Reklama

Do Norwegii po pracę na czarno?

Rozmowa z Marcinem Tyrolem, aktorem, którego znamy m.in. z serialu "Londyńczycy". Nie tylko na szklanym ekranie pracował fizycznie za granicą.

- Tyle tylko, przyznam, podpatrzyłem w innej gazecie, ale gdzie, kiedy, tego już Pan tam nie mówił.

- Wyjeżdżałem trzy razy, w wakacje, zawsze do Oslo. Po raz pierwszy w 2001 roku. Studiowałem w krakowskiej PWST. Poznałem wtedy Barnabę, Włocha z Sycylii, który studiował reżyserię na łódzkiej "filmówce". Miał nakręcić film na egzamin w szkole i cały czas mnie namawiał żebym w nim wystąpił. Tylko, że nie bardzo chciałem na to poświęcić wakacje i po prostu próbowałem się wymigać. Aż nagle on wpadł na skuteczny pomysł. Poprosił kolegów obcokrajowców o pomoc. Zaoferowali, że pomogą mi w znalezieniu pracy w swoich krajach. Bo już wcześniej planowałem gdzieś wyjechać, aby popracować za granicę. Zgodziłem się, film skończyliśmy 14 lipca. Następnego dnia wraz z kumplem jechaliśmy do Oslo. Barnaba dotrzymał słowa. Na dworzec w Oslo wjechaliśmy około piątej nad ranem. I faktycznie czekał na mnie Norweg, którego zresztą nie znałem, z wielką tablicą z wypisanym moim imieniem i nazwiskiem.

Reklama

- Czyli start mieliście, praca już czekała?

- Nie czekała i nie zamierzaliśmy pracować w jednym miejscu. Od początku dawaliśmy w gazecie ogłoszenia, że Polacy pomogą w różnych zajęciach. Pomogą, tak to określaliśmy, każdy wiedział, że chodzi o pracę i to na czarno. Wiele osób straszyło nas wcześniej, że będziemy mieć kłopoty z policją, że nas zgarną, deportują, a przedtem dostaniemy wysokie mandaty. Jak się jednak przekonaliśmy wtedy i w czasie tych dwóch kolejnych wyjazdów, nic szczególnego nam groziło. Po prostu na taką pracę było społeczne przyzwolenie, robiliśmy rzeczy, za które Norwegom brać się nie chciało. Raz tylko zadzwoniła pani, sądząc po głosie starsza osoba, pytając czy pracujemy legalnie? To usłyszała szczerą odpowiedź, wtedy zaczęła wrzeszczeć, że tak nie można, bo to niezgodne z prawem. Zadzwoniła tylko po to, by sobie pokrzyczeć.

- A jakie to były prace, których nie chcieli się podjąć Norwedzy?

- Żadne nadzwyczajnie ciężkie, czy męczące. Głównie bawiliśmy się w porządkowanie ogródków przy domach: koszenie trawników, wyrywanie krzaków. Oczywiście były też jakieś naprawy, budowlanka, czasem dom do wymalowania, taras do zbudowania. U niektórych pracowaliśmy kilkakrotnie, ci zaś polecali nas swoim znajomym, a to bardzo skuteczna metoda, by u kogoś znaleźć zajęcie. W każdym razie skuteczniejsza niż ulotki. Kiedyś zainwestowaliśmy po parę koron i je wydrukowaliśmy. Potem wrzucaliśmy do skrzynek pocztowych i jeszcze porozwieszaliśmy w różnych miejscach. Odzewu nie było praktycznie żadnego, w przeciwieństwie do ogłoszeń prasowych.

- Właśnie, można się w ten sposób utrzymać i jeszcze zarobić?

- Jak najbardziej, tylko raz przez ponad tydzień nie mieliśmy żadnego zlecenia. Już nie pamiętam, było to w lipcu, czy w sierpniu, gdy większość Norwegów wyjeżdża na wakacje. Poza tym robota była praktycznie codziennie, w dodatku od rana do późnej nocy. A pieniądze niezłe, braliśmy po sto koron za godzinę. Dużo pomagał nam fakt, że jesteśmy Polakami, co zresztą zawsze podkreślaliśmy w ogłoszeniach. Polacy, przynajmniej wtedy, mieli tam naprawdę dobrą opinię. Spotkaliśmy kiedyś grupę młodych Czechów, którzy próbowali zarabiać tak jak my, ale jakoś nie bardzo im szło. Za to nam pewne małżeństwo Norwegów pozwoliło kiedyś mieszkać przez dwa w swoim domu. Za darmo, to był duży dom, udostępnili nam całe skrzydło. Zaprzyjaźniliśmy się, do dziś utrzymujemy z nimi kontakt, z paroma innymi Norwegami też.

- Nie popsuliście chyba Polakom tej dobrej opinii? Przecież wiele prac na pewno robiliście po raz pierwszy.

- Wszystkiego można się nauczyć, a ja chyba dodatkowo odziedziczyłem jakieś zdolności budowlane. Niedawno skończyłem duży remont swojego mieszkania, z osiemdziesiąt procent prac wykonałem sam. Więc i w Norwegii najgorzej nie było. Choć oczywiście trafiały się roboty, których może nie będę wspominał. W każdym razie myślę, że jeszcze i dziś można jechać tam w ciemno i spróbować zarabiać jak my, powinno się opłacić. A na koniec przypomnę, że tam się bierze jak najwięcej jedzenia z kraju. My za pierwszym razem, nie wzięliśmy i musieliśmy przepłacać. Chociaż też nie tak dużo. Jak wszędzie mają tam kilka najtańszych i zjadliwych produktów. Zawsze coś się znalazło. Nie wybrzydzaliśmy, bardzo nam wtedy smakował chleb z pasztetem i cebulą.

Rozmawiał Damian Szymczak

Szukasz pracy? Przejrzyj oferty w naszym serwisie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »