Reklama

Wyższa płaca minimalna podniesie koszty przedsiębiorcom, ale przyniesie też korzyści

Pomysł dotyczący wzrostu płacy minimalnej wywołał dyskusję o rynku pracy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców, ekonomiści zauważają, że propozycja ta ma swoje plusy i minusy. Co prawda podniesie koszty pracodawców, ale z drugiej strony zwiększy dochody Polaków i innowacyjność spółek.

- Płaca minimalna nie jest czymś nowym. Adam Smith, intelektualny ojciec liberalizmu, już w 1776 r. wskazywał, że robotnik powinien zarobić co najmniej dwa razy tyle, ile potrzebuje na własne utrzymanie, aby każdy był w stanie wychować dwoje dzieci. Z kolei w 1894 r. jako pierwsza płacę minimalną wprowadziła Nowa Zelandia.

Reklama

Narzędzie to jest więc traktowane jako zdobycz społeczna i cywilizacyjna, której celem jest poszanowanie pracy. Jeśli przedsiębiorca nie jest w stanie zapłacić pracownikowi tego minimum, a inny nie ma z tym problemu, oznacza to, że ten pierwszy marnuje zasób. Właśnie dlatego narzuca się minimalne zarobki - mówi Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (PTE).

Od 2020 r. minimalne wynagrodzenie za pracę będzie wynosiło 2600 zł, a od 1 stycznia 2021 r. premier Mateusz Morawiecki zadeklarował 3 tys. zł. Z kolei poziom 4 tys. zł ma zostać osiągnięty na koniec 2023 r. - stanowić ok. 60 proc. średniego wynagrodzenia. Wtedy też możemy znaleźć się w czołówce krajów w UE pod względem relacji płacy minimalnej do przeciętnych wynagrodzeń.

- W Europie Środkowo-Wschodniej wynagrodzenie minimalne rośnie najszybciej na Litwie, w Estonii oraz w Polsce, dzięki czemu dziś jesteśmy już na poziomie Czech oraz Słowacji, a wyprzedzamy Węgry. Ustępujemy za to (w niewielkim stopniu) Estonii oraz Litwie - mówi Artur Skiba, prezes firmy Antal.

Każdy kij ma dwa końce

Pomysł dotyczący wzrostu płacy minimalnej wywołał dyskusję na rynku pracy. Obawy mają nie tylko pracodawcy, ale też część związkowców. Uważają oni, że rozwiązanie to wygeneruje szereg nieprawidłowości w gospodarce i pogorszy warunki funkcjonowania biznesu. Na te podwyżki biznes musi zapracować większymi przychodami, co w warunkach spowolnienia może być po prostu niemożliwe.

Obawy pracodawców odpiera Elżbieta Mączyńska, która podkreśla, że każdy kij ma dwa końce. Z jednej strony wyższa płaca minimalna to zwiększony koszt dla pracodawców, ale z drugiej strony to rosnące dochody pracowników, co napędzi popyt. Z kolei największą barierą dla gospodarki w krajach rozwiniętych - a do takich Polska należy - jest brak popytu, a nie podaży.

- Firmy mogą produkować więcej dóbr materialnych coraz niższym kosztem - tutaj nie ma problemu. Producenci natomiast rozpaczliwie walczą o nabywców. Ci z kolei, im mniej zarabiają, tym mniej mogą kupować. Nieprzypadkowo Polsce udało się utrzymać w ubiegłym roku PKB na dość dobrym poziomie (5,1 proc.) - wzrost gospodarczy był napędzany przez konsumpcję. Gdyby nie zastrzyk socjalny w postaci 500 plus oraz podwyżki płac, to tempo wzrostu gospodarczego nie byłoby tak wysokie - komentuje prezes PTE.

Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE), zwraca uwagę, że dotychczasowy wzrost płacy minimalnej nie wywołał negatywnych zjawisk na rynku pracy czy wzrostu szarej strefy - mogliśmy zaobserwować udział szarej strefy w relacji do PKB, który wynosi 14 proc.

- Minimalna pensja w wysokości 3 tys. zł w 2021 r. jest osiągalna. Przy dynamice płac utrzymującej się na podobnym poziomie jak obecnie jest to wzrost mieszczący się w przedziale około połowy (53 proc.) średniego wynagrodzenia w gospodarce. Jednak przekroczenie tego poziomu oznacza już wysoki wzrost - komentuje Piotr Arak.

- Jeśli chodzi o 4 tys. zł w późniejszych latach, to jest to wysoki wzrost, który musi zależeć od międzynarodowej koniunktury gospodarczej. Należy obserwować, jak będzie wyglądała koniunktura gospodarcza po 2021 r. Bardzo trudno przewidzieć, co będzie się działo z globalną gospodarką po 2022 r. - przed nami brexit oraz efekty wojny handlowej Chiny-USA.

Możliwe, że Polska wróci razem z globalną gospodarką na szybką ścieżkę wzrostu i będziemy się rozwijać na poziomie 4,5-5 proc. rocznie. W sytuacji, w której gospodarka, ze względu na czynniki zewnętrzne nie będzie się tak szybko rozwijać, ta obietnica może być trudna do zrealizowania - dodaje.

Dyrektor PIE podkreśla jednak, że podnoszeniu płacy minimalnej powinien towarzyszyć pakiet zmian zmniejszający obciążenia dla przedsiębiorców.

Ostrożniej do tematu podchodzi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). Jak zaznacza, wzrost płacy minimalnej powinien nadążać za zmianami, jakie następują na rynku pracy. Nie może ich jednak wyprzedzać.

- Proponowana przez nas kwota, czyli 2,5 tys. zł brutto, oznaczałaby znaczący (11-proc.) i ugruntowany w realiach rynkowych wzrost w 2020 r. W przypadku wyższego wzrostu przedsiębiorcy mogą mieć obawy dotyczące rosnących kosztów pracowniczych, szczególnie że będą miały na nie wpływ wprowadzane Pracownicze Plany Kapitałowe - wyjaśnia Kozłowski.

Zdaniem Łukasza Kozłowskiego podczas ustalania minimalnego wynagrodzenia trzeba pamiętać również o jego wpływie na realizację podpisanych dotychczas umów, w tym w ramach zamówień publicznych. Bardzo ważne jest zagwarantowanie bezpieczeństwa ekonomicznego i pewności prawa.

- Pamiętajmy również, że wysokie podwyżki płacy minimalnej pociągną za sobą kolejne zmiany w zarobkach. Siatka wynagrodzeń nie może być płaska, a większe doświadczenie i lojalność muszą być dodatkowo wycenione - dodaje.

Z kolei dr Anna Czarczyńska, ekspertka w dziedzinie ekonomii z Akademii Leona Koźmińskiego, twierdzi, że Polska jest znana z przedsiębiorczości, więc firmy sobie z tą zmianą poradzą. Dodaje jednak, że może to być radzenie sobie poprzez unikanie obciążeń, co może spowodować wzrost szarej strefy albo zawieranie fikcyjnych umów na niepełny wymiar czasu pracy.

- W sytuacji kompletnie niewydolnego państwa w zakresie inspekcji pracy, przestrzegania praw pracowniczych czy też możliwości szybkiego dochodzenia swoich racji na drodze sądowej, może to być wentyl ekonomicznego bezpieczeństwa - mówi Czarczyńska.

Ekspertka z Akademii Leona Koźmińskiego podkreśla też, że firmy z sektora przemysłu konkurujące na rynku światowym nie mogą tak łatwo podnieść cen. Zatem część z nich może nie wytrzymać konkurencji zewnętrznej, podczas gdy inne spółki przyspieszą proces automatyzacji, uniezależniając się od taniej siły roboczej. W tym przypadku osoby słabo wykształcone mogą stracić pracę.

- Firmy z sektora usług, operując na rynku wewnętrznym, podniosą ceny. Dla ludności staną się one zbyt wysokie, a więc spadnie dobrobyt nas wszystkich, gdyż zmaleje nasza siła nabywcza. W dłuższej perspektywie ci, którzy postawią na nowoczesne technologie zamiast pracy ludzkiej i na podnoszenie kompetencji zawodowych, wygrają. Powiększy się jednak "przepaść" pomiędzy specjalistami a niewykwalifikowanymi pracownikami, zagrożonymi wpadnięciem w długotrwałe bezrobocie - dodaje dr Anna Czarczyńska.

Łukasz Kozłowski zwraca uwagę na inną kwestię. Jak zauważa, wzrost minimalnego wynagrodzenia jest impulsem do wprowadzania automatyzacji i przesuwania pracowników na inne stanowiska. Już teraz tak się dzieje - proste prace są wykonywane przez automaty. Jednak jego zdaniem powinno być to wynikiem procesów ekonomicznych i technologicznych, a nie efektem decyzji administracyjnej.

Justyna Koc

17 wrz 2019

Więcej informacji na www.pulshr.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje