Reklama

Jak banki komercyjne emitowały pieniądze

Nawet 8370 banków mogło emitować własne pieniądze w USA w latach 40. i 50. XIX w. I ten system działał zaskakująco dobrze. Opisuje to Jacob Goldstein w książce "Money: The True Story of a Made-Up Thing".

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Monopol państwa na emisję pieniądza nie jest tak oczywistą rzeczą, jak nam się wydaje. Oto bowiem, jak opisuje Goldstein w publikacji (jej polski tytuł to "Pieniądz: prawdziwa historia wymyślonej rzeczy"), w USA w latach 40. i 50. XIX w. takiego monopolu nie było. Każdy, kto spełnił określone wymagania, wcale nie bardzo wygórowane, mógł założyć bank i emitować własne pieniądze.

Zgodnie z prawem taki bank musiał wykupić określoną ilość zwykle państwowych obligacji (niektóre stany dopuszczały, by były to obligacje spółek kolejowych, a nawet zwykłe hipoteki) i zdeponować je u stanowego organu, który regulował działalność banków. Za każdy dolar wartości zdeponowanych obligacji bank mógł wydrukować jednego dolara i pożyczyć go swoim klientom. Mogli oni później zamienić wyemitowany przez lokalny bank pieniądz na srebrne lub złote monety.

Gdyby bank zbankrutował, urząd nadzoru sprzedawał zdeponowane wcześniej przez bank obligacje i spłacał osoby, które dysponowały pieniędzmi wyemitowanymi przez bank. Ten system nazywano wolną bankowością. Ryzyko jego funkcjonowania wynikało z tego, że wartość obligacji zdeponowanych przez bank mogła spaść tak bardzo, że nie wystarczyłoby pieniędzy dla jego klientów. Stanowe organy nadzorujące działalność banków starały się zapobiec takiej sytuacji i wymagały od nich, by utrzymywały jeszcze kontrolowane rezerwy w złocie i srebrze.

W odpowiedzi, na przykład banki w stanie Michigan wynajmowały szpiegów, których zadaniem było obserwowanie dróg i informowanie, czy nie nadchodzi kontrola. Chcieli w ten sposób zyskać czas na zdobycie złota i srebra na moment kontroli. "Złoto i srebro płynęło po kraju jak zaczarowane" - skomentował to jeden ze stanowych kontrolerów banków w 1838 r. Innym sposobem na przechytrzenie organów było pokazanie kontrolerowi skrzyni rzekomo wypełnionej złotem, pod cienką warstwą złotych monet były gwoździe.

Oczywiście nie wszystkie banki tak postępowały. Autor twierdzi wręcz, że robiła tak mniejszość. Problem polegał na tym, jak odróżnić banknoty instytucji wiarygodnych od mniej wiarygodnych. A warto zdać sobie sprawę, że w pewnym momencie dziennik "Chicago Tribune" podał, że w kraju w obrocie było 8370 rodzajów pieniądza. Jak wyglądały zwykłe transakcje w takim systemie? Otóż klient wchodził do sklepu, wybierał, co chciał kupić, a następnie wręczał sprzedawcy banknot, który wyemitował bank z siedzibą znajdującą się setki, a nawet tysiące kilometrów dalej.

Często ta siedziba była w miastach o nazwach, których właściciele sklepów nigdy nie słyszeli. Jak zatem sprawdzić, czy pieniądz jest wiarygodny? Otóż rozwiązaniem było wyciągnięcie "Thompson`s Bank Note Reporter", periodyku, który podawał listę wszystkich banków w USA mających prawo emisji banknotów wraz z informacją o tym, jak banknoty danego banku wyglądają i czy do tej pory nie miał on problemów z wymianą ich na złoto i srebro. Ale to nie wszystko.

Sprzedawca musiał także określić wysokość dyskonta, z jakim przyjmie banknot. Podawał je "Thompson`s Bank Note Reporter", ale konkretna stawka zależała także od odległości, jaka dzieliła sprzedawcę od siedziby banku oraz od wiarygodności, z jaką emitent banknotów regulował swoje zobowiązania. Rozsądny właściciel sklepu powinien także zaopatrzyć się w publikacje z instrukcjami, jak rozpoznać fałszywe pieniądze oraz jakie zagraniczne banknoty i monety mogą znajdować się w obrocie w USA.

Dlaczego taki system funkcjonował w USA?

"Ludzie domagają się, by emisja pieniądza była równie łatwo dostępna dla każdego jak obrót pszenicą czy bawełną" - napisał w uzasadnieniu wyroku jeden z sądów ze stanu Nowy Jork. W latach 70. XIX w., gdy wolnorynkowe teorie zaczęły zyskiwać na popularności, kilku ekonomistów sprawdziło, jak w praktyce funkcjonował ten system. I okazuje się, że całkiem nieźle.

Osoby podróżujące między stanami traciły zwykle między 1 proc. a 2 proc., kiedy wymieniały pieniądze. A więc jest to porównywalne z dzisiejszymi prowizjami za wypłaty z bankomatu innego banku niż ten, w którym mamy konto. Szemranych banków nie było wiele, a liczba wszystkich instytucji emitujących pieniądze sprawiała, że pionierzy na dzikim zachodzie mieli łatwy dostęp do pożyczek, na przykład branych na zakup ziarna czy inwentarza do gospodarstwa. "Anarchia służyła Dzikiemu Zachodowi znacznie lepiej, niż bardziej uporządkowany system, który ściślej kontrolowałby udzielane kredyty" - komentował ekonomista John Kenneth Galbraith.

Skoro zatem system dobrze funkcjonował, to dlaczego zakończył istnienie? Otóż gdy rozpoczęła się wojna secesyjna (1861-1865) rząd federalny potrzebował pieniędzy na jej prowadzenie. Sekretarz skarbu w rządzie Abrahama Lincolna doprowadził do przegłosowania prawa, które system wolnej bankowości przeniosło na szczebel ogólnonarodowy. Każdy, kto spełnił określone wymagania, mógł założyć bank z prawem do działalności na terenie wszystkich stanów.

Ale, co istotne, pieniądze emitowane przez taki bank musiałyby być zabezpieczone obligacjami emitowanymi przez rząd USA, który wykorzystywał emisję do zbierania środków na finansowanie wojny. Akt prawny wprowadzający ten system Abraham Lincoln podpisał 3 marca 1865 r., na sześć tygodni przed swoją śmiercią w wyniku zamachu.

By narodowe banki nie musiały konkurować ze stanowymi, wprowadzono jednocześnie 10-proc. podatek na stanowe pieniądze. Intencją było łagodne i stopniowe pozbycie się lokalnych pieniędzy. I tak się właśnie stało. W niedługim czasie pozostały tylko pieniądze emitowane przez ogólnonarodowe banki założone przez ludzi, którzy wyłożyli pieniądze na sfinansowanie wojny.

Autor książki Jacob Goldberg to współgospodarz podcastu "Planet Money" ("Planeta pieniądza"). Publikował też artykuły na tematy związane z pieniądzem m.in. na łamach "New York Times Magazine". Pracował także jako reporter "Wall Street Journal". Część z historii, które opisał w książce, to zaadaptowane wersje tego, co wcześniej opublikował w sieci. Książka to zbiór rozmaitych anegdot z historii pieniądza.

Część z nich jest powszechnie znana, jak chociażby opowieść o Johnie Law, szkockim zabójcy, który został ministrem finansów we Francji. Inne są mniej popularne, jak opowieść o wolnej bankowości w USA. Wolałbym, żeby tych mniej znanych było więcej, ale całość broni się solidnym warsztatem dziennikarskim autora. Czyta to się bowiem bardzo dobrze.

Problem z tą książką jest jednak taki, że poza serią ciekawostek nie oferuje czytelnikowi nic więcej, żadnej głębszej tezy czy też myśli. Tak więc jeżeli ktoś szuka tylko anegdotek z historii pieniądza, nie zawiedzie się. Wymagającym od książek więcej, do których zaliczam siebie, publikację Jacob Goldsteina odradzam.

Aleksander Piński

Autor recenzji książek i przeglądów najnowszych badań ekonomicznych

***

Dowiedz się więcej na temat: USA | pieniądz | banki centralne | monety

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »