jakby te 6 mld zł rozdać wszystkim podatnikom z pierwszego progu skali podatkowej, każdy mógłby kupić raz w miesiącu jeden zestaw Big Mac.

A na ściągnięcie tych 6 mld zł rząd wydaje prawie 1 mld zł. To raptem 1,5 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, ale - swobodnie licząc - 95 proc. tych kosztów pochłania ściągnięcie 5 proc. wpływów - tych z tytułu progresji podatkowej. Znacznie gorzej niż w słynnej regule Pareto 80/20, zgodnie z którą 20 proc. nakładów przynosi 80 proc. efektów, a 20 proc. efektów pochłania 80 proc. nakładów.

Opodatkowanie u źródła - jak w przypadku zysków kapitałowych - nie kosztowałoby więcej niż 5 proc. przychodów. Ale nie można opodatkowywać dochodów z pracy u źródła. Z powodu progresji. Tylko nie o żadną sprawiedliwość w tym chodzi. Po prostu Big Brother Fiskus chce "watching you".

Nadzieja w wirusie. Skoro jeszcze większa inwigilacja będzie z jego powodu, to może już podatki nie będą musiały stanowić do niej pretekstu? Nie wiem, bo przed wirusem pojawili się terroryści i inwigilacja wzrosła, a progresja została. Będę więc przez kolejne lata mógł powtarzać: "Dochodowy musi odejść". Andrzej Lepper powtarzał, że "Balcerowicz musi odejść". Balcerowicz odszedł, a wprowadzony przez niego podatek dochodowy pozostał. Trzeba walczyć dalej.

Robert Gwiazdowski

Prawnik, przewodniczący Rady Programowej Centrum im. Adama Smitha

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019


Dowiedz się więcej na temat: podatki | Robert Gwiazdowski | fiskus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »