Reklama

Kryzys zakończy "złoty wiek" złotego?

Pod względem przekonania o sile złotego i bezpieczeństwie szybkiego zadłużania państwa w celu walki z kryzysem zachowujemy się zupełnie tak, jakby była to światowa waluta rezerwowa. A nie jest. W efekcie grozi nam trwałe osłabienie złotego do euro i dolara.

Szczególnie ostatnie pięć lat to "złoty wiek" złotego: zaniechano przygotowań do wprowadzenia euro, a utrzymanie narodowej waluty zostało wyniesione na piedestał.

Zwolennicy wejścia do strefy euro przycichli, jeśli coś mówiło się na temat wspólnej waluty w mediach, głównie rządowych, to źle, albo bardzo źle. Kondycja złotego przedstawiana była jako symbol sukcesu gospodarczego ostatnich lat, skoro wzrost PKB rzędu 4-5 proc. wyraźnie kontrastował z cherlawym wskaźnikiem w strefie euro, która nadal nie potrafi otrząsnąć się z kryzysu zadłużeniowego, który zakończył się faktycznym bankructwem Grecji, Portugalii i Irlandii, a na skraju przepaści były takie potęgi, jak Włochy i Hiszpania.

Reklama

Niemiecka gospodarka, główny motor strefy euro, kulała już przed pandemią koronawirusa, więc na tle niepokojących doniesień ze strefy euro pozostanie przy złotym naprawdę mogło wydawać się najlepszym rozwiązaniem, i krótko-, i długoterminowym, którego trzeba bronić jak niepodległości, skoro strefa euro trzeszczała w podstawach.

Jednak krytycy euro nie zwracają uwagi na jeden bardzo ważny aspekt, który powoduje, że paradoksalnie euro pokazało w kryzysowej dekadzie swoją siłę. Wspólna waluta jest przede wszystkim projektem politycznym, a nie ekonomicznym, co ma ogromne konsekwencje - w przeciwnym razie Grecja upadłaby pod ciężarem zadłużenia, a w wypadku wyjścia ze strefy euro - traktaty przewidują taką możliwość - dewaluacja drachmy byłaby prawdopodobnie tak głęboka, że Grecy nie mieliby dziś na oliwę.

Stało się inaczej. Owszem, społeczeństwo poniosło bolesne koszty, m.in. obniżono emerytury i inne świadczenia, ale był to rachunek za życie ponad stan, na kredyt przez wiele lat po wejściu do strefy euro, która dała na lata praktycznie możliwość taniego zadłużania się bez hamulców, bo wszystkie obligacje państw z euro traktowane były jak obligacje niemieckie.

Jednak przez blisko dekadę od wybuchu kryzysu Grecja zrestrukturyzowała swoje zadłużenie, z sukcesem powróciła na rynki finansowe, a Grecy nie mają w portfelach zżeranej przez inflację drachmy (w przeciwieństwie do Turków mających lirę), tylko nadal mocne euro. Wszystko dzięki temu, że Unia Europejska nie zostawiła Grecji samej sobie. I tak naprawdę posiadanie jednej z globalnych walut spowodowało, że Grecy nie zapłacili hiperinflacją za doprowadzenie gospodarki do katastrofalnego stanu zadłużenia.

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019

Co ma wspólnego przykład grecki z Polską, jeszcze dwa miesiące płynącą miodem i mlekiem? Po pierwsze Polska, jak kiedyś Grecja, wzięła na siebie w okresie bardzo dobrej prosperity kosztowne transfery socjalne, które stały się sztywnymi wydatkami budżetu. I przez lata były na to pieniądze.

Przy naszej gospodarce pędzącej 4-5 proc. w skali roku, w dużej mierze dzięki dobrej koniunkturze międzynarodowej, wygospodarowanie środków na hojny socjal było możliwe, choć kosztem było nietworzenie żadnej poduszki finansowej dla państwa. Królowała zasada: "Wydajemy wszystko jak leci, i nie przejmujemy się jutrem".

Grunt, żeby wyborcy byli zadowoleni, bo to najkrótsza droga do wygrania kolejnych wyborów. I taka polityka okazała się piekielnie skuteczna: dla dużej części społeczeństwa wyjście z pełnym koszykiem z dyskontu okazało się ważniejsze niż jakieś abstrakcyjne boje o przestrzennie konstytucji i praworządności, bo ani jednego, ani drugiego do garnka się nie włoży.  

Ale nadeszła pandemia i kryzys, jakiego świat ani Polska jeszcze nie doświadczyły. Wiadomo już, że trzeba na gwałt szukać pieniędzy, aby ratować gospodarkę, firmy i miejsca pracy. I nie ma ich w budżecie, który wkrótce ma być nowelizowany.

Rządy i banki centralne na świecie reagują stadnie, jakby ktoś je zaprogramował: zwiększają deficyty, idą w dług, dodrukowują pieniędzy. U nas także dominuje przekonanie, że możemy pozwolić sobie na taki model, na to samo, co np. USA czy Japonia, zupełnie jakbyśmy należeli do Grupy G7 i posiadali globalnie liczącą się gospodarkę, a złoty mógł mierzyć się z dolarem, euro czy jenem. Zatem idziemy w dług i dodruk pieniądza.

Można toczyć rozważania, na ile skup obligacji przez bank centralny z rynku wtórnego jest finansowaniem deficytu, a na ile nie, lecz w uproszczeniu skutek wszędzie jest taki sam: do umownego skarbca banku trafia mniej lub bardziej pokrętną drogą dług państwa, a w zamian wypływa na rynek gotówka.

Oczywiście oficjalnie, aby zapewnić płynność bankom, ale w praktyce cała operacja jest podporządkowana interesom państwa i budowie długu. Można narysować finansowy łańcuch pokarmowy: państwo wypuszcza obligacje, banki komercyjne lub instytucje państwowe je kupują, od nich przejmuje bank centralny, banki i instytucje znowu mają gotówkę, którą mogą wydać na kolejne transze długu i tak w kółko.

Pół biedy, gdyby pieniądze z dodruku były wykorzystywane przez banki do udzielania kredytów, można by to przyjąć za działanie na korzyść gospodarki. Ale tak nie jest. Bo na początku i końcu głównym aktorem "łańcucha pokarmowego" długu jest państwo, które chce się coraz bardziej zadłużać i potrzebuje komuś upchnąć coraz więcej swoich papierów, zarówno w kraju, jak i za granicą.

Nasz dług publiczny przekroczył już okrągły bilion złotych, a słyszymy, że rząd musi pożyczyć na walkę z kryzysem sto miliardów, zaś Polski Fundusz Rozwoju kolejne tyle.

Wystarczyło zaledwie kilka kryzysowych tygodni, aby złoty przestał błyszczeć: euro kosztuje ponad 4,50 zł, a dolar - ok. 4,20 zł. Słabość naszej waluty dowodzi tylko, jak jest ostrożnie traktowana przez inwestorów zagranicznych, wcale nie jako "bezpieczna przystań" w rodzaju dolara czy franka szwajcarskiego, tylko jedną z ryzykownych walut rozwijającej się gospodarki.

W tej sytuacji rosną obawy nie tylko o kurs złotego, ale także inflację, która może być pochodną przeceny waluty. Premier uspokaja, że hiperinflacja nam nie grozi, a deficyt i dług mogą rosnąć, oczywiście do pewnego poziomu.

Tyle że łatwy dostęp do pieniądza według opisanego finansowego łańcucha pokarmowego, na dłuższą metę demoralizuje finanse publiczne, ponieważ politycy mogą ulec pokusie, aby poziomy deficytu i długu przesuwać tak daleko, jako to będzie możliwe.

Alternatywą byłoby cięcie świadczeń socjalnych, których władza będzie bronić z powodów politycznych, albo podwyżka podatków, co z kolei odbiłoby się na portfelach wszystkich konsumentów.

Tak naprawdę rząd znalazł się w sytuacji, w której nie ma innego wyjścia jak brnięcie w dług, ponieważ nie chce żadnych działań oszczędnościowych w rozdętych transferach socjalnych, nie mówiąc już o prywatyzacji czy podwyżce podatków. Przy utrzymaniu takiej polityki, dla długu nie ma teraz po prostu alternatywy.

I w tym miejscu wracamy do sprawy złotego. Jego kondycja w dużej mierze zależna jest od tego, jak nasz kraj oceniają zagraniczni inwestorzy, którzy posiadają polskie obligacje. A mają ich na tyle, że wyprzedaż z ich portfeli mogłaby pogrążyć złotego, co stałoby się paliwem dla inflacji. Tak, jak działo się to w Turcji, a czego - dzięki euro - uniknęła Grecja.

Inflacja oznacza w każdym kraju to samo: za wszystko zapłacą miliony obywateli, których realne oszczędności stopnieją jak śnieg. Za to dla każdej władzy inflacja jest najtańszym sposobem redukcji długu, bo robi to na cudzy koszt. I najczęściej już na cudzy rachunek polityczny, bo wtedy jest już w wygodnej opozycji. Tylko, że wtedy "złoty wiek" złotego będzie tylko wspomnieniem, tak jak niskie ceny importowanych towarów i usług.

Tomasz Prusek

publicysta ekonomiczny

prezes Fundacji Przyjazny Kraj    

Dowiedz się więcej na temat: złoty | koronawirus | dług | zadłużenie państwa | drukowanie pieniędzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama