Reklama

Polacy przeżyli szok

Agnieszka i Andrzej wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie w poszukiwaniu lepszego życia. W internecie znaleźli firmę transportową (z Kutna), która poza dostarczeniem ich na miejsce miała zapewnić mieszkanie i pracę. Jeśli z transportu wywiązała się doskonale, to z zakwaterowaniem oraz miejscami pracy było już dużo gorzej.

- Od pierwszego dnia w Bradford przeżywaliśmy szok po szoku. Jak się okazało miasteczko to jest pełne imigrantów z Pakistanu i Indii. O Bradford mówi się symbolicznie, że to "small Pakistan". Dla nas wejście w to środowisko było prawdziwym wstrząsem - wspomina Agnieszka, która razem ze swoim chłopakiem - Andrzejem, od prawie trzech lat mieszka w północnej Anglii.

Reklama

Podłe mieszkanie, kiepska praca

Mieszkanie, za jakie jeszcze w Polsce musieli zapłacić miesięczny czynsz, było brudne i zaniedbane. W drzwiach do pokoi nie było zamków, a do tych najważniejszych - wejściowych, był tylko jeden klucz. Gdy przyjechali, mieszkało tam już sześcioro Polaków, a pokoi było tylko cztery. Natomiast w suterenie ulokowani byli polscy Cyganie.

Do Wielkiej Brytanii, Agnieszka i Andrzej przybyli w sobotę, więc dopiero w poniedziałek przedstawiciel firmy podwiózł ich pod jedną z agencji pośrednictwa pracy. Po trzech dniach poszukiwań oboje zostali zatrudnieni w fabryce produkującej żywność dla sieci supermarketów - Morrisons. - Mieliśmy styczność z łatwo psującą się żywnością, a co się z tym wiąże, panowała tam niska temperatura (ok. 5 st. C). Pakowaliśmy na tacki mięso, wędliny zarówno mrożone jak i świeże, a także sery. Płaca równała się stawce minimalnej, która wtedy wynosiła 5,35 funta/h - opowiada Agnieszka.

Szklano - kremowa perspektywa

Jednocześnie rozglądali się za zajęciami bardziej ambitnymi, lepiej płatnymi. Andrzejowi udało się znaleźć pracę w fabryce, która zajmuje się produkcją elementów szklanych dla sektora budowlanego. - Andrzej trafił tam na nocną zmianę pod zwierzchnictwo angielskiego supervisora (kierownika), który najpierw wysłał go na kurs obsługi wózków widłowych (notabene bardzo pożądany w różnych angielskich fabrykach). Potem dostał awans na stanowisko tzw. team leadera. Szybko też nauczył się obsługi maszyn do obróbki szkła i skończył kurs operatora maszyn CNC. Aktualnie jest w trakcie kolejnego kursu - tym razem menedżerskiego - relacjonuje Agnieszka.

Natomiast Agnieszka na początku trafiła do fabryki poduszek. Najpierw pakowała je w poszewki, a później przeniesiono ją do szwalni. Paradoksalnie, tam praca była dla niej łatwiejsza i lżejsza. Jednak w przedsiębiorstwie nastąpił tak zwany martwy sezon. Mankamentem był też dojazd - ponad godzinę w jedną stronę. Dlatego zaczęła szukać czegoś innego. Bezrobotna była zaledwie tydzień, albowiem do gustu przypadła jej oferta zakładu, który zajmuje się produkcją środków do pielęgnacji ciała i włosów.

Produkty te firmowane są przez czołowe angielskie marki. - Najpierw pracowałam na poszczególnych stanowiskach na linii produkcyjnej. Z czasem zostałam przeszkolona do kontrolowania jakości produktu i opakowań. W tej chwili pomagam team liderowi. Pracujemy w zespołach ośmioosobowych. Mnie samej też zdarza się prowadzić zespół. W pracy jest duża szansa awansu na stanowisko właśnie team leadera (brygadzista) - zauważa moja rozmówczyni. Pracuje po 8 godzin dziennie z półgodzinną nieodpłatną przerwą. Przysługuje jej 26 dni urlopu, z czego decyduje o terminach 21 z nich, a pięć to tzw. Bank Holiday.

Wczoraj i dziś...

Oprócz lepszej pracy szybko udało im się także znaleźć ciekawsze zakwaterowanie. Nowy dom, podobnie jak tamten, mieścił się w szeregowym zabudowaniu. Tym razem zamieszkali z dwójką znajomych, poznanych już w Anglii. Po 10 miesiącach Agnieszka i Andrzej zdecydowali się usamodzielnić. Za pośrednictwem agencji mieszkaniowej wynajęli przytulne lokum, składające się z dwóch pokoi oraz salonu.

Od ponad roku także na Wyspach odczuwalny jest kryzys. To zaś oznacza problemy ze znalezieniem pracy. - Z moich obserwacji wynika, że kryzys tak naprawdę był tylko doskonałym pretekstem do tego, by zwolnić co bardziej rozleniwionych i mniej efektywnych pracowników. Dla przykładu, w mojej fabryce (Hallam Beauty LTD) pracę straciło zaledwie kilkanaście osób (na ponad 200 zatrudnionych). Zwolnienia umotywowane były kiepską frekwencją, bądź lekceważącym stosunkiem do obowiązków. Dodam, że wśród zwolnionych nie było Polaków, a stanowią oni około połowę wszystkich zatrudnionych. - opowiada Agnieszka.

Jak zauważa moja rozmówczyni na przestrzeni lat kurs funta mocno się zmienił. - Kiedy wyjeżdżaliśmy, za każdego funta płaciliśmy w Polsce 5,56 zł, dziś sprzedajemy go o złotówkę taniej. A ceny wszystkiego poszły w górę. Dla przykładu, jak przyjechaliśmy, litr benzyny kosztował około 85 pensów, dziś 109. Podobnie z cenami jedzenia. Np. chleb kupowaliśmy za około 70 pensów, dziś ten sam kosztuje już nieco ponad funt.

Praca w Anglii staje się coraz mniej opłacalna dla tych, którzy planują powrót do Ojczyzny. Bo o ile utrzymać się z najniższej pensji nie jest tam wielką sztuką, to odłożyć jest już trudniej. - Wielu Polaków już wyjechało. Inni zrobią to w najbliższym czasie, ale pozostali prawdopodobnie zostaną na stałe - kończy Agnieszka.

Alicja Badetko

Czytaj również:

Wracający z zagranicy - bez świadczeń. Przez imigrantów?

Gdzie zniknęło 500 000 Polaków?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »