Reklama

Marek Moczulski, Unitop: Trzeba powiedzieć stop etatyzmowi

Polska może obrać dzisiaj dwie drogi. To zdeterminuje, gdzie będziemy za kilka lat. Etatystyczny kierunek, czyli postępujące upaństwowienie wszystkiego, ma naprawdę duże szanse, by się ziścić. Obyśmy umieli we właściwym momencie powiedzieć stop. Drugi kierunek to uwolnienie potencjału Polaków. Pieniądze niech idą w rozwój cyfryzacji, dróg, na inwestycje infrastrukturalne, ale przy zachowaniu dowolności i wolności gospodarczej. To znacznie lepsze rozwiązanie - mówi w rozmowie z Interią Marek Moczulski, prezes Unitop, jednego z największych producentów chałwy i sezamków w Europie. W latach 2014-2019 pełnił funkcję prezesa w firmie Bakalland.

Bartosz Bednarz, Interia: Jak radzi sobie biznes rok po wybuchu pandemii?

Reklama

Marek Moczulski, prezes Unitop: Jest źle. Żyjemy już rok z ograniczeniami sanitarnymi. A to nie koniec.

Ich wydłużenie raczej zaskoczeniem nie jest, biorąc pod uwagę dzienną liczbę nowych zakażeń.

- Nie jest zaskoczeniem, ale myślałem, że jednak rząd nie zdecyduje się na taki krok. Kolejne zamykanie kraju nie jest dobrą wiadomością, zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy poważne problemy. To demolowanie gospodarki, zdrowia psychicznego i relacji społecznych dużej części populacji. W świetle statystyk płynących z innych krajów, gdzie były, a gdzie nie wprowadzane ograniczenia, nie ma twardych danych naukowych, że mają one wpływ na rozprzestrzenianie się wirusa.

W Wielkiej Brytanii tym sposobem udało się opanować sytuację.

- Zgoda, ale dynamika szczepień tam znacząco przyśpieszyła. Tych dwóch aspektów nie można już od siebie odrywać. Mnie martwi co innego. Nie ma w Polsce poważnej dyskusji o pandemii, nie ma kultury rozmowy. Nie analizujemy, co można, a czego nie. Po roku stoimy w tym samym miejscu. Ludzie widzą, że są nonsensy z przepisami, brak logiki, jak pozostawienie otwartych kasyn w momencie, gdy pozostałe branże zamykano. Polacy zaczynają to dostrzegać i przestają wierzyć w te obostrzenia. Z drugiej strony słyszymy, że lockdown jest za miękki, że na ulicach powinny już być wojsko i policja. Nie wiemy, ile ludzi w Polsce jest lub było zakażonych. Mogę postawić tezę, że nawet 10 mln. Kto jest w stanie się z tym zmierzyć i powiedzieć mi, ile realnie Polaków już zachorowało.

Czyli jak, nie zamykać?

- Nie bierze się pod uwagę, w analizach o zamknięciu gospodarki czy wielu jej dziedzin, bilansu całościowego. Mówi się o ratowaniu służby zdrowia - co jest absolutnie zrozumiałe, ale jednocześnie Polacy mają coraz większy problem z dostępem do opieki medycznej. W wielu krajach, bo nie jest to problem tylko polski, przestaliśmy dyskutować w oparciu o twarde dane, fakty. Są emocje. Nie robi się całościowego rozliczenia korzyści i strat. To jest w tym najsmutniejsze. A koszty gospodarcze są gigantyczne.

Optymizm na 2021 r. nie słabnie. Ekonomiści nie tną prognoz na ten rok, podtrzymują, że będzie to czas odbicia gospodarczego.

- Niewypłacalność firm w 2020 r. wzrosła o 22 proc. w porównaniu do 2019 r. Natomiast w niektórych sektorach, głównie usługach, jest to znacząco wyżej, ponad 50 proc., np. w gastronomii. Wiele drobnych przedsiębiorców ratowało się poprzez wycofywanie oszczędności, które przy przedłużającej się sytuacji z zamknięciem gospodarki - zaczęły szybko topnieć. Grozi nam sytuacja, w której wiele pokoleń będzie długami uwiązane. Całe społeczeństwa, całe państwa. Co mnie szczególnie martwi, to sytuacja młodych osób i ich niewielkich biznesów. Mali przedsiębiorcy z niewielkimi knajpkami, sklepami, usługowymi punktami, zostali niebywale mocno dotknięci tą pandemią. Powinni kumulować kapitał, inwestować, a są wpędzani w długi. I tego ludzie nie wytrzymują. Weszli w życie zawodowe z dużymi nadziejami, pełni entuzjazmu. Szkoda mi ich. Duży biznes zawsze sobie poradzi.

Duże firmy pandemii już się nie obawiają?

- Udaje nam się utrzymać ciągłość produkcji i pracy. Nawet pomimo tego, że wprowadziliśmy procedury bezpieczeństwa, to nigdy, mówię na swoim przykładzie, nie stanęliśmy na dobre. Zresztą, małe firmy, gdyby im pozwolić działać w bezpiecznym trybie, też dałyby sobie radę. Hotele, restauracje były przygotowane na ograniczony ruch. Tylko, co z tego, skoro po krótkiej przerwie zamknięto je ponownie. Pomimo tego, że zainwestowały środki w przystosowanie swoich biznesów do obecnych reżimów sanitarnych. Wielki biznes przystosuje się zawsze, ale chodzi o to, żeby społeczeństwo miało racjonalne dochody, perspektywę jutra. Nie wszyscy pracują w wielkich fabrykach, w koncernach czy korporacjach. Olbrzymi wpływ na gospodarkę, PKB, rynek pracy - mają małe i średnie firmy. A wręcz mikroprzedsiębiorcy. To jest podstawa klasy średniej, która akumulowała przez ostatnie lata kapitał, inwestowała, a dzisiaj staje przed dylematem: przetrwamy czy nie.

Co można z tym dzisiaj zrobić?

- Mam pewnego rodzaju wezwanie do rządzących, apel. Poszukajcie równowagi w tym, co robicie. Potrafię zrozumieć polityków, bo zawsze mogą zostać oskarżeni, że nie zadbali o zdrowie i życie ludzi, ale - jeśli już o tym mówimy: dlaczego Polska jest w czołówce pod względem nadmiernej śmiertelności. Gdzie jest ta równowaga? Polacy boją się być diagnozowani przez covid. Albo zabiera im się świadczenia, zabiegi, tylko po to, żeby walczyć z jednym, oczywiście groźnym wirusem, ale powodując niemniejsze problemy w innych obszarach. Prosiłbym rządzących o to, żeby podejmowali decyzje w oparciu o wszystkie argumenty.

Kiedy firmy zaczną inwestować?

- Wszystko zależy od sektora. Nasza firma cały czas inwestuje. Ciągle miałem nadzieję, że to chwilowe problemy z wirusem. Tak już rok minął. Myśleliśmy, że panika się skończy latem czy jesienią i nie wstrzymywaliśmy procesów inwestycyjnych. Wielu przedsiębiorców odłożyło je jednak w czasie. Jest ryzyko, że inwestycje będą słabe jeszcze w 2021 r.

- My inwestujemy w końcówki linii produkcyjnych, automatyzujemy, wprowadzamy wiele usprawnień w procesach produkcyjnych i logistycznych. Fabryki zupełnie inaczej działają dzisiaj, gdy nie ma zmian zachodzących nas siebie, gdy robimy przerwy między kolejnymi zmianami, by nie krzyżowały się. To wymusza półgodzinne przerwy w czasie których produkcja jest wygaszana. Operacyjnie i organizacyjnie tak to jednak ułożyliśmy, że nie ucierpiała wydajność.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Pracownicy nie boją się redukcji etatów w efekcie automatyzacji?

- Per saldo będzie mniej etatów, ale cięcia nie dotkną stałej załogi, a pracowników tymczasowych. Musimy dużo tymczasowych pracowników zatrudniać, co oczywiście pozwalało nam zachować elastyczność i reagować w miarę potrzeb; z drugiej - wyszkolenie, przygotowanie do pracy pochłaniają dużo czasu. Dzięki automatyzacji będziemy mogli zwiększyć moce produkcyjne. Wzrośnie nam wydajność, skala produkcji, będziemy mieć lepsze rozłożenie kosztów jednostkowych. Będziemy bardziej konkurencyjni.

- Zaplanowaliśmy inwestycje na 2-3 lata. Każdą linię zamierzamy powoli modernizować. Będziemy wprowadzać też na rynek nowe produkty, które wpisują się w trend. Oprócz tego, nie zapominajmy, że pewne czynności wykonujemy ręcznie. Wiosłujemy naszą chałwę fizycznie i to zawsze zostanie już z nami. Chwalimy się tym. Pozwala nam to budować przewagi na globalnym rynku w porównaniu do producentów, którzy proces ten mają zmechanizowany. "Wioślarz" po ugotowaniu miazgi kręci chałwą, miesza ją po to, żeby wyciągać włókna. Koneserzy od razu widzą różnicę. Dzisiaj rzadko robi się chałwę ręcznie. Nie chcemy od tego odchodzić.

Duże nadzieje pokłada pan w polskim "nowym ładzie", który ma niedługo przedstawić rząd?

- Nie kojarzą mi się takie plany zbyt dobrze. Mało kto pamięta, że nowy ład w USA wiązał się np. z konfiskatą złota. Jeśli ktoś chce budować nowy ład, nowy dom, czy jakbyśmy tego nie nazwali, tworzyć coś idealnego - to obawiam się, że nie zawsze będzie to dobre dla ludzi. Na razie słyszę hasła, które mnie osobiście kojarzą się z tymi z lat 30., potem 50. w Polsce. I mam mieszane uczucia. Jak ktoś mówi, że będzie przebudowywać wszystko, to zapala mi się lampka ostrzegawcza.

Podniesienie kwoty wolnej od podatku - to jeden z pomysłów, który krąży w mediach.

- Zostawienie ludziom więcej pieniędzy w portfelu, bo oni sami wiedzą najlepiej na co i kiedy je wydać, byłoby dobrym krokiem.

To może nie taki znów straszny będzie ten "nowy ład".

- Powiem panu, co powinno się tam znaleźć. Uproszczenie prawa gospodarczego. Aby nie można było wprowadzać nowych przepisów, które nie zostały wcześniej szeroko skonsultowane z przedsiębiorcami. Jeśli już trzeba coś zmieniać, to z odpowiednio długim okresem przystosowawczym i w oparciu o dobrze zaprojektowane i policzone skutki nowych regulacji. Kolejna rzecz - zlikwidujmy w końcu te rzeczy, które przeszkadzają w biznesie. Naprawdę musimy mieć 300 koncesji? Podatki są do gruntownej przebudowy. Zostawmy ludziom więcej pieniędzy w kieszeniach. Na tym gospodarka w długim terminie skorzysta. Dla nowych obciążeń okres kryzysu czy pandemii to naprawdę nie jest dobry moment. A najważniejsze: zacznijmy przygotowywać się do powrotu do zrównoważonego budżetu. To zajmie trochę czasu, ale powinniśmy iść w tym kierunku.

Gdzie będzie gospodarczo Polska w 2030 r.?

- Polska może obrać dzisiaj dwie drogi. To zdeterminuje, gdzie będziemy za kilka lat. Etatystyczny kierunek, czyli postępujące upaństwowienie wszystkiego, ma naprawdę duże szanse, by się ziścić. Obyśmy umieli we właściwym momencie powiedzieć stop. Drugi kierunek to uwolnienie potencjału Polaków. Pieniądze niech idą w rozwój cyfryzacji, dróg, na inwestycje infrastrukturalne, ale przy zachowaniu dowolności i wolności gospodarczej. To znacznie lepsze rozwiązanie.

Bartosz Bednarz

Rozlicz PIT online już teraz lub pobierz darmowy program

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »