Reklama

14. emerytura za nic ma kryzys i dług

Podtrzymywanie planu, aby w przyszłym roku wprowadzić jednak kolejne ekstra świadczenie emerytalne wynika z czysto politycznych kalkulacji. Bo nie ma uzasadnienia ani w stanie kasy państwa żyjącego coraz bardziej na kredyt, ani w solidarności międzypokoleniowej, bo to obciążanie zobowiązaniami przyszłych pokoleń przez dzisiejszych beneficjentów-seniorów. A dodatkowo rujnuje świadomość społeczną skąd się bierze emerytura i od czego zależy wysokość.

Pomimo problemów gospodarki dotkniętej pandemią koronawirusa nie słabnie polityczna wola, aby kreować nowe transfery socjalne. Plan wprowadzenia w 2021 roku tzw. 14. emerytury wcale nie trafił do szuflady w ramach oszczędności w kasie państwa, choć przez wiele miesięcy było o nim cicho.

Reklama

Na początku Nowego Roku projektem ustawy ma zająć się parlament, a wypłaty są planowane na ostatni kwartał 2021. Zatem bez zmian pozostaje cel polityczny, aby w budżecie zabezpieczać środki na świadczenia socjalne, bez wględu na to jaka jest kondycja kasy państwa i ile będziemy musieli w przyszłym roku pożyczyć. Bo skoro zrównoważony budżet jest już wspomnieniem (planowany był przed pandemią na 2020 rok), to aby pokryć wszystkie wydatki państwa trzeba będzie je zadłużyć.

Co prawda, "czternastka" nie ma być tak powszechna jak 13. emerytura, która trafia do każdego bez wyjątku w pełnej wysokości, bo nowe świadczenie równe minimalnej przyszłorocznej emeryturze - 1250 zł - otrzymają wg projektu osoby, które otrzymują świadczenia do 2900 brutto, a powyżej obowiązywać będzie zasada "złotówka za złotówkę". Jednak i tak przyniesie to niewielkie oszczędności, bo zdecydowana większość uprawionych mieści się pod poprzeczką 2900 zł.

Więc państwo musi po stronie wydatków wpisać kolejną niebagatelną kwotę ok. 10,6 mld zł. A przecież ma już na garnuszku wcześniej uchwalone socjalne transfery, przede wszystkim 500+ na każde dziecko (koszt ok. 41 mld zł) oraz od 2020 już coroczną 13. emeryturę (koszt ok. 12 mld zł).

W sumie przyjęty przez Sejm na 2021 r. budżet zakłada, że na program 500+, 13. i 14. emeryturę pójdzie blisko 64 mld zł. Deficyt na koniec roku ma wynieść 82 mld zł (w tym roku plan 109 mld zł).

Patrząc na determinację w uchwaleniu 14. emerytury w drugim roku pandemii widać, że transfery socjalne mają specjalny status polityczny: są nietykalne ze względu na kalkulacje wyborcze i chęć utrzymania poparcia społecznego dla obozu władzy. Niezależnie czy odbywa się to w warunkach kwitnącej gospodarki czy kryzysu. O ile rozszerzenie programu 500+ na każde dziecko - bez względu na dochód - odbyło się jeszcze w warunkach rosnącej gospodarki i optymistycznych prognoz (lipiec 2019), co mogło sprzyjać uzasadnianiu socjalnego transferu, to nie można tego powiedzieć już o sytuacji z 13. emeryturą, a tym bardziej "czternastką".

Warto przypomnieć, że prezydent podpisał ustawę o corocznej 13. emeryturze pod koniec lutego tego roku, gdy było wiadomo, że kryzys związany z pandemią jest już za progiem. Tymczasem logika zarządzania kryzysowego nakazywałaby, aby przynajmniej wstrzymać się z taką decyzją do momentu, gdy wyjaśni się sytuacja z rozwojem pandemii i skutkami dla gospodarki, także pod względem przychodów budżetowych. Na takiej zasadzie działają zarządy i akcjonariusze spółek, które zatrzymują zyski i nie wypłacają dywidendy, aby zapewnić sobie maksymalną poduszkę finansową na trudne czasy. A dopiero gdy sytuacja się uspokoi wracają pomysły na dywidendę.

 W naszej polityce okazało się, że nie ma miejsca na takie myślenie, bo w lutym dominowała kalkulacja przed wyborami prezydenckimi. W ten sposób, w 2021 roku już po raz trzeci z rzędu, emeryci otrzymają ekstra wypłatę 13. emerytury, która w żaden sposób nie jest związana z wysokością składek jakie zgromadzili ani innych czynników związanych z pracą. Można zapytać czy ok. 23 mld zł kosztów 13. i 14. emerytury to mało czy dużo?

Państwo sobie z tym poradzi, bo arkusze kalkulacyjne budżetu wszystko wytrzymają, ale pogłębi to jego niezrównoważanie, które trzeba będzie uzupełnić długiem, bo pandemia bije w dochody, a z drugiej strony zwiększyły się wydatki. Owszem, z pożyczaniem kasy jest teraz łatwo. Sytuacja na rynkach finansowych jest bardzo dobra, bo na skutek dodruku pieniądza przez banki centralne jest w bród taniego kapitału (zdarza się, że nawet polskie obligacje mają ujemne rentowności, czyli chętny musi dopłacić, aby je dostać). Jednak jest też druga strona medalu.

Skoro dziś obsługa długu jest tania, to kiedy stopy procentowe pójdą w górę - stanie się droższa. Zatem nie dość, że trzeba będzie oddać pieniądze (a najprawdopodobniej zamienić stary dług na nowy, czyli zrolować), to jeszcze więcej kosztować będzie bieżąca obsługa. Dlatego szczególnie transfery socjalne na kredyt to generowanie poważnego źródła zagrożeń dla finansów państwa na przyszłe lata, bo era taniego i łatwo dostępnego pieniądza przecież nie będzie trwała wiecznie.

Sęk w tym, że rzadko kiedy długi spłacają ci politycy, którzy je zaciągają. Rządy się zmieniają, aż w końcu komuś wpadnie gorący kartofel długu w rękę i mamy gotowe zagrożenie modelem greckim, gdzie nadmiernie zadłużone państwo zbankrutowało, a za skutki zapłacili także emeryci, którym wielokrotnie obniżano świadczenia. W argumentacji "za" kolejną 13. czy 14. emeryturą można usłyszeć, że to są dowody solidarności międzypokoleniowej, albo że dzięki hojności państwa po prostu emeryci mają spełniać swoje marzenia. Niestety, w tym wypadku międzypokoleniowa solidarność ma gorzki smak, bo sprowadza się do tego, że za obecne daniny socjalne dla najstarszego pokolenia płacić będę w przyszłości ich dzieci i wnuki, którzy przez to mogą nie realizować swoich marzeń.

W obronie ekstra emerytur przywoływany jest także element kreowania popytu wewnętrznego, który od kilku lat jest głównym motorem naszej gospodarki. Wyposażone w ustawowe dodatkowe dochody rodziny (500+) i seniorzy (13. i wkrótce 14. emerytura) mają podtrzymywać konsumpcję, czyli więcej kupować. I tak się dzieje, jednak jeśli gospodarka będzie stawiać na jeden silnik, to może się skończyć tak, że daleko nie zaleci. Szczególnie, że tolerowana jest wysoka, bo 3  proc. inflacja, która realnie zżera wartości świadczeń, a do dobrego funkcjonowania gospodarki jeszcze bardziej niż konsumpcji potrzeba prywatnych inwestycji, które długoterminowo budują wartość i stabilność gospodarki.

Ubocznym skutkiem wprowadzenia 14. emerytury będzie ośmieszenie idei programu PPK i motywacji pracowników, aby w nim dodatkowo odkładali swoje pieniądze na emeryturę. Straszenie tzw. niską stopą zastąpienia przyszłych emerytur wydaje się być w tej sytuacji jak "strachy na lachy", gdy państwo co roku udowadnia, że jest w stanie wypłacić kolejne potężne pieniądze, a to, ile ktoś sobie odłożył przez okres aktywności zawodowej nie ma znaczenia.

Dlatego nie ma się co dziwić niskiej partycypacji pracowników w programie PPK, skoro dodatkowe transfery socjalne rujnują ich świadomość emerytalną i przyczyniają się do tworzenia mylnego wyobrażenia, że niskie emerytury to tylko straszenie, a kasa państwa jest pełna. Więc nie ma co się starać pracować jak najdłużej, gromadzić składek jak najwięcej, bo przecież i tak "jakoś to będzie". Bo gdyby państwa nie było stać na 13. i 14. emeryturę, to by ich nie płaciło. A przecież w tym roku słychać było także polityczne nadzieje na wprowadzenie w przyszłości ... 15. emerytury.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Dowiedz się więcej na temat: emerytura | trzynasta emerytura | czternasta emerytura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »