"Spór zbiorowy" to pojęcie z dziedziny prawa pracy, które oznacza, że mamy w Biedronce do czynienia z realnym konfliktem pracowniczym. Do sporu takiego dochodzi, gdy przestają wystarczać normalne kanały rozmowy na temat warunków pracy w przedsiębiorstwie. A konkretnie, gdy pracodawca odrzuca postulaty tzw. strony społecznej, czyli zorganizowanych w związku zawodowym pracowników. To jeszcze nie jest ani pogotowie strajkowe, ani oficjalna akcja protestacyjna. Ale to już jest wejście na ścieżkę, która - jeśli do porozumienia nie dojdzie - może do takiego strajku doprowadzić. Zobaczymy.
Spór zbiorowy w Biedronce. Dziesięć postulatów "Solidarności"
Na razie reprezentująca pracowników popularnej "Biedry" Międzyzakładowa "Solidarność" przedstawiła pracodawcy dziesięć dużych postulatów. Patrząc na nie dostajemy dość dobry - i zdecydowanie panoramiczny dla całej branży handlu wielkopowierzchniowego - zestaw pracowniczych bolączek.
Pierwszym tematem są oczywiście płace. "Solidarność" domaga się podwyżek na poziomie tysiąca złotych brutto dla wszystkich pracowników sieci. Przy tej okazji warto wyjaśnić, że percepcja poziomu płac na przysłowiowej "kasie w Biedronce" została w ostatnich latach mocno zaciemniona. A właściwie zawyżona. Powstało nawet przekonanie, że ów kasjer zarabia już znacznie lepiej niż wielu różnych pracowników innych sektorów. Na przykład tych pracujących w szeroko rozumianej budżetówce. Przyczyniły się do tego z jednej strony mocne podwyżki płacy minimalnej z lat 2015-2023 - najniższe dopuszczalne wynagrodzenie w gospodarce narodowej urosło w tym czasie nominalnie o jakieś 100 procent, więc i siłą rzeczy płace większości pracowników sektora handlu szły stale w górę, bo w tej branży 80 procent zatrudnionych zarabia właśnie w okolicach tej stawki.
Z drugiej strony wiele sieci handlowych zaczęło celowo chwalić się tymi podwyżkami w celach PR-owych. Nagminna stała się więc praktyka zawyżania widełek płacowych na przykład w ogłoszeniach o pracę. I tak na przykład w Biedronce - jak donoszą pracownicy - w takich ofertach wynagrodzenie sprzedawcy bywa wyższe nawet więcej o jedną czwartą, niż jest w rzeczywistości. Dzieje się tak dlatego, że pracodawca wlicza do niego różnego typu dodatki i nagrody, które albo są uznaniowe, albo wymagają pracy dłuższej niż ustawowe osiem godzin dziennie. Efekt jest taki, że opinia publiczna jest przekonana, że w dyskontach codziennością są zarobki na poziomie nawet 6000 zł brutto. Podczas gdy w rzeczywistości zdecydowana większość kasjerów wyciąga raczej 4800 brutto. Czyli jakieś 4 tysiące na rękę. Ledwie kilkanaście złotych więcej niż goła płaca minimalna. A więc bez szału.
Przeciążenie obowiązkami. Bardziej palący problem niż płace?
Ale to nie jest tak, że polskim pracownikom branży handlowej chodzi tylko o płace. Kto wie, czy nie bardziej palącym problemem jest dziś przeciążenie obowiązkami. Każdy, kto regularnie kupuje w sklepie wielkopowierzchniowym w Polsce, wie doskonale, że pracowników na zmianie jest w nim jak na lekarstwo. Klienci odczuwają skutki takiego stanu rzeczy, stojąc w długich kolejkach do kas, albo obserwując ze zniecierpliwieniem, jak w przypadku jakiegokolwiek problemu przy kasie samoobsługowej trzeba do niej wezwać kasjera ze stanowiska zwykłego. Pracownik ów musi więc porzucić czekających tam klientów i ratować sytuację osobistą interwencję.
To widzą wszyscy. Czego klient oczywiście nie widzi, to cały "backstage" dyskontu, gdzie kasjer bardzo często zmuszany jest jeszcze do rozładunku towaru. Po jego stronie jest też posprzątanie i zamknięcie sklepu w ramach przygotowania do dnia następnego. Tu działające w Polsce sieci handlowe od lat prowadzą politykę stałej "racjonalizacji" zatrudnienia. Która kończy się tym, że obowiązki przypadające kiedyś na trzy osoby, dziś wykonuje jedna. Dlatego też we wszystkich sporach zbiorowych w polskim handlu - tak jak i w tym trwających sporze w Jeronimo Martins - postulat zwiększenia zatrudnienia W KAŻDYM SKLEPIE należy do najważniejszych.
Pracownicy podnoszą też kwestię godzin pracy sklepów. W Polsce klient przyzwyczaił się do tego, że duże placówki handlowe czynne są bardzo długo. Bywa, że i do 22 albo 23. Następnego dnia otwierają się zaś bardzo wcześnie. W sytuacji gdy na sklep przypada zaledwie kilka osób, to oznacza w praktyce, że ich godziny pracy bardzo się rozciągają. Zbyt małe zatrudnienie sprawia zaś, że zespół nie jest w stanie rotować w ten sposób, by zapewnić wynikające z przepisów prawo do nieprzerwanego odpoczynku od pracy. Ten problem sieci załatwiają bonusami za dłuższą pracę. Ale na dłuższą metę taki model prowadzi oczywiście do wynaturzeń i przeciążenia pracą. Pracodawcy krytykę tę ucinają często argumentem, że "godziny pracy placówek" nie powinny być tematem negocjacji ze związkami zawodowymi. Takie podejście nie sprawia jednak, że problem znika. Wręcz przeciwnie.
Zestaw problemów podobny w innych sieciach. Co z pracownikami Stokrotki i Dino?
Akurat w przypadku Biedronki kolejna faza rozmów związków z pracodawcą została zaplanowana na koniec tego tygodnia. Zobaczymy, co przyniosą. Biegowi zdarzeń przypatrują się oczywiście pracownicy innych sieci handlowych. Nie jest bowiem tajemnicą, że w większości z nich zestaw problemów jest bardzo podobny. Ostatnio podobne postulaty zgłaszali publicznie pracownicy sieci Stokrotka. Swoją listę żalów przedstawili też publicznie pracownicy należącej do kapitału polskiego sieci Dino.
Z drugiej strony wielu pracodawców próbuje przechytrzyć system i stawia na… decentralizację poprzez model franczyzowy. Oznacza to w praktyce tyle, że sklepy należące do większych sieci zostają przekazane "niezależnym podmiotom" właśnie w ramach umów franczyzowych. W efekcie duzi gracze umywają ręce za organizację pracy i płac. Wskazując, że jest to punktowy problem konkretnych podmiotów gospodarczych - często pojedynczych przedsiębiorców - a nie całej dużej sieci. Jeżeli ten model - obecny na razie w mniejszym handlu i drobnych usługach - miałby się spopularyzować na dyskonty, to walka o prawa pracownicze stanie się jeszcze bardziej utrudniona.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji














