Reklama

Koronawirus: Duże zmiany na rynku kredytowym

W pierwszym półroczu Polacy zaciągnęli znacznie mniej kredytów niż rok wcześniej. To oczywiście efekt wybuchu pandemii. Najmocniej ten efekt przełożył się na udzielane kredyty gotówkowe, karty kredytowe i pożyczki pozabankowe. Biuro Informacji Kredytowej spodziewa się dalszego ograniczenia dostępności kredytów.

- Pierwsze sześć miesięcy 2020 roku pod wpływem infekcji wirusa COVID-19, zakończyło się spadkiem sprzedaży wszystkich produktów kredytowych. Z ciężkiej zapaści wychodzić będą karty kredytowe (-41,6 proc.), kredyty gotówkowe (-32,9 proc.) i pożyczki pozabankowe (-35,7 proc.). Mniejszym turbulencjom uległy hipoteki (-0,4 proc.) i kredyty ratalne (-5,5 proc.) - podało Biuro Informacji Kredytowej.

Reklama

Jego eksperci z umiarkowanym optymizmem przewidują sytuację w drugiej części roku i zakładają, że sprzedaż kredytów gotówkowych  wzrośnie o 19 proc. i ratalnych o 35 proc. Jednocześnie zakładają  8-procentowy spadek w kredytach mieszkaniowych, w sumie jednak wszystkie kategorie zobowiązań mogą zakończyć rok 2020 pod kreską w stosunku do 2019 roku.

Jednocześnie należy wziąć pod uwagę, że pierwsze półrocze było niejednolite. BIK zaznacza, że trzeba wyróżnić cztery okresy: miesiące przedpandemiczne (styczeń - luty), częściowo pandemiczne (marzec), pełne miesiące pandemiczne z symetrycznym lockdownem (kwiecień - maj), miesiące częściowo postpandemiczne z asymetrycznym odmrażaniem gospodarki (czerwiec).

Jeśli chodzi o kredyty gotówkowe, to spadki wystąpiły począwszy od tygodnia  9 - 15 marca. Kredyty zaliczyły dołek na kilka tygodni, do końca kwietnia. Odbicie nastąpiło w maju i ten pozytywny trend utrzymał w kolejnym miesiącu. Czerwcowy średni poziom zapytań stanowił już 97 proc. wyniku z 2019 roku.  

W kredytach mieszkaniowych wyhamowanie popytu widoczne było od połowy marca. Pogłębiało się w kolejnych tygodniach aż do dołka utrwalonego od 6 kwietnia do początku maja. Zmiana trendu była zauważalna od tygodnia 4-10 maja, a w kolejnych tygodniach wystąpiła stabilizacja na poziomie 75 proc. liczby zapytań z 2019 roku.

Według BIK, popyt na kredyty mieszkaniowe po głębokiej korekcie odbudował się do poziomu z roku 2019, co może być spowodowane kilkoma czynnikami: chęcią skorzystania z ultraniskich stóp procentowych, ucieczką w nieruchomości przed inflacją oraz traktowaniem nieruchomości jako tej części majątku, która odporna jest na zawirowania rynkowe. Pomimo widocznych już symptomów powrotu do normalności, rozumianego jako systematyczne odmrażanie poszczególnych gałęzi gospodarki i zmniejszanie obostrzeń sanitarnych, trudno przewidywać wielkość i wartość akcji kredytowej w całym 2020 roku. Niepewność odnośnie prognoz wynika z wielu czynników, m.in. z nadal realnej kolejnej fali zachorowań, wyczekującej postawy klientów wstrzymujących konsumpcję z obawy przed utratą zatrudnienia. Niewiadomą jest również zachowanie samych banków, a w konsekwencji dostępność kredytów.

- Ożywienie na rynku kredytów w dużym stopniu zależeć będzie od polityki kredytowej banków, określającej kryteria uzyskania finansowania oraz definiującej poziom apetytu na ryzyko poszczególnych instytucji kredytowych. Naturalnym jest, że banki, w obliczu rosnącego ryzyka, podnoszą wymagania wobec kredytobiorców i są bardziej skłonne do przyznawania finansowania znanym, własnym klientom. Widać to już w poziomie akceptacji wniosków kredytowych w przypadku klientów z wyższą oceną punktową. Jednym słowem, poza zdolnością kredytową, jeszcze większej wagi nabiera dobra historia kredytowa - podkreśla Mariusz Cholewa, prezes BIK.

BIK spodziewa się w drugiej części roku ograniczonej dostępności kredytów gotówkowych, zwłaszcza wysokokwotowych, a także udzielanych osobom pracującym w wolnych zawodach, samozatrudnionym oraz osobom na elastycznych formach zatrudnienia. Banki chętniej będą udzielały finansowania klientom własnym, do których mają zaufanie - osobom o niskim wskaźniku DTI  (relacja zadłużenia do dochodu) oraz o wysokim scoringu. Zmniejszy się również zjawisko konsolidacji i refinansowania kredytów gotówkowych. Zdaniem analityków BIK spodziewać się można, że w 2020 roku banki udzielą kredytów gotówkowych na kwotę 55,2 mld zł - o 23 proc. mniej niż w całym 2019 roku.

W przypadku kredytów mieszkaniowych, na sprzedaż będzie oddziaływała sytuacja na rynku mieszkaniowym - ceny nieruchomości oraz wymagania banków co do wysokości wkładu własnego - regulacyjne zmniejszenie udziału kredytu. Obecnie, z uwagi na ogromną niepewność co do skutków ekonomicznych lockdownu oraz to w jakim układzie gospodarka będzie dochodziła do normalności, banki przyjmują konserwatywną politykę kredytową, którą charakteryzują wyższe wymagania co do kredytobiorców (wyższy scoring, niższy wskaźnik DTI) oraz samej transakcji kredytowej (niższy LtV, wyższy wkład własny). Powoduje to zmniejszenie dostępności kredytu. Ponadto utrudniony dostęp do kredytu będą miały osoby zatrudnione na elastyczne formy zatrudnienia, pracownicy branż najbardziej doświadczonych koronawirusem, czy mikroprzedsiębiorcy działający w tych branżach. Są to branże, w których realizacja usługi wymaga kontaktu międzyludzkiego: gastronomia, hotelarstwo, branża turystyczna, transportowa, linie lotnicze, branża eventowa, branża sportowa, klub fitness, branża usług fryzjerskich i kosmetycznych. Obniżka stóp procentowych nie zwiększy znacząco dostępności kredytu mieszkaniowego w najbliższych miesiącach, tym bardziej, że banki podwyższyły marże kredytowe. Uwzględniając te czynniki, BIK prognozuje łączną wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych w 2020 roku na kwotę 60 mld zł - niższą w porównaniu do 2019 roku o 8 proc.

Rośnie więc ryzyko credit crunch czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu, bo banki boją się wzrostu ryzyka finansowego i spodziewanych strat kredytowych. 

W czwartek Związek Banków Polskich zaapelował o zmiany regulacyjne, które mogłyby zmniejszyć te negatywne efekty, poprzez ograniczenie obecnych obciążeń. Na długiej liście szczegółowych postulatów znalazły się między innymi zaliczenie do kosztu uzyskania przychodów rezerw i odpisów utworzonych na kredyty udzielonych po 15 marca 2020 roku, a także o przeznaczenie 50 proc. pobranego podatku bankowego na zasilenie funduszu przymusowej restrukturyzacji w Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.  

- Sytuacja związana z pandemią wirusa COVID-19 ma wpływ na funkcjonowanie sektora bankowego. Jedną z konsekwencji obecnej sytuacji jest ryzyko nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu (credit crunch). Ograniczenie akcji kredytowej będzie związane ze wzrostem ryzyka finansowego i spodziewanymi przez banki stratami kredytowymi. Zagrożeniem ze strony klientów będą zaburzenia płynności finansowej większości podmiotów gospodarczych i gospodarstw domowych, a zatem ich zdolności do generowania przepływów pieniężnych oraz obsługi zobowiązań - tłumaczy ZBP.

Jak podkreślają reprezentanci branży, postulowane zmiany o charakterze systemowym wymagają poniesienia kosztów niewspółmiernie niższych od skutków credit crunch dla gospodarki, a udzielone w ten sposób wsparcie pozwoli na przynajmniej częściowe zminimalizowanie skutków kryzysu gospodarczego w tych obszarach, których funkcjonowanie jest uzależnione od regulacji wewnętrznych, a nie od sytuacji na rynkach światowych.   ZBP przypomina też, że ze zjawiskiem credit crunch polski sektor bankowy borykał się w drugiej połowie 2008 roku. W rezultacie kredytowanie gospodarstw domowych spadło wówczas o 25 proc., a przedsiębiorstw zmniejszyło się o 33 proc.

Monika Krześniak-Sajewicz

Dowiedz się więcej na temat: kredyt | bank

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »