Reklama

Przemysł 4.0. Robotyzacja i automatyzacja a problemy z zatrudnieniem

Automatyzacja, technologie informatyczno-komunikacyjne i sztuczna inteligencja zmieniają gospodarkę i rynek pracy - coraz częściej zastępując ludzi. Czy świat ulegnie przez to jeszcze większej polaryzacji?

Najnowsze technologie związane przede wszystkim z cyfryzacją wpływają już teraz na kondycję niektórych branż przemysłu i sektorów gospodarki. Procesy te przebiegają w różnym tempie związanym przede wszystkim ze stopniem dojrzałości gospodarki, jej możliwościami inwestycyjnymi i kulturą innowacji, ale trend jest wyraźny, a jego kluczowe znaczenie - niekwestionowane.

Zrozumieć technologię

Reklama

Nie przypadkiem cyfryzacja i implementacja nowych technologii w produkcji i sprzedaży to główne obszary, w których firmy konsultingowe wspierają dziś klientów.

- Nie chodzi o kwestie techniczne, lecz pytanie, jak mądrze w nie inwestować, by zyskać przewagę konkurencyjną - wskazuje Marcin Purta, partner zarządzający McKinsey & Company, globalnej firmy doradztwa strategicznego i operacyjnego.

Wyzwanie polega bowiem nie na rozwiązaniu problemów technicznych (w czym może pomóc firma informatyczna), lecz zrozumieniu, w jaki sposób technologie mogą przynieść wartość biznesową, jak na ich wprowadzenie przygotować organizację.

Podobnie sprawy ujmuje Piotr Łuba, partner zarządzający działem doradztwa biznesowego w firmie doradczej PwC.

- Niektórzy menedżerowie sięgają po nowe technologie, bo widzą w nich możliwość poprawy dostępu do klientów, czasami zmiany warunków działania i modelu biznesowego - mówi. - Ale wielu właścicieli firm budzi się rano z przerażeniem, że ktoś inny wykorzysta technologię, aby ich wyrzucić z rynku.

Klient i robot

Inteligentna sprzedaż zwiększa wydajność i skraca czas pracy zespołów sprzedaży i obsługi klientów. Z badań Deloitte Digital wynika, że 80 proc. oddziałów korzystających z metod opartych na AI powiększyła produktywność przedstawicieli handlowych, a 74 proc. notuje wzrost sprzedaży.

Sztuczna inteligencja pozwala firmom m.in. budować trwałą i pogłębioną relację z konsumentami. To możliwe, bo systemy, których fundamentem jest AI, mogą w czasie rzeczywistym gromadzić informacje o klientach, a nawet podejmować z nimi indywidualny dialog.

Dlatego analitycy Deloitte stwierdzają, że AI wywróci dotychczasowe modele biznesowe. Przełom w technologii cloud, social media oraz technologie mobilne dały klientom dostęp do informacji, ale także możliwości wyboru i elastyczność na skalę dotychczas niespotykaną.

Już dziś ponad połowa konsumentów (58 proc., badanie Salesforce) przyznaje, że technologia znacząco zmieniła ich oczekiwania co do tego, jak przedsiębiorstwa powinny się z nimi komunikować, a połowa oczekuje, że do 2020 r. firmy będą wyprzedzać ich potrzeby i zgodnie z nimi sugerować odpowiedni produkt. Co więcej: ponad połowa z nich deklaruje również, że zmieni markę, jeśli ta nie spełni ich potrzeb.

Z listopadowych prognoz IDC wynika, że do 2019 r. 40 proc. światowych inicjatyw transformacji cyfrowej wykorzysta sztuczną inteligencję, a do 2021 r. ponad 90 proc. konsumentów będzie utrzymywać kontakt z firmami dzięki robotom.

Średnio na świecie na tysiąc pracowników zatrudnionych w przemyśle przypada ponad sześć robotów (dokładnie 6,5) - szacuje Międzynarodowa Federacja Robotyki. U liderów (Korea Południowa i Japonia) wskaźnik ten wynosi odpowiednio 45 i 34.

W zasadzie w takich branżach, jak motoryzacja, elektronika, AGD i produkcja mebli robotyzacja stała się normą. W usługach upowszechnia się nieco inna wersja robotyzacji, z wykorzystaniem IT - Robotics Process Automation (RPA).

PwC przeprowadził dla jednego z klientów przegląd procesów i wybrał te, gdzie robotyzacja była najbardziej zasadna. Później zaproponowano takie rozwiązania, włącznie z projektowaniem odpowiednich narzędzi, by RPA dał optymalne korzyści.

Efekt? Zaoszczędzono do 3300 godzin pracy miesięcznie - dzięki zastąpieniu powtarzalnych zadań administracyjnych aplikacjami RPA. Firma zredukowała 23 etaty (ludzi przesunięto na inne stanowiska). Zaoszczędzono rocznie 750 tys. euro.

Biedna produkcja

Postępom kolejnej rewolucji przemysłowej towarzyszą obawy o miejsca pracy i... analogie historyczne. Wszak 200 lat temu luddyści rozbijali maszyny tkackie w proteście przeciw technice odbierającej im chleb.

Czy roboty wyrzucają kwalifikowanych robotników z pracy? O odpowiedź pokusiło się niedawno czterech naukowców niemieckich: Wolfgang Dauth, Sebastian Findeisen, Jens Südekum i Nicole Woessner.

Nadmieńmy przy tym, że w Niemczech pracuje, poza Koreą i Japonią, najwięcej robotów przemysłowych - 7,6 na tysiąc pracowników (średnio w Europie - 2,7, w USA 1,6). Ale niemiecki przemysł zatrudnia co czwartego pracownika, a to jeden z najwyższych wskaźników w krajach uprzemysłowionych.

Wspomniani specjaliści obliczyli, że jeden zainstalowany robot zastąpił w niemieckim sektorze wytwórczym dwa miejsca pracy. W latach 1994-2014 ubyło w ten sposób ok. 275 tys. etatów. Tyle że owe straty były i są w pełni kompensowane przez zyski w postaci tworzenia miejsc pracy poza sektorem wytwórczym.

Inaczej mówiąc: roboty, owszem, są "zabójcami" stanowisk roboczych w gospodarce, ale per saldo tych miejsc nie ubywa: dochodzi raczej do zmiany struktury zatrudnienia. "W rzeczywistości więcej pracowników potencjalnie zastępowalnych przez roboty ma znacznie większe prawdopodobieństwo utrzymania się w pierwotnym miejscu pracy. Roboty i robotyzacja zwiększyły stabilność ich zatrudnienia, chociaż niektórzy z nich będą musieli wykonywać inne zadania niż przed robotyzacją" - stwierdzają naukowcy.

W sprawie zmian, jakie niesie robotyzacja i Przemysł 4.0, głos zabrali także analitycy Banku Światowego (raport z 20 września "Trouble in the Making? The Future of Manufacturing-Led Development").

Przemysł podzielono na pięć grup. W pierwszej znalazł się przemysł pracochłonny i kapitałochłonny o regionalnym charakterze (np. drzewny, spożywczy, metalowy), w drugiej - przemysł lokalny oparty na surowcach (chemiczny, paliwowy). W obu przypadkach eksport nie przekracza 50 proc. Jest natomiast wyższy w kolejnych grupach przemysłu, bardziej pracochłonnych i zatrudniających nisko wykwalifikowanych pracowników (tekstylny, meblarski) oraz w grupie czwartej - przemyśle z pracownikami bardziej wykwalifikowanymi (maszynowy). Ale dopiero piąta grupa zapewnia wysokie marże i wskaźniki eksportu (ponad 75 proc.) - przy relatywnie mniejszej liczbie pracujących. Chodzi o branże innowacyjne, wymagające wysokich kwalifikacji (elektroniczną, farmaceutyczną).

Autorzy dokumentu dostrzegają możliwe "migracje" między grupami przemysłu: kraje mogą awansować na drabinie konkurencji międzynarodowej. Te o niskich kosztach pracy mają szansę w grupie trzeciej, tzn. w pracochłonnej produkcji prostych dóbr, a początkujące, w procesie industrializacji mogą rozpocząć od produkcji niskiej jakości i w niskiej cenie na rynek wewnętrzny. Tak zaczynały Chiny, zanim stały się fabryką świata. Dziś powstaje tam co czwarty towar wytwarzany globalnie.

Kraje rozwinięte stoją praktycznie poza tymi problemami. Wytwarzają produkty z wysoką marżą, do których można zaprzęgać roboty, drukarki 3D i zaawansowane systemy AI. "Maleje udział pracy w kosztach, zatem kraje uprzemysłowione znów mogą więcej produkować u siebie, zarazem bliżej konsumentów" - wyjaśnia Mary Hallward-Driemeier, ekonomistka BŚ i współautorka raportu.

Dlatego, zdaniem ekspertów BŚ, pracownicy w krajach zachodnich nie muszą czuć się zagrożeni, nawet jeżeli automatyzacja zredukuje miejsca pracy od 2 do 8 proc. (w zależności od branży). Bo w zamian mogą oczekiwać powstania nowych zawodów.

Z raportu wynika też wniosek pod adresem twórców krajowej polityki przemysłowej. Dziś produkcja nie jest najważniejsza. Większe znaczenie mają serwis i usługi powiązane z gotowym produktem oraz kwestia znalezienia przewag w całym łańcuchu wartości produktów, najlepiej o znaczeniu globalnym.

Wymownym przykładem są telefony komórkowe. Produkcja części ma ok. 1/3 udziału w wartości produktu, montaż to zaledwie 2 proc. A reszta? Przypada właśnie na usługi!

Skąd się bierze bogactwo?

Czy w odniesieniu do krajów rozwiniętych, do których zalicza się już Polska, można postawić optymistyczną tezę, że my, dobrze wyedukowane dzieci internetu, nie boimy się wyzwań, jakie niesie Przemysł 4.0 dla rynku pracy? Odpowiedź już znamy. Najnowsze postawy pracowników najemnych przybrały formę rozlewającego się populizmu w krajach, które uchodziły za liberalne.

Przez cały XX wiek industrializacja niosła ze sobą dwie korzyści: wyższą wydajność i tworzenie wielu miejsc pracy. Nawet niskie, ale powszechne pensje ograniczyły nierówności i napięcia społeczne. To już przeszłość. Nowoczesne fabryki nie potrzebują już wielu pracowników. Choć zatem przemysł nadal jest ważną lokomotywą wzrostu gospodarczego, nie on już za chwilę będzie tworzył masowe zatrudnienie.

Według wielu ekonomistów zachodnich, w dłuższej perspektywie w gospodarkach rozwiniętych nieunikniona jest dezindustrializacja. Głównym "zabójcą" zatrudnienia w przemyśle wytwórczym jest bowiem właśnie technologia.

Jednak współczesny luddyzm ma jeszcze inne podłoże. Występuje szczególnie groźne zjawisko sprzyjające rewolucjom, jakim jest rozerwanie więzi między wzrostem produktywności (także dzięki większej automatyzacji i wydajności pracy) a poziomem płac robotników, czy szerzej - klasy średniej.

Jak przypomina Manuel Muńiz (IE School of International Relations w Madrycie i Harvard University Belfer Center for Science and International Affairs), wydajność gospodarki USA wzrosła od początku 1970 r. o więcej niż 250 proc., podczas gdy wynagrodzenie godzinowe pozostaje (relatywnie) bez zmian.

Proces wyostrzył kryzys finansowy 2008 r. W USA i wielu krajach europejskich średnie pensje tkwią w stagnacji, mimo że gospodarki te odzyskały wzrost PKB i niskie wskaźniki bezrobocia. Sam wzrost zatrudnienia nie doprowadził do spowolnienia lub odwrócenia spadku udziału wynagrodzenia w dochodzie narodowym.

Powód? Większość nowego majątku trafiła po 2008 r. w ręce bogatych. Potwierdza to także najnowszy raport Credit Suisse Research Institute (CSRI) "Raport globalnego bogactwa 2017: Gdzie jesteśmy dziesięć lat po kryzysie". Na przełomie stuleci 1 proc. najbogatszych miał 45,5-procentowy udział w globalnej wartości majątku gospodarstw domowych, a obecnie to już ponad 50 proc. Kryzys nie uszczuplił majątku najbogatszych, dotknął natomiast warstwy i kraje mniej zamożne.

"Bez zmiany sposobu oceniania, jak powstaje bogactwo i jak jest dystrybuowane, polityczne zaburzenia, które ogarnęły świat w ostatnich latach, będą się jedynie umacniały" - prognozuje minorowo Manuel Muńiz.

Opisywane problemy dotyczą rzecz jasna i Polski. Robotyzacja i automatyzacja - w porównaniu z liderami - szły u nas dotychczas opornie. Ale najwyraźniej nadchodzi przyspieszenie... Te dwa postępujące z większym nasileniem procesy (wraz z imigracją) mogą złagodzić niekorzystne przemiany demograficzne i rosnący deficyt pracowników - zwłaszcza o właściwych kwalifikacjach. Czy jednak całkowicie zlikwidują coraz bardziej zarysowujący się w Polsce brak kadr?

Piotr Stefaniak

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »