Trzeba się liczyć z tym, że wstępne dane, które publikuje GUS, mogą podlegać jeszcze korekcie: tak w górę, jak i w dół. W przypadku inflacji za sierpień, niezależnie od tego czy to problem niedoszacowania czy zaokrągleń, ceny w Polsce rosną najszybciej od czerwca 2001 r. Od 5 miesięcy inflacja kształtuje się powyżej górnej granicy odchyleń od celu inflacyjnego NBP.
Opublikowane dane GUS, w porównaniu do wcześniejszego szybkiego szacunku są ważne nie dlatego, że wskaźnik cen wzrósł z 5,4 do 5,5 proc. Przede wszystkim dostarczają one sporo informacji odnośnie do tego, co i w jakim tempie drożeje. Źródeł tego jest sporo: wyższe ceny mięsa, pieczywa, tłuszczy, usług telekomunikacyjnych, warzyw. Do tego wzrost cen paliw i energii. W dużym uogólnieniu: ceny usług rosły w tempie 6,6 proc., a towarów - 5,1 proc. w ujęciu rocznym.
Inflacja nie odpuszcza
- Rewizja odczytu w górę przez GUS dodatkowo podbija ścieżkę inflacji na ten i przyszły rok. Dane wskazują na to, że RPP powinna zacząć działać. Nie ma na co czekać - mówi Interii Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.
Niewykluczone, że jeszcze w tym roku wskaźnik CPI przekroczy 6 proc. - Jest takie ryzyko w grudniu. Mamy niską bazę z końca 2020 r., co powoduje, że inflacja na koniec roku podskoczy. Naprawdę jesteśmy tych 6 proc. blisko. A nie wiemy, co po drodze się jeszcze wydarzy - zauważa Kurtek, która sama jak na razie prognozuje 5,7 proc. w grudniu. - Nie pierwszy raz inflacja zaskakuje nas w górę. Odczyty są wyższe od prognoz - dodaje.
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej zauważa, że dzisiejsze dane to wzmocnienie zaskoczenia, które wywołał szybki szacunek GUS z końca sierpnia. Podkreśla też, że wpływ na jeszcze wyższy odczyt inflacji miał splot niekorzystnych przyczyn. - Drożeją koszty wykonania mnóstwa rzeczy. Widzimy wzrost cen energii, paliw i to nie tylko w naszych rachunkach, ale analogiczne podwyżki, a nawet większe, notują przedsiębiorcy. Dla nich ceny energii rośną dużo szybciej niż dla konsumentów i widać to w kosztach wytwarzania - mówi ekonomista. Wskazuje również na niższy niż we wcześniejszych latach sezonowy spadek cen żywności.
- Może się okazać, że na koniec roku będziemy blisko 6 proc. Z moich prognoz wychodzi 5,7 proc. i mam nadzieję, że od tego poziomu zacznie się inflacja już zmniejszać. Część czynników, które teraz ją podbijają będzie ustępować - ocenia Soroczyński.
Wysoko też w 2022 r.
Powodów wzrostu cen jest jednak sporo. To ceny paliw, które ponownie zaczynają rosnąć i zbliżają się do szczytów z lipca. Do tego - zauważa Kurtek - kolejne, zapowiadane podwyżki energii, ciepła, gazu. - Nie widzę w tym momencie szans na to, żeby inflacja nam wyhamowała - podkreśla główna ekonomistka Banku Pocztowego.
W rozmowie z Interią Kurtek prognozuje, że w 2022 r. ścieżka inflacji również będzie wyższa. Będzie nie tylko wyższy punkt startowy, ale też brak wyhamowania wzrostu cen w segmencie tych regulowanych, jak energia czy śmieci. - Do tego dochodzi zapowiedź podniesienia płacy minimalnej o ponad 7 proc., co też przełoży się na wzrost cen, głównie usług. Niemal przesądzone jest, że z ponad 5-proc. inflacją wejdziemy w 2022 r. Potem na zasadzie efektu bazy może się ona obniżyć, ale nie zejdziemy poniżej 3,5 proc. na koniec 2022 r. To i tak jest scenariusz optymistyczny. Średniorocznie będziemy powyżej 4 proc. - tłumaczy Kurtek.
- W 2022 r. inflacja średniorocznie wyniesie 4,1 proc. W tym roku będzie to 4,6 proc. Na koniec przyszłego roku możemy powoli schodzić w stronę górnych widełek celu inflacyjnego. O ile nic się nie wydarzy - ocenia z kolei Soroczyński. Stawia on jeszcze jedno pytani: Czy nie zaczniemy wkrótce widzieć inflacji wywołanej wzrostem popytu. - On rośnie, bo wychodzimy z pandemii i jesteśmy bardziej śmiali w wydatkach. Ale ze względu na realne ujemne oprocentowanie część Polaków może jednak dojść do przekonania, że nie warto trzymać oszczędności. Wtedy okaże się, że nie tylko koszty wytwarzania, ale i wysoki popyt będą wpływać na wzrost cen - mówi Soroczyński.
RPP nie powinna czekać
Co można z tym zrobić? - Większość ekonomistów uważa, że stopy proc. powinny zostać podniesione. Nikt nie mówi, że ma to być od razu podwyżka o 100 pkt bazowych, ale 15 czy 25 pkt bazowych na początek. Byłby to sygnał, a stopniowe rozłożenie podwyżek w czasie nie byłoby szokiem dla gospodarki - prognozuje Kurtek.
Zwraca też uwagę, że NBP nie może mówić, że nie jest w stanie walczyć z inflacją. Nie ma przecież innej instytucji, która miałaby takie kompetencje. Dodaje też, że "oczywiście sytuacja jest skomplikowana", a same przyczyny wzrostu niejednolite, ale na część z nich RPP mogłaby zareagować.
- Sytuacje jest złożona. Czynniki podażowe - brak towarów, opóźnienia w dostawach i pandemia, która w różnych krajach się rozsynchronizowała pod względem przechodzonych fal, będą w kolejnym roku odgrywać jeszcze kluczową rolę. To jest czynnik, który nie wygaśnie - mówi Kurtek.
Na problemy podażowe NBP wpływu nie ma. Jeśli drożeje energia, rosną ceny paliw, to dochodzi do przyśpieszenia efektów drugiej rundy - trend wzrostowy zaczyna się rozlewać po całej gospodarce. - Jeśli drożeją paliwa - zaczynają rosnąć ceny innych towarów. W zasadzie większości, rosną koszty wytwarzania. Na pewne rzeczy RPP ma jednak wpływ. Od kilku miesięcy rosną ceny mieszkań, a w sytuacji, kiedy RPP podniosłaby stopy, doszłoby do ograniczenia liczby udzielanych kredytów hipotecznych, co zahamowałoby wzrost cen mieszkań w jakimś stopniu. Przy mniejszym popycie na mieszkania, możliwe, że ceny niektórych materiałów i usług zaczęłyby spadać. Nie można mówić, że RPP nie ma wpływu na inflację - zauważa Kurtek.
- Nie robiąc nic możemy spowodować, że wymknie się ona spod kontroli - przestrzega ekonomistka i dodaje, że inflacja utrzymująca się na podwyższonym poziomie zwiększa ryzyko, że dojdzie do odkotwiczenia oczekiwań inflacyjnych.
Na ten problem zwraca uwagę też główny ekonomista Banku Millennium Grzegorz Maliszewski, pisząc: "Polacy nie wierzą w szybki spadek inflacji. Odsetek konsumentów spodziewających się szybkiego wzrostu inflacji jest w Polsce piąty najwyższy w UE, a wzrost wobec XII 2019 niemal najwyższy w UE. Ryzyko odkotwiczenia oczekiwań inflacyjnych nie jest wcale takie niskie...".
Dzisiejsze dane - piszą ekonomiści mBanku - raczej nie zmienią jednak nastawienia RPP odnośnie do podwyżek stóp proc. "Wzrosty inflacji traktowane są jako pozostające w dużej mierze poza oddziaływaniem polityki pieniężnej i tak będzie potraktowana również dzisiejsza rewizja (szczególnie, że jej źródłem były ceny nośników energii i żywności)". Biorąc pod uwagę wciąż niejasny przebieg czwartej fali pandemii, szacują oni, że do pierwszej podwyżki mogłoby dojść w I kw. 2022 r.
"Dzisiejsze dane wskazują na znaczące ryzyko w górę dla naszego scenariusza inflacji w 2021 r. (4,4 proc. r/r wobec 3,4 proc. w 2020 r.). Mimo to podtrzymujemy nasz scenariusz, zgodnie z którym RPP nie zmieni stóp procentowych do końca 2022 r., a pierwsza podwyżka stopy referencyjnej nastąpi w styczniu 2023 r." - oceniają z kolei ekonomiści Credit Agricole Bank Polska.
Pytanie jak rozstawić dzisiaj akcenty
Soroczyński zwraca też uwagę na zasadniczą sprawę: czego oczekujemy od władz kierujących polityką monetarną? Jeśli bowiem - zauważa - nie są one w stanie dzisiaj wpływać efektywnie na procesy inflacyjne stopami procentowymi, to pozostaje wciąż inny cel: dbanie o wartość pieniądza. - Jak się ma na sztandarze "dbamy o wartość polskiego pieniądza", to robić to można dwutorowo. Po pierwsze, by złoty nie tracił w stosunku do innych walut. NBP przyjęło strategię, że krajowa waluta ma być słaba i skutecznie ten cel realizuje - mówi Soroczyński. Po drugie, jest to dbanie o wkłady na lokatach i rachunkach oszczędnościowych. - W tym obszarze w ogóle nie widać żadnych działań. Jesteśmy przyzwyczajeni w oparciu o niepisaną umowę społeczną, że oprocentowanie lokat powinno być wyższe niż poziom inflacji. Przy dzisiejszym wzroście cen oznaczałoby to oprocentowanie rzędu ok. 7 proc. Ale skoro stopy proc. NBP są tak nisko, to banki też nie mogą zaproponować wyższego oprocentowania depozytów, nawet jakby chciały, bo nie są w stanie zarobić na to, oferując nisko oprocentowane kredyty - zauważa Soroczyński.
Jeśli NBP chodzi tylko o inflację - kontynuuje główny ekonomista KIG - to może wzruszyć ramionami i powiedzieć, że nie jest w stanie na nią dzisiaj wpływać; ale co z wartością pieniądza? - Ruch na stopach proc. powinien być chociażby po to, żeby ochronić oszczędności - dodaje główny ekonomista KIG. Gdy realnie ujemnie oprocentowane będzie się utrzymywać jeszcze przez jakiś okres, to Polacy mogą ruszą na zakupy. Wtedy inflacja może wystrzelić znacznie bardziej.
Bartosz Bednarz















