Reklama

Wielka gra o majątek OFE

W likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) stawką nie są tylko jednorazowe wpływy budżetu z tzw. opłaty przekształceniowej. Dużo większe znaczenie ma skala, na jaką państwo hurtowo i długofalowo powiększy swoją władzę nad gospodarką, przejmując akcje także w wielu firmach "prywatnych od zawsze".

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Po roku przebywania w "zamrażarce", z powodu innych rządowych priorytetów związanych z pandemią, projekt likwidacji OFE znowu powrócił na polityczny stół. Fundusze, których żywot liczy sobie ponad dwie dekady, miały być lekiem na przewidywane niskie emerytury Polek i Polaków, bo z tego filaru kapitałowego środki miały wesprzeć ich dochody na jesień życia. Przez lata, dzięki składkom milionów uczestników i zarządzaniu, powiększał się majątek OFE, inwestowany przede wszystkim w akcje i obligacje (głównie rządowe). Niezależnie od oceny efektywności zarządzania i kosztów samych funduszy (co jest osobnym tematem do analizy), faktem jest, że na rynku kapitałowym w postaci OFE pojawił się bardzo silny gracz instytucjonalny, którego aktywności w dużej mierze zawdzięczamy największą w historii warszawskiej giełdy hossę w latach 2003-2007.

Potem przyszły kryzysy, finansowy z 2008 r. i w strefie euro 2010-2012, które nadwyrężyły "zieloną wyspę", jak propagandowo określano stan polskiej gospodarki. I wówczas aktywa funduszy okazały się zbyt kuszące dla polityków, aby mogli spokojnie przejść obok nich bez wyciągnięcia ręki. Początek dał rząd PO-PSL, który po kryzysie w strefie euro i spowolnieniu koniunktury, zamiast reformować samą gospodarkę, postanowił w 2013 roku sięgnąć po część obligacyjną OFE i w ten sposób rozpoczął rozbiór systemu, którego finał ma nastąpić za rządów Zjednoczonej Prawicy. Jak widać, niezależnie od politycznych barw, OFE nie cieszyły się politycznym uznaniem, a wprost kusiły swoimi istniejącymi realnie pieniędzmi - co warto podkreślić - w przeciwieństwie do zapisów księgowych w ZUS, za które odpowiada państwo. Rządy mogą sobie faktycznie zrobić z OFE, co im się podoba, ponieważ w zasadzie nie mają żadnych hamulców prawnych: status publiczny środków zgromadzonych w funduszach został potwierdzony orzeczeniami zarówno Trybunału Konstytucyjnego, jak i Sądu Najwyższego. Jedynym racjonalnym ograniczeniem przed totalnym "skokiem na kasę" było to, aby nie wylać dziecka z kąpielą, czyli nie zafundować całkowitej nacjonalizacji, aby odzyskać płynne środki, co wiązałoby się z wyprzedażą akcji zgromadzonych w OFE, gwałtownymi przecenami i w efekcie załamaniem naszego rynku kapitałowego.

W praktyce, politycy postanowili zastosować metodę "plasterków salami" - co pewien czas coś sobie odkroić. O ile za PO-PSL "plasterkiem" były obligacje skarbowe, które zresztą tylko na krótko podratowały stan finansów publicznych, to obecny rząd ma aż dwa tłuste "plasterki": dochód z 15 proc. opłaty przekształceniowej oraz przejęcie w zarząd części prywatnego majątku zgromadzonego w OFE. O tym, jak grube będą to "plasterki", decydować będą sami uczestnicy OFE, do których należeć będzie decyzja: pozostać w prywatnych IKE (gdzie domyślnie trafią wszystkie środki z OFE), czy też schronić się pod skrzydłami państwa, czyli trochę się natrudzić przy złożeniu deklaracji i ostatecznie wybrać ZUS. To jedna z najważniejszych decyzji pokoleniowych, przed jaką stanie ponad 15 mln osób, która będzie miała ogromny wpływ nie tylko na stan budżetu państwa i budżetów prywatnych, ale także kształt gospodarczy państwa, w którym od 2015 r. panuje duch etatyzmu, a słowo "prywatyzacja" zostało zastąpione słowem "nacjonalizacja", czasem zmiękczanym przez określenia "repolonizacja" czy "udomowienie". Dlatego warto przyjrzeć się potencjalnym skutkom decyzji milionów obywateli, którzy będą decydować o swoim mniejszym czy większym majątku posiadanym w OFE.

IKE czy ZUS - oto jest pytanie

Decyzja - wybrać IKE czy ZUS - będzie samodzielnym wyborem uczestników OFE. Lecz w masie milionów takich wyborów, o skutkach dla gospodarki decydować będzie proporcja między nimi. I tu dochodzimy do kluczowej sprawy zmiany szacunków, które różnią projekt likwidacji OFE sprzed roku i obecny. Otóż przy "starym" projekcie w ocenach skutków szacowano, że IKE wybiorą posiadacze aż 80 proc. aktywów OFE, czyli przytłaczająca większość. Na ZUS miało przypaść "skromne" 20 proc., więc relatywnie większy stan posiadania miał utrzymać sektor prywatny. Jednak w "nowym" projekcie, szacowana proporcja jest już inna: pół na pół, czyli w IKE mogą pozostać posiadacze jedynie 50 proc. aktywów. I tu dochodzimy do wielkich liczb, które wiążą się z tymi szacunkami, bo na koniec 2020 roku majątek OFE wynosił 148 mld zł, z czego z grubsza 4/5 ulokowane w akcjach spółek.

Biorąc pod uwagę wspomniane szacunki jedynie 50 proc. pozostania w IKE, ma to przełożenie na wpływy z tzw. opłaty przekształceniowej. Pod tym względem dla rządu, im więcej osób przejdzie do ZUS, tym... gorzej. Bo od mniejszej wartości aktywów zostanie naliczona 15-proc. opłata. Gdyby stał się "prywatny cud" i wszyscy uczestnicy OFE zostaliby w IKE, to rząd mógłby liczyć aż na 22,3 mld zł. Jeśli jednak proporcja spadnie do 50/50, to będzie to z grubsza połowa tej kwoty. Czyli pod tym względem, im większa migracja pod skrzydła ZUS, tym mniejszy zastrzyk dla kasy państwa (w dwóch ratach). Czas na decyzję będzie od 1 czerwca do 2 sierpnia br. Podejmując ją warto także pamiętać o podstawowej różnicy między IKE a ZUS: w IKE środki będą nie tylko inwestowane, ale także podlegały dziedziczeniu, czego nie daje ZUS. Prywatne już środki z konta IKE, po osiągnięciu wieku emerytalnego, będzie można wypłacić w ratach lub jednorazowo bez dodatkowych podatków i opłat - tak przynajmniej zapewniają obecnie politycy i nie pozostaje nic innego, jak przyjąć to za dobrą monetę. Choć lekcje z zawiłej historii OFE są takie, że ich likwidacja, a wcześniej okrojenie, jest złamaniem niepisanej umowy społecznej sprzed dwóch dekad.

Jednak tak naprawdę wcale nie o budżetowe konfitury z opłaty przekształceniowej będzie się toczyć gra, tylko o wielkość majątku, w szczególności akcji spółek, jaki może przejąć państwo. Ci, którzy przejdą do ZUS, umownie zabiorą ze sobą swoje aktywa, których równowartość zostanie zapisana na ich kontach, zaś realnie akcje spółek trafią do Funduszu Rezerwy Demograficznej, którym ma zarządzać Polski Fundusz Rozwoju. W tej mnogości instytucji warto wprowadzić wspólny mianownik: państwo, od którego politycznych przedstawicieli zależeć będzie zarządzanie ogromnym majątkiem przejętym od OFE, czyli np. wpływanie na decyzje walnych zgromadzeń w spółkach giełdowych, obsadzanie stanowisk w radach nadzorczych i zarządach. Połowa ze 148 mld zł to potężna część  gospodarki, rozproszona głównie w rzeszy firm notowanych na warszawskiej giełdzie. Zdarza się, że "ulubieńcy" OFE mają w akcjonariatach udział nawet ponad 50 proc. funduszy - dla nich pachnie to przynajmniej częściową nacjonalizacją, czasem firm prywatnych od zawsze, a nie kiedyś sprywatyzowanych.

Z tej perspektywy, biorąc pod uwagę przewidywaną proporcję 50/50 w wyborze IKE/ZUS, to zasadnicza zmiana na niekorzyść modelu gospodarczego opartego o własność prywatną, bo państwo za jednym zamachem położy rękę na ogromnym majątku: tym większym, im więcej osób zdecyduje się na ZUS. I o to, tak naprawdę będzie się toczyć gra: ile państwa w gospodarce.

Biorąc pod uwagę trzy dekady transformacji gospodarczej można odwołać się do... filozofii i tzw. triady heglowskiej: w której mamy kolejno tezę, potem antytezę, a finałem - synteza. Odkupowanie sprywatyzowanych wcześniej firm lub nacjonalizacja "prywatnych od zawsze" jest typową antytezą paradygmatu gospodarki opartej o własność prywatną, który dominował przez 25 lat, a jego symbolem (w tym wypadku heglowskiej "tezy") był Program Powszechnej Prywatyzacji, kiedy w ramach Narodowych Funduszy Inwestycyjnych sprywatyzowano hurtowo ponad pół tysiąca firm. Choć niestety, sam PPP nie spełnił gospodarczych oczekiwań, a w odbiorze społecznym przyniósł wiele szkód dla idei prywatyzacji.

Można pokusić się o wniosek, że likwidacja OFE będzie "antytezą" dla wprowadzenia przed wielu laty PPP. Tym większą, im więcej osób wybierze ZUS, a nie IKE, bo proporcjonalnie przełoży się na skalę nacjonalizacji prywatnego majątku. Otwarte pozostaje jeszcze pytanie: jaka będzie heglowska "synteza", która powinna przyjść po prywatyzacji (teza) i nacjonalizacji (antyteza)...

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie

***

Już teraz rozlicz swój PIT - nie czekaj do ostatniej chwili

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »