Reklama

Banki chciałyby nowej propozycji dla frankowiczów

Nie za bardzo jest szansa na masowe ugody banków z frankowiczami i na to, że orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie kredytów walutowych będzie salomonowe. Ale pojawia się pomysł na nową propozycję dla frankowiczów. Bankowcy mówią - podzielmy straty wynikające ze wzrostu kursu frankach na trzy części. Jedną bierze na siebie bank, drugą - kredytobiorca, a trzecią... To niestety to jest problem. Bo trzecią miałoby wziąć państwo.

- Trzeba usiąść do stołu i stworzyć ekosystem do zawarcia ugody strategicznej miedzy bankami, kredytobiorcami a państwem. Bierzmy na siebie jedną trzecią strat, państwo też. I dzięki temu mamy stabilną perspektywę - powiedział podczas ostatniego seminarium ośrodka badawczego CASE i mBanku prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz.

Na czym polega problem z kredytami we frankach?

Reklama

Na tym, że kredyty zaciągane były w czasie, gdy złoty był znacznie mocniejszy niż obecnie. W lipcu 2008 roku za franka płacono nawet niespełna 2 zł, a gdy doliczyć bankowy spread, kredyt zaciągany był po kursie niewiele wyższym od 2 zł. Teraz frank kosztuje ponad dwa razy więcej.

Wzrost kursu franka spowodował, że wzrosły raty spłacane w złotych, ale zwiększył się też kapitał pozostały do spłacenia. W przypadku sztandarowej sprawy państwa Dziubaków, na korzyść których orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, po spłacie 240 tys. zł z kredytu na 400 tys. zł na 40 lat, do spłaty pozostało im 500 tys. zł.

Gdyby nie było wielkiego globalnego kryzysu finansowego być może nie byłoby kłopotu. Ale kryzysy burzą strategie carry trade stosowane powszechnie przez globalnych graczy na rynkach finansowych w ostatniej dekadzie XX i w pierwszej XXI wieku. Na czym one polegały? W uproszczeniu - pożyczać tam, gdzie pieniądz jest tani (stopy procentowe są niskie) i odpożyczaj tam, gdzie pieniądz jest drogi (są wyższe stopy). W ten sposób banki na całym świecie pożyczały jena i franka i udzielały kredytów w dolarze, euro, a nawet w forintach i w złotych. 

Kto na tym - ryzykownej grze na rynkach finansowych, na jaką mogą sobie pozwolić wytrawni profesjonaliści - zarobił, już dawno zarobił. Nie ma sposobu na to, jak zyski wyciągnąć mu z gardła. Można byłoby co prawda policzyć kto i ile zarobił na przykładowym kredycie w przykładowych warunkach finansowania banku, ale to żmudna robota. Różnica jest taka, że profesjonaliści korzystali przy takiej ryzykownej grze z zabezpieczeń. Biorący kredyty we frankach klienci tych zabezpieczeń nie mieli.   

Straty do pozamiatania 

Większość dotychczasowych propozycji rozwiązania problemu kredytów we frankach przewidywała podział tych strat pomiędzy bank a kredytobiorcę, bo w obecnej sytuacji to kredytobiorca w całości ponosi ryzyko kursowe, podczas gdy bank wciąż je zabezpiecza, co oczywiście też jest jego kosztem. Problem polegał zasadniczo na tym - w jaki sposób podzielić straty, żeby frankowicze byli zadowoleni, a banki nie upadły z ich powodu. 

Sprawa nabrzmiała zwłaszcza od stycznia 2015 roku, kiedy bank centralny Szwajcarii przestał bronić kursu franka i pozwolił mu się umocnić. Bo wcześniej - jak wyliczali bankowcy - ktoś kto zaciągnął w 2007 roku przeciętny kredyt we frankach był o 20 tys. zł do przodu w porównaniu do tego, kto wziął podobny kredyt w złotych.  

Dlaczego - jak argumentuje wielu bankowców - do podziału strat miałoby dołączyć państwo, a to znaczy wszyscy podatnicy? Bo państwo sprzyjało osłabieniu złotego - twierdzą. Było tak od wybuchu wielkiego globalnego kryzysu finansowego z lat 2007-9. Czemu państwu zależało na słabym złotym? Żeby wspomagać konkurencyjność polskiego eksportu. I taką politykę prowadzi do dziś, czego przykładem są niedawne interwencje NBP na rynku walutowym. Dodajmy, że skutek polityki "słabego złotego" jest taki, iż w ciągu minionych 10 lat frank szwajcarski umocnił się do euro o ok. 18 proc., podczas gdy do złotego - około dwukrotnie więcej. 

- Liczyliśmy na wejście do strefy euro - mówił Krzysztof Pietraszkiewicz.    

Dlatego bankowcy uważają, że dyskusja nad tym czy państwo powinno wziąć na siebie część strat powinna zostać ponownie otwarta? Bo kłopoty frankowiczów to także - w pewnym stopniu - skutek polityki państwa. 

- Jeśli chodzi o kurs franka do złotego mieliśmy do czynienia ze stratami katastroficznymi.

Nie może być tak, żeby koszty ryzyka poniosła jedna strona. Państwo nie jest tu absolutnie bez winy. Instytucje publiczne charakteryzują się bezczynnością albo prawie bezczynnością, gdy mamy do czynienia ze stratami katastroficznymi i strona publiczna nie może być bezczynna. Sprawiedliwe podejście jest takie, żeby tymi kosztami się podzielić - powiedział podczas seminarium Leszek Pawłowicz, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej.

Krzysztof Pietraszkiewicz nie przedstawił jednak szczegółów jeśli chodzi o zaproponowaną zasadę "podziału" strat na trzy części.    

- W przypadku kredytów frankowych jest próba wytupania pewnych rozwiązań - powiedział. 

Możliwość zawarcia przez banki ugód z frankowiczami, zgodnie z propozycją przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego z grudnia zeszłego roku, czyli przy założeniu przewalutowania "od udzielenia" kredytu we frankach na złote jest mało prawdopodobna. Dlaczego? Bo nikt nie zagwarantuje trwałości takich ugód. 

Może się okazać, że po pandemii nastąpi faktycznie dynamicznie ożywienie gospodarcze i kapitał z "bezpiecznych przystani" jak frank czy jen popłynie tak wartko na rynki wschodzące, jak to bywało w przeszłości, choćby przed wielkim kryzysem finansowym. Wtedy złoty umocni się i nawet interwencje NBP niewiele pomogą.    

Jeśli ożywienie gospodarcze będzie szybkie i wyraźne, to nie ma co się w takiej sytuacji łudzić, że obędzie się bez inflacji. Wtedy nawet NBP nie będzie mógł utrzymywać stóp procentowych "blisko zera" w nieskończoność. Podwyżki stóp to wyższe raty za kredyty przewalutowane na złote. Do tego może dojść dopiero za kilka lat, ale kredyty będą spłacane znacznie dłużej, nawet po kilkanaście lat. I w jednym i w drugim przypadku frankowicze mogą powiedzieć - znowu nas oszukano. I podważać ugody. Banki wkopałyby się w kolejne ryzyko. 

Oczekiwanie na Sąd Najwyższy

Mało kto liczy też na to, że rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego wyjaśni sytuację. SN przełożył już posiedzenie Izby Cywilnej z 25 marca na 13 kwietnia. "Dziennik Gazeta Prawna" napisał wręcz, że orzeczenie w pełnym składzie może w ogóle nie będzie możliwe, gdyż wątpliwości budzi status kilku sędziów powołanych przez nową Krajową Radę Sądownictwa. Według tych informacji "starzy sędziowie" mogą nie chcieć wraz z nimi orzekać. 

Podstawowe pytania zadane przez Pierwszą Prezes SN odnoszą się do tego, czy jeśli umowa zawiera niedozwolony zapis dotyczący ustalania kursu walutowego, to można określić kurs waluty w jakiś inny sposób. A jeśli nie, to czy umowa jest wiążąca w pozostałym zakresie, czy też nie. 

Od tych odpowiedzi zależą potencjalne zyski lub straty kredytobiorców, jak też straty banków. Gdyby z orzeczenia wynikało, że bank powinien zwrócić klientowi spłacone raty, a klient nie musi zwracać kapitału i odsetek bo roszczenia banku są przedawnione, straty kilku banków "frankowych" mogłyby sięgnąć 211-234 mld zł. Mogłyby więc być nawet większe niż kapitały całego polskiego sektora. 

- Myślę, że zbiorowa mądrość sędziów doprowadzi szybciej do katastrofy - powiedział Leszek Pawłowicz. 

Ale odpowiedź na pytania Pierwszej Prezes znajduje się w zasadzie już w orzeczeniu TSUE w sprawie państwa Dziubaków. Bo Trybunał wypowiedział się, że gdy w umowie jest klauzula abuzywna sąd może unieważnić tę umowę. Ale to nie znaczy wcale, że jeden niedozwolony zapis oznacza automatycznie unieważnienie każdej umowy w całości. A tak właśnie - automatycznie - orzekają często sądy. 

Po drugie TSUE powiedział, że niedozwolony zapis można zastąpić odpowiednim przepisem prawa ogólnego. To znaczy, że jeśli nawet w prawie nie ma teraz takich przepisów, mogłyby one zostać uchwalone. To oczywiście wyzwanie dla ustawodawcy, ale też dla innych instytucji publicznych, by oddać sprawiedliwość tam, gdzie rzeczywiście umowy naruszały prawo, ale znaleźć rozwiązania dopuszczalne z punktu widzenia stabilności systemu finansowego. Głos w tej sprawie powinny zabrać przede wszystkim instytucje za to odpowiedzialne, jak NBP, KNF, Ministerstwo Finansów i Bankowy Fundusz Gwarancyjny, tworzące sieć bezpieczeństwa finansowego. 

- Instytucje sieci bezpieczeństwa finansowego mało co robią, albo nic - mówił Leszek Pawłowicz. 

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz!

Tymczasem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta wskazywał w umowach wielokrotnie niedozwolone zapisy, ale bez jakiejkolwiek sugestii, jak je naprawić. W ten sposób rola państwa przypomina rozsierdzonego nauczyciela biegającego z linijką po klasie i dającego "po łapach". Nie do tego powinna się sprowadzać. 

- Żyjemy w dżungli klauzul abuzywnych i od dwunastu lat prosimy, żeby opisać mechanizm klauzul modyfikujących - powiedział Krzysztof Pietraszkiewicz. 

Jacek Ramotowski

CHF/PLN

4,1261 -0,0056 -0,14% akt.: 21.04.2021, 20:50
  • Kurs kupna 4,1241
  • Kurs sprzedaży 4,1281
  • Max 4,1371
  • Min 4,1270
  • Kurs średni 4,1261
  • Kurs odniesienia 4,1317
Zobacz również: USD/GBP SEK/PLN NZD/PLN
Dowiedz się więcej na temat: bank | kredyty walutowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »