Reklama

Skok płacy minimalnej to spore ryzyko dla gospodarki

​Przyspieszony wzrost płacy minimalnej przyjęty przez rząd PiS na przyszły rok i zadeklarowany na kolejne lata jest możliwy tylko pod warunkiem, że gospodarka będzie dalej bardzo szybko rosła, a do tego zaczną szybko rosnąć ceny. Jeśli gospodarka zwolni, a inflacja będzie umiarkowana, może przynieść wiele szkód - twierdzą ekonomiści FOR.

- Jeśli będziemy mieli wzrost i inflację to nie będzie wstrząsu - mówił na konferencji prasowej Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Reklama

A tymczasem spowolnienie staje się coraz bardziej realne i już potwierdzają je dane o spadku produkcji przemysłowej w sierpniu. Ekonomiści mówią, iż widać, że polska gospodarka straciła odporność na światowe pogorszenie koniunktury. Ale może być jeszcze gorzej. Tylko w czerwcu, który był dla niemieckich eksporterów najsłabszym miesiącem od trzech lat, sprzedali oni za granicę o 8 proc. towarów mniej niż przed rokiem. Ale polski eksport do naszego największego partnera handlowego spadł w czerwcu aż o 12,1 proc. W tak niepewnej sytuacji trudno się dziwić, że przedsiębiorcom cierpnie skóra, gdy słyszą o podwyżkach płacy minimalnej.

- Doniesienia na temat planowanego wzrostu płacy minimalnej niepokoją - mówi Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Przypomnijmy, że według przyjętego już przez rząd rozporządzenia, minimalne wynagrodzenie za pracę w 2020 roku wzrośnie do 2,6 tys. zł, czyli o 350 zł, a więc o 15,6 proc. w stosunku do tego roku. To znaczy, że będzie stanowić niemal połowę (49,7 proc.) prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. Minimalna stawka godzinowa wzrośnie do 17 zł.

Cel: 4 tysiące złotych

Ale na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego "na koniec 2020 roku" (a więc zapewne od początku 2021) "minimalna pensja będzie wynosiła 3 tysiące złotych", natomiast na koniec 2023 roku wzrośnie do 4 tys. zł. Co znaczy taki galopujący wzrost płacy minimalnej?

To znaczy, że nawet przy optymistycznych prognozach dla rynku pracy minimalna płaca będzie stanowiła ok. 60 proc. średniej. To byłoby najwięcej ze wszystkich krajów należących do Organizacji Współpracy i Rozwoju (OECD), a prawdopodobnie wyższy wskaźnik płacy minimalnej byłby tylko w Kolumbii - tłumaczy ekonomista FOR Rafał Trzeciakowski. Na to może być stać gospodarkę, która rozwijała się tak szybko, jak dwa lata temu. Ale czy stać będzie gospodarkę, która zwalnia i to być może szybciej niż oczekiwano do tej pory, o czym mogą świadczyć pierwsze wyraźne sygnały ostrzegawcze?   

Zostawmy na chwilę realia gospodarcze - bo przecież siła spowolnienia gospodarczego jeszcze nie jest przesądzona - a spójrzmy na chwilę na ideologię. Według programu wyborczego PiS, wzrost płacy minimalnej ma być jednym z kroków "budowy polskiego modelu państwa dobrobytu" - jak zresztą zatytułowany jest sam dokument programowy.

- Naszym celem jest budowa polskiej wersji pastwa dobrobytu - powiedział Jarosław Kaczyński na konwencji partii w ostatnią niedzielę w Tarnowie.

Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że dobrobytu nie da się zadekretować. Osiąga się go dzięki wzrostowi produktywności. I to właśnie produktywność przesądza o tym, czy wynagrodzenia mogą rosnąć, czy - jeśli przedsiębiorstwo jest mało produktywne - muszą pozostawać na niższym poziomie. PiS w swym programie nie pokazuje sposobów na wzrost produktywności, ale mówi o "państwie dobrobytu". Można by to określić jako stawianie wozu przed koniem.

Co to takiego produktywność?

Ekonomiści mówią, że jest to wartość całkowitej wytworzonej i sprzedanej produkcji (w pewnym okresie) w stosunku do zużytych (w tym samym czasie) zasobów potrzebnych do jej wytworzenia. Tymi zasobami są np. materiały i energia. Ale też ludzka praca i kapitał. Ten ostatni służy do wyposażenia pracowników w narzędzia, żeby mogli produkować szybciej i lepiej.

Produktywność może zależeć od indywidualnych zdolności i umiejętności pracowników, ale ich wyposażenie w narzędzia i maszyny jest kluczowe. Wprowadzenie maszyn - krosien tkackich spowodowało pierwszą rewolucję przemysłową. Co znaczy wyposażenie w kapitał wie każdy, kto wkręcał wkręt w twarde drewno. Wie jaka jest różnica, kiedy wkręca się wkręt śrubokrętem, a kiedy automatyczną wkrętarką. Ktoś, kto zmaga się ze śrubokrętem, nawet choćby był bardzo silny i pracowity, i bardzo mocno zaciskał zęby, nie wkręci więcej wkrętów niż ktoś, kto pracuje wkrętarką.

Słowem, im więcej potrafimy produkować rzeczy mających jak najwyższą wartość dla skłonnych je kupić, a zużywamy do tego mniej zasobów, tym bardziej jesteśmy produktywni. I dzięki temu mogą rosnąć płace. 

- Nie jesteśmy w stanie skokowo zwiększyć dochodów, bo są pochodną produktywności. Nadgonienie różnic rozwojowych wymaga czasu - powiedział Aleksander Łaszek. 

Dodajmy jeszcze dość istotną rzecz. Polska w transformację wystartowała z zupełnym brakiem kapitału, a ten dla rozwoju był konieczny, a nawet bezcenny w kraju, który jak pamiętamy formalnie był bankrutem. Kapitał trzeba było sprowadzać z zagranicy. 

To zasadniczy powód, dla którego Polska stała się - co trzeba przyznać - europejskim rezerwuarem taniej pracy. Właściciele kapitału szacując szanse na osiągnięcie lepszych wskaźników produktywności, decydowali się w Polsce lokować w Polsce swoje inwestycje, bo praca była tania. W podobnej sytuacji były zresztą wszystkie kraje byłego bloku komunistycznego.

Ten model rozwoju PiS w swoim programie nazywa "rozwojem zależnym". Pamiętajmy jednak, że po rozpadzie RWPG polskie przedsiębiorstwa pod względem technologicznym przypominały pracowników biegających ze śrubokrętami. A trzeba było ich wyposażyć we wkrętarki. Gdyby nie inkryminowany w programie PiS "rozwój zależny", polski dobrobyt byłby zapewne na poziomie Białorusi lub Ukrainy, które te szansę "zależności" swojego rozwoju - głównie z powodu politycznej zależności od Rosji - odrzuciły.

To właśnie inwestycje zagraniczne spowodowały wzrost produktywności, a wraz z nim wzrost wynagrodzeń w tych sektorach, do których zagraniczni inwestorzy przychodzili.

Wypychanie w szarą strefę?

Ekonomiści FOR w jednym ze swoich wcześniejszych projektów badawczych obliczyli, że na ok. 16 mln pracujących w Polsce ok. 5,5 mln osób wytwarza połowę polskiego PKB. Na drugą połowę pracuje prawie dwa razy tyle zatrudnionych.  

- Produktywność polskich sektorów jest bardzo nierówna. Jest bardzo niska w mikroprzedsiębiorstwach i w rolnictwie. W Polsce jest bardzo mały sektor wysokoproduktywny, a małoproduktywne sektory są bardzo duże - powiedział Aleksander Łaszek.

Podwyżki płacy minimalnej uderzą najmocniej w najmniej produktywne sektory polskiej gospodarki. A wiadomo, że sektory te są także ubogie w kapitał.  

- Wzrost płacy minimalnej najbardziej uderzy w rynek mikroprzedsiębiorstw, które charakteryzuje najmniejsza produktywność i najniższe płace - mówił Aleksander Łaszek.

To "uderzenie" może faktycznie - przynajmniej w pewnym zakresie - wymusić transformację firm. Ale tu pojawia się problem ich dostępu do kapitału i to w okresie spowolnienia gospodarki. Wątpliwe jest, czy sektor bankowy, który najlepsze lata ma już dawno za sobą i ledwo dyszy, będzie w stanie go dostarczać. Znaczna część mało produktywnych firm będzie musiała po prostu wyjść z rynku.

Dużo przedsiębiorstw stanie przed wyborem - restrukturyzuj się albo zgiń. To, że firmy giną, nie jest dla gospodarki niczym złym, bo wtedy na ich miejsce mogą powstawać nowe, bardziej produktywne. Ale te muszą skądś wziąć kapitał. Bardzo możliwe, że gospodarka będzie go potrzebowała znowu z zagranicy i - mówiąc językiem PiS - popadnie w "rozwój zależny".  

Oczywiście firmy przyjmą swoje strategie obronne i będą szukać sposobów na przetrwanie. Wzrost płacy minimalnej spowoduje, że dla przedsiębiorcy płacenie nawet więcej, ale "pod stołem", stanie się znacznie bardziej atrakcyjne. I tam, gdzie pozycja pracowników jest słaba (np. jeden pracodawca w sporym regionie) przynajmniej część zatrudnionych może się liczyć z tym, że ich stosunek pracy tak będzie wyglądał. Patologie na polskim rynku pracy tylko wzrosną zamiast przynieść dobrobyt, a finanse publiczne będą miały kłopot.

Możliwą inną "strategią przetrwania" będzie dla firmy rezygnacja z umów o pracę i "wypychanie" pracowników na samozatrudnienie. A to znaczy, że część "salariatu" (pracujących na umowę o pracę i otrzymujących z jej tytułu wynagrodzenie) zasili szeregi prekariatu.  Z programu PiS nie wynika, żeby partia ta w ten sposób wyobrażała sobie "państwo dobrobytu".  

- Przy wzroście płacy minimalnej podatkowo i składkowo samozatrudnienie bardziej się opłaca i będzie bardziej powszechne - mówił Aleksander Łaszek.

Wzrost płacy minimalnej może z rynku pracy wypychać osoby najsłabsze, dla który po prostu pracodawcy podniosą poprzeczkę.  Dodajmy, że i tak - pomimo pewnych kosmetycznych obniżek - to właśnie opodatkowanie najsłabszych i najmniej zarabiających jest w Polsce najwyższe. Aktualnie jesteśmy szóstym krajem w Unii w opodatkowaniu osób o najniższych dochodach. Ekonomiści FOR mówią, że do tej pory silne podwyżki płacy minimalnej powodowały likwidację ok. 100 tys. miejsc pracy za każdym razem.

 - Ludzie mało produktywni też będą wypychani z rynku pracy (...) Trzeba patrzeć na słabszych uczestników rynku i o nich dyskutować. Jeśli płaca zacznie przekraczać wartość tego, co produkujemy, takie miejsce pracy zniknie - mówił Aleksander Łaszek.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »