Reklama

Morskie farmy wiatrowe. Wiele znaków zapytania na Bałtyku

Na całym świecie, w tym również w Europie, realizowane są inwestycje w morskie farmy wiatrowe. Spiętrzenie wielu projektów w jednym czasie oznaczać będzie wzmożoną konkurencję na różnych polach, od umów na korzystanie z portów, poprzez najem statków, dostawy elementów do budowy farm, po dostępność usług i specjalistów.

- Sektor offshorowy intensywnie się rozwija. To ogromne wyzwanie dla łańcucha dostaw, dla specjalistycznych firm, statków, logistyki, produkcji dużych komponentów. Pytanie, czy uda się spiąć wszystko w zakładanym czasie przy realizacji tak dużych projektów. Jeśli tych usług czy komponentów nie będzie, nasze projekty mogą ucierpieć - mówiła Monika Morawiecka, prezes PGE Baltica, podczas odbywającej się w Rzeszowie konferencji "Bezpieczeństwo energetyczne - filary i perspektywa rozwoju".

Wśród wyzwań wymieniła też ogromne inwestycje, jakie czekają Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Uruchomienie tak dużych mocy na Bałtyku oznacza bowiem konieczność rozbudowy sieci przesyłowej w kraju. - Nie jest tak, że się czegoś obawiamy, ale to zerojedynkowy element. Gdyby infrastruktura nie powstała, nie moglibyśmy wyprowadzić energii z farm - mówiła.

Reklama

Trudnym etapem są też procedury administracyjne, które rozciągają się w czasie. To coś, na co inwestorzy nie mają wpływu, a co może wpływać na harmonogram. To trudny proces, bo mamy do czynienia z pierwszymi projektami budowy morskich wiatraków. Oznacza to więc duże wyzwanie dla wszystkich stron, również dla administracji.

Maciej Stryjecki z Polenergii zwraca też uwagę na wąskie gardła logistyczne. - Od miesięcy toczy się dyskusja dotycząca portów. Nam zależy na tym, by zaangażowanie polskich firm było jak największe. Daliśmy temu wyraz w planie łańcucha dostaw. Jednak niezbędne jest przygotowanie portów od strony logistycznej - podkreślał.

Zaznaczał, że jednocześnie realizowanych będzie kilka projektów. Nawet gdy zbudowany zostanie port w Gdyni, może okazać się, że to za mało dla kilku inwestorów i być może trzeba będzie korzystać z portów zagranicznych. Polenergia wybrała już lokalizację dla portu serwisowego. Powstanie on w Łebie. - Ten port trzeba zmodernizować, usprawnić. Liczymy tu na współpracę z administracją, by przeprowadzić prace w odpowiednich terminach - powiedział.

Polskie firmy nieprzygotowane

Dużo mówi się o tzw. local content, czyli udziale polskich firm w łańcuchu dostaw. Inwestorzy czekają na konkurencyjne, bezpieczne oferty. - Polskie firmy muszą być gotowe, by takie oferty składać. Jesteśmy po dialogu z branżą i widać, że firmy nie są wystarczająco przygotowane. A czasu jest mało, my już prowadzimy przetargi - poinformował Stryjecki. Polenergia zapowiada, że będzie wspierać administrację, samorządy i same firmy w budowie innowacyjności i podnoszeniu kompetencji.

Branża liczy, że tzw. sector deal, czyli porozumienie sektorowe na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej, które zostanie podpisane 15 września, przyśpieszy proces dostosowywania się przedsiębiorstw do potrzeb inwestorów.

- Sector deal to przypieczętowanie pewnych działań. Umowa działa w dwie strony - rząd coś przygotowuje dla nas, ale my jako inwestorzy obligujemy się, by przygotować sektor, polską gospodarkę na jedno z największych wyzwań, jakim jest budowa nowych gałęzi gospodarczych. To gwarancja rozwoju energetyki wiatrowej na morzu w czasie, mapa drogowa dla nas. Znajdzie się w niej dużo szczegółów, konkretnych działań, które mają zostać podjęte - poinformował Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Potrzebne będą statki

Wyzwaniem będzie też dostępność specjalistycznej floty wykorzystywanej przy budowie wiatraków na morzu. Rafał Miętkiewicz z Instytutu Polityki Energetycznej im. I. Łukasiewicza podkreślał, że dziś na świecie dostępnych jest 50 specjalistycznych jednostek instalacyjnych, z czego dwie trzecie operuje wyłącznie w Azji. Reszta eksploatowana jest w Europie Północnej. Rosnący wolumen przyszłych inwestycji oznaczać będzie duży problem z dostępnością tego typu statków.

Tu sporą szansę dla siebie widzi Lotos Petrobaltic, który od trzydziestu lat działa w ofshorze, tyle że w sektorze ropy i gazu. Spółka prowadzi poszukiwania i wydobycie na Bałtyku. Teraz chce się przebranżowić i iść w kierunku morskiej energetyki wiatrowej. Grzegorz Strzelczyk, prezes Lotos Petrobaltic, szacuje, że wydobycie węglowodorów może potrwać jeszcze 10-15 lat, tymczasem projekty morskich farm wiatrowych będą trwały przez 50 czy 60 lat. Podzielił je na cztery fazy - przygotowania, budowa, eksploatacja i demontaż.

Lotos Petrobaltic planuje budowę floty. - Kluczowe są jednostki do instalacji fundamentów. Statki fundamentowe są dostępne w większej ilości niż statki instalacyjne właściwe. Zamierzamy taką jednostkę zbudować. Jesteśmy w kontakcie z producentami turbin i deweloperami - mówił.

Kluczowe będą wskazówki od inwestorów. Projekt statku uzależniony będzie od tego, jakie fundamenty będą wykorzystywane przy realizacji morskich inwestycji - jackety, czy monopile. Monopile to wbijane w dno morskie długie, dochodzące do 100 metrów rury, sprawdzające się w przypadku dna piaszczystego, gliny czy miękkich skał. Z kolei jackety to fundamenty na trzech nogach wykorzystywane w miejscach, gdzie jest skaliste dno. Statki dostosowane będą też do wielkości transportowanych na "plac budowy" turbin. Na chwilę obecną mówi się najczęściej o turbinach o mocy 15 MW.

Lotos Petrobaltic zamierza też zbudować statki serwisowe. O ile budowa jednostek instalacyjnych na pierwszą fazę to duże wyzwanie, o tyle ze statkami serwisowymi nie powinno być problemów. - Dla naszej firmy to szansa, ale i ogromne wyzwanie. Głównym problemem są harmonogramy inwestorów - mówił prezes firmy. Założeniem spółki jest zlecenie produkcji jednostek pływających polskim stoczniom.

- Kluczowe jest, czy administracja stworzy warunki, abyśmy byli konkurencyjni wobec armatorów zagranicznych. Musimy być konkurencyjni, bo inwestor nie będzie kierował się sentymentem. Jesteśmy w dialogu z urzędem morskim w Gdyni, z ministerstwem infrastruktury, by stworzyć dla polskich armatorów odpowiednie otoczenie - informował Strzelczyk.

Niezbędna wymiana informacji

Pomocna w planowaniu morskich inwestycji jest platforma informacyjna BalticWind EU. Wspiera ona komunikację sektora offshore w Europie. - Powszechne jest patrzenie fragmentaryczne na Bałtyk. Rozpatruje się inwestycje na kawałku mapy, ograniczając się do polskich wód terytorialnych. Tymczasem konieczne jest szersze spojrzenie. Wśród największych wyzwań są wąskie gardła logistyczne. Wiele projektów rozwijanych będzie jednocześnie. Współpraca i koordynacja pozwoli uniknąć niezdrowej rywalizacji - mówił Paweł Wróbel z BalticWind EU.

- Dostarczamy informacji, co dzieje się u innych inwestorów, jak zmieniają się krajowe regulacje w państwach regionu Bałtyku, jak budowany jest local content w przypadku poszczególnych projektów. To ma pomóc zbudować bazę wiedzy do wymiany dobrych praktyk. Nasza działalność pomaga wykorzystać ogromny potencjał Bałtyku - dodał.

Efektywność inwestycji, dopasowywanie harmonogramów do działań konkurentów, umiejętne planowanie może okazać się kluczowe przy budowie morskich farm wiatrowych. W przeciwnym razie pozostanie nam rozpychanie się łokciami i ostra walka. A w bezpośrednim starciu możemy okazać się słabsi niż giganci offshoru, nawet mając u boku zagranicznych partnerów.    

Monika Borkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »