Reklama

Moda na australijską przygodę

Wyjazd do Australii to prawdziwa szkoła życia. Można tam doskonale funkcjonować nawet bez znajomości angielskiego, a ponieważ życie w tym kraju nie jest tanie, więc do tego, by się utrzymać, niezbędna jest praca.

Justyna zaledwie trzy tygodnie temu wróciła z siedmiomiesięcznego pobytu w Sydney. Mówi, że była to dla niej wspaniała przygoda, a jednocześnie szkoła życia. Jeszcze nie do końca odnalazła się na nowo w polskiej rzeczywistości.

Siedem miesięcy to wprawdzie nie jest bardzo długi okres, ale z drugiej strony przebywanie w zupełnie innym klimacie i wśród zupełnie innych ludzi, z dala od domu, nikomu nie przychodzi obojętnie. - Każdego ogarnia przygnębienie po powrocie - mówi otwarcie. - Rozmawiałam z osobami, które wróciły z długiego pobytu za granicą, i wszystkie czują to samo.

Reklama

Na szczęście Justyna nie musi zaczynać wszystkiego od zera. Prawdopodobnie wróci do firmy, w której pracowała przed wyjazdem.

Pomysł na wyjazd...

...pojawił się znienacka. - Mnie i jeszcze kilku innym znajomym wyjazd na wizie studenckiej zaproponował kolega, który szukał współtowarzyszy - wspomina Justyna. - Zgodziłam się. Pomyślałam, że będzie to ciekawe doświadczenie, a poza tym nie miałam żadnych zobowiązań rodzinnych.

Ostatecznie - jak to często w życiu bywa - główny organizator wyjazdu wycofał się, a Justyna na Antypody poleciała z innym znajomym i jeszcze jedną dziewczyną, poznaną przez agencję pośredniczącą w wyjeździe.

Agencja zajęła się wszystkim. Od załatwienia szkoły i mieszkania, po wizę i bilet lotniczy. - To oczywiście duży plus, ale nie zawsze korzystanie z pomocy pośrednika jest opłacalne - twierdzi Justyna. - Zdarza się, że agencje naliczają sobie wysoką prowizję, z drugiej jednak strony są w stanie wynegocjować lepsze ceny ze szkołami niż klient indywidualny. Najlepiej więc korzystać z dużej i doświadczonej firmy.

Polka na wyjazd wydała ponad 14 tys. zł. W tej kwocie mieściło się 8 tygodni kursu języka angielskiego i jeden trymestr studiów turystycznych, mieszkanie, bilet lotniczy i transfer z lotniska, wiza studencka oraz obowiązkowe badanie lekarskie.

Szkoła

- Tak naprawdę obcokrajowcy mają ograniczone możliwości studiowania w Australii - przekonuje Justyna. - Szkoły są raczej na niskim poziomie, a kierunków do wyboru jest niewiele. Owszem, w Australii jest kilka naprawdę dobrych uniwersytetów, ale czesne w nich kosztuje majątek. Jednak tylko imigranci za naukę płacą dużo, bo Australijczyków obowiązują symboliczne stawki.

Polka zdecydowała się na turystykę, gdyż w kraju skończyła właśnie takie studia. Zanim jednak rozpoczęła naukę tego kierunku w Australii, musiała wziąć udział w kilkumiesięcznym kursie przygotowawczym języka angielskiego. Wbrew pozorom nie był to wcale stracony czas. Jak się później miało okazać, to właśnie na tym kursie nauczyła się najwięcej, w przeciwieństwie do turystyki.

- Do zajęć, a nawet do egzaminów nie trzeba się w ogóle przygotowywać - zapewnia Justyna. - Pamiętam, jak raz szłam na egzamin nieco zdenerwowana, bo pracując nie miałam kiedy się do niego przygotować. Znajomi z grupy patrzyli ze zdziwieniem na mój niepokój. I rzeczywiście, stres był zbędny, bo na pytania można było odpowiadać swobodnie, korzystając z podręczników. Tam po prostu tak jest, że nauka nie jest nastawiona na "pamięciówkę", ale na umiejętne korzystanie ze źródeł.

Tylko jedno jest bezwzględnie przestrzegane - obecność na zajęciach. W szkole Justyny frekwencja studenta musiała wynosić 82 proc., w innych musi być jeszcze wyższa. - Z mojej wiedzy wynika, że szkoły w Sydney są najbardziej liberalne pod względem wymaganych obecności - mówi Justyna.

- W Melbourne czy Perth były ciekawsze kierunki do wyboru, np. fitness czy taekwondo. Ale pracując, nie dasz rady chodzić na wszystkie zajęcia. No i czesne na tych kierunkach było jeszcze wyższe - dodaje.

Praca

Posiadacze wizy studenckiej mogą pracować 20 godzin tygodniowo w trakcie zajęć i na pełen etat podczas wakacji. Jednak znalezienie zatrudnienia wcale nie jest takie proste.

- Jeśli ci się poszczęści, możesz znaleźć pracę od razu po przyjeździe, ale możesz też szukać kilka miesięcy - opowiada Justyna. - Ja znalazłam zatrudnienie po trzech tygodniach, a łatwo wcale nie było. Jak tylko pojawiało się jakieś ogłoszenie w gazecie, natychmiast dzwoniłam i słyszałam, że już jest nieaktualne.

W końcu udało się przez agencję. Justyna musiała jednak zarejestrować własną działalność gospodarczą. W sumie jej czas pracy wynosił około 25 godzin tygodniowo. Rzadko kto pracuje tam przepisowe 20 godzin, a co odważniejsi zatrudniają się nawet na kilka etatów. Polka chodziła do domów prywatnych, gdzie opiekowała się osobami starszymi, czasami dziećmi, i sprzątała.

- Przez jakiś czas odwiedzałam 94-letnią, dystyngowaną starszą panią, Angielkę - wspomina. - Pomagałam jej w codziennych czynnościach, dużo rozmawiałyśmy, dzięki czemu mogłam szlifować angielski.

Zarabiała 20 dolarów na godzinę netto. To bardzo dużo, bo studenci z reguły dostają 12-18 dolarów.

Życie w Sydney

Sydney to taki australijski Londyn. Wielka aglomeracja i mnóstwo imigrantów. - Najwięcej jest Azjatów - mówi Justyna. - Z uwagi na ich wzrastającą liczbę, są bardzo niechętnie zatrudniani. Nawet szkoły żądają od nich wyższego czesnego niż od innych imigrantów. Ale niestety Azjaci psują rynek pracy. Niektórzy z nich są gotowi pracować nawet za 7 dolarów za godzinę.

Naszych rodaków w największym australijskim mieście też nie brakuje. Oprócz tych "starych", którzy przybyli tam 20-30 lat temu, wciąż przybywa nowych. Zdarza się, że Polacy są zatrudniani przez Polaków, albo - jak w Anglii - w jednej firmie pracują prawie sami nasi rodacy.

- Okazuje się, że nawet będąc w Australii można doskonale funkcjonować bez znajomości angielskiego - śmieje się Justyna. - Pracując i mieszkając z rodakami, nie trzeba specjalnie używać tego języka.

W ogóle w Sydney trudno spotkać rodowitych Australijczyków. Będąc na wizie studenckiej wiedzie się tu życie typowego imigranta. - Od rana praca, po południu szkoła lub odwrotnie - wylicza Justyna. - W weekendy też praca. Pozostaje zatem niewiele czasu na życie.

Za długo się tak nie da funkcjonować. A praca nie pozwala na jakiś wielki zarobek. Tyle tylko, by swobodnie się utrzymać i by zwróciły się pieniądze wyłożone na wyjazd. - Większą sumę można przywieźć do kraju, ale wyłącznie pracując po kilkanaście godzin dziennie i na czarno - twierdzi Justyna. - A za przyłapanie grozi deportacja.

Decyzja o powrocie

Justyna miała wizę ważną 2 lata. Do Polski wróciła po kilku tygodniach rozpoczętego kursu z turystyki. Dlaczego zdecydowała się na ten krok? - O ile zajęcia z angielskiego nauczyły mnie naprawdę dużo, turystyka była zwyczajną stratą czasu - mówi otwarcie. - Zajęcia nie wnosiły absolutnie nic nowego, były na bardzo niskim poziomie. Z kolei zmiana kierunku studiów musiała wiązać się z wyprowadzką z Sydney i wyższymi wydatkami.

Zdecydowała się na powrót, ale nie żałuje, że była w Australii. - Zrobiłam ogromny postęp w angielskim, zobaczyłam daleki kontynent i poznałam wielu nowych ludzi - podsumowuje. - Z dala od rodziny stałam się z pewnością mocniejsza psychicznie.

Milena Waldowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »