Reklama

Analiza Interii. Banki, czyli między młotem a hejtem

Przez lata całe mówiło się o bankach, że to hazardziści. Bo uprawiają hazard moralny. Aż w końcu do blackjacka z bankami usiedli inni. Z jednej strony - państwo, a z drugiej - klienci. Zastanawiają się - ile z banków można wyciągnąć pieniędzy i jak to zrobić. Banki znalazły się w kleszczach między młotem a hejtem - mówią ekonomiści.

- Banki są traktowane jak dojna krowa - powiedział podczas zdalnej dyskusji w Klubie Odpowiedzialnych Finansów Krzysztof Jajuga, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.

Wyższe kapitały, nowe podatki

Reklama

Tak do banków często podchodzi państwo. Przypomnijmy najpierw parę faktów. Wielki globalny kryzys finansowy sprzed nieco ponad dekady przebiegał tak dramatycznie między innymi dlatego, że banki miały za mało kapitału, żeby pokryć nimi straty. Dlatego po kryzysie bankom nakazano kapitały podnosić, co oczywiście zmniejszyło ich rentowność.

Takie decyzje miały ukrócić hazard moralny, jaki uprawiały banki. Myślały sobie tak: im mniej kapitału, tym mamy wyższą rentowność i tym lepiej zarabiamy w dobrych czasach. A kiedy przyjdą złe czasy - ostatecznie uratują nas podatnicy. 

I bardzo dobrze, ale w niektórych państwach - jak w Polsce - oprócz obciążeń związanych z koniecznością "odkładania" kapitału na złe czasy, banki zostały obciążone dodatkowym podatkiem. Państwo powiedziało: "double down" i banki rocznie płacą dodatkowo 4 mld zł. Ale tymczasem otoczenie znowu się zmieniło. O ile jeszcze na początku tego wieku zwrot z kapitału najlepiej radzących sobie banków w Polsce przekraczał nawet 20 proc., teraz w przypadku wielu z nich jest to pięć, a nawet 10 razy mniej.    

Kłopot polega na tym, że pieniądze w bankach nie należą do banków, czy też jakichś opasłych bankierów, jak z radzieckich karykatur z lat 20. zeszłego wieku. To głównie oszczędności Kowalskich, Blacków i Schmidtów. Obciążając banki do przesady moralny hazard zaczęło uprawiać państwo.  

Politycy nie raz podbijali stawkę w blackjacka

Na przykład w czasach, gdy nadzór uważał, że kredyty frankowe mogą banki i ich klientów wpędzić w nie lada kłopoty, nie tylko nie zakazali ich udzielania, ale wręcz do nich zachęcali. Dziś, kiedy widać jak te kredyty były ryzykowne, a między bankami i klientami jest coraz więcej sądowych sporów, klasa polityczna nie potrafi już od lat znaleźć rozwiązania.

- Zobaczmy ilu parlamentarzystów miało kredyty frankowe. Osobiście byli zaangażowani w spór i tworzyli reguły. To nie przynosi dobrych rezultatów - mówił Krzysztof Borysowski, prezes spółki windykacyjnej BEST.

Co więcej, zdarzają się regulacje sektora finansowego, które do moralnego hazardu zachęcają konsumentów. Tuż po wybuchu poprzedniego wielkiego kryzysu w Unii i wielu innych krajach wprowadzono zasadę gwarancji depozytów detalicznych do 100 tys. euro. O co chodziło? Kilka miesięcy wcześniej w Wielkiej Brytanii przed oddziałami sporego banku Northern Rock ustawiały się kolejki ludzi, którzy chcieli wypłacić swoje pieniądze, póki są jeszcze w banku, póki nie przepadną.

To był klasyczny run na bank, jakiego od lat w Europie nie widziano. Gwarancje wprowadzono po to, żeby sytuacja się już nie powtórzyła w innych krajach i w innych bankach. A wiadomo było wtedy, że wiele banków już się chwieje. Ale konsekwencje gwarancji depozytów mają tez inne oblicze.

Bo można powiedzieć - fantastycznie - dzięki gwarancjom pieniądze ciułaczy w bankach są bezpieczne. Z drugiej strony jednak wiadomo, że żadne państwo nie byłoby w stanie depozytów wypłacić, gdyby zdarzyła się wielka katastrofa całego systemu bankowego. W samych polskich bankach jest ok. bilion złotych depozytów gospodarstw domowych.

Decyzja o podniesieniu gwarancji do 100 tys. euro została podjęta, kiedy w wielu krajach Europy nie było, lub były w powijakach systemy gwarantowania depozytów. To przykład moralnego hazardu - mówimy, że gwarantujemy, kiedy jest pewne jak w banku, że nie możemy zagwarantować. Ostatecznie depozyty w bankach gwarantuje państwo, a więc w efekcie gwarancji dla obywateli, którzy trzymają w nich pieniądze, udzielają ci sami obywatele.

Jedna zagrywka pociąga za sobą kolejną

Skoro mamy gwarancję, że państwo w końcu  wypłaci pieniądze nawet gdy bank upadnie, i to wypłaci z odsetkami, to trzeba je zanieść tam, gdzie oprocentowanie jest najwyższe. A oprocentowanie najwyższe dają często te banki, które mają największe kłopoty.

- To pozwoliło instytucjom o słabej reputacji na tym rynku harcować - mówił podczas debaty Krzysztof Borysowski.

Przykłady? Nie trzeba szukać daleko. Jeszcze kilka lat temu oprocentowaniem depozytów przebijały wszystkich SKOK-i, które dawały po 5 proc., gdy gdzie indziej o 3 proc. trudno było nawet marzyć. Potem SKOK-i padały, a depozyty ludziom musiały oddawać banki, które wyłożyły w sumie na to kilka miliardów złotych. Gdyby nie publiczne gwarancje, sami klienci musieliby uważnie przyglądać się bankom, i zastanawiać co w którym piszczy.

- Regulacja dotycząca ochrony depozytów spowodowała (...) że dla większości klientów nie ma znaczenia gdzie są zdeponowane ich pieniądze. W ten sposób głosują za instytucjami, które nie zawsze chcą przestrzegać tych samych reguł. Gwarancje eliminują podstawy racjonalności w decyzjach depozytowych - powiedział Krzysztof Borysowski.

Ludzie nie lubią banków i dlatego hejt na nie pada na podatny grunt. Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej tłumaczy, że jednym z powodów hejtu jest odmowa kredytu. Banki muszą dokonywać oceny zdolności kredytowej osoby, która chce pieniądze pożyczyć, bo musi mieć wysoką pewność, że kredyt zostanie spłacony.

- Odmowa kredytu przez bank powoduje hejt - mówił Mariusz Cholewa.

- Im banki będą w stanie lepiej ocenić klienta, tym dla banku lepiej i dla klienta lepiej.

Klient powinien być dobrze poinformowany, jakie dane są zbierane na jego temat, ale im więcej danych, tym lepiej - dodał.

I mówi, że po wybuchu obecnego kryzysu, kiedy można było uzyskać "wakacje" kredytowe i zawiesić spłaty kredytu na pół roku pewna grupa klientów występowała o takie moratorium, a równocześnie wnioskowali o nowe kredyty.

Ucieczka do przodu?

Marek Wierzbowski, profesor prawa na UW zwraca uwagę, że moralny hazard, jaki część klientów uprawia wobec banków nakłada się na brak edukacji finansowej i brak zrozumienia dla reguł, w jakich działa system bankowy. Ale tę sytuację pogłębiają regulacje, które nie wprowadzają równowagi w relacji bank-klient, ale zaburzają ją, zwalniając klienta z odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

- Przeraża mnie nastawienie sfer rządowych do relacji konsument - bank (...) Potem zjawią się prawnicy, którzy nakręcają konflikty (...) Pogarszająca się sytuacja banków może zapukać do nas wszystkich - przestrzega Marek Wierzbowski.

Krzysztof Jajuga uważa, że banki mają szansę na ucieczkę do przodu by wydostać się z sytuacji, w której klienci masowo występują z pozwami przeciwko nim, co może pogrążyć wiele instytucji. Lekarstwem - jego zdaniem - byłoby budowanie trwałych i przejrzystych relacji z klientami. Sam dodaje jednak, że bankowość relacyjna jest bardzo droga, a teraz dostępna jest jedynie najbogatszym klientom, na których banki dobrze zarabiają. Polskich banków, które gwałtownie tracą zyski, na zbudowanie bankowości relacyjnej prawdopodobnie już nie będzie stać.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: bankowość | oszczędności | konto bankowe | kredyt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »