Reklama

Projekt ustawy dla frankowiczów: Początek (długiej) drogi

No to mamy szczegółową koncepcję przepisów ustawy, która ma być realizacją obietnic wyborczych Pana Prezydenta z kampanii wyborczej. Projekt jest ostrożny, "kompromisowy", szukający niespornych rozwiązań, co oczywiście jest niezbyt realistycznym założeniem: tu wszystko jest "sporne", bo zdemoralizowane wieloletnim sobiepaństwem "instytucje finansowe" (to nie "biznes", ale ważne "instytucje") będą blokować i zwalczać wszystko, co im przeszkadza dobrze zarobić kosztem "swoich" klientach.

Jest to pierwszy w naszej 25-letniej historii projekt ustawy dotyczący banków, którego nie napisały one same lub przez kogoś, kto działa wyłącznie w ich interesie. Dobrze, że już jest dokument, bo mimo opóźnienia, jest (wreszcie) jakaś propozycja przepisów: będzie nad czym pracować. Nie jest to jednak inicjatywa ustawodawcza, ba, nawet nie jest to jeszcze formalny projekt ustawy, tylko zapytanie do KNF, ile to będzie kosztować, czyli, projektodawca z własnej woli stał się zakładnikiem tych, którym zawsze było bliżej do kredytodawców niż kredytobiorców i nie wiadomo czy są (?) zwolennikami tych rozwiązań. Mało to zręczne, ale "za dobrze wiemy, ile można" - cytat z wiersza Jonasza Kofty. Teraz będzie organizowana kampania medialna przedstawiająca ten projekt w najgorszym świetle ("gniot").

Reklama

W projekcie tym widzę ślady zeszłorocznej propozycji, znacznie korzystniejszej dla kredytobiorców, która powstała jeszcze na wiosnę zeszłego roku - był nawet wstępny projekt ustawy. Jego istotą było:

- ustawowe zablokowanie na czas restrukturyzacji dalszego wzrostu długu kredytobiorców z tytułu wzrostu kursu waluty denominującej lub indeksującej kredyt, oczywiście tylko w stosunku do chętnych do przystąpienia do ustawowej restrukturyzacji (tego nie ma w obecnym projekcie) - tzw. notyfikacja umów do procesu restrukturyzacji,

- pośrednie przymuszenie banków do przystąpienia do zawarcia ugód z kredytobiorcami usuwających klauzule denominacyjne lub indeksacyjne, co miałoby się toczyć pod nadzorem UOKiK, który mógłby wydawać decyzje administracyjne usuwające te klauzule,

- wzorcowy podział ciężaru różnicy kursowej będącej wynikiem "przewalutowania", czyli ugód usuwających te klauzule - 70% kosztów ponosił bank, 30% kredytobiorca - wzorcowy, a nie obowiązujący,

- rozłożenie w czasie skutków rozliczenia tej operacji w księgach banków, co łagodziłoby negatywne efekty bilansowe tej operacji, czyli nie byłoby jednorazowych "strat", którymi wciąż straszy się obywateli i władzę.

Założenia, a potem projekt ustawy realizującej powyższą koncepcję powstał w lato zeszłego roku i był wynikiem spontanicznych dyskusji wśród ekspertów (dziękuję za udział), a przede wszystkim kredytobiorców (też dziękuję): moją rolą było tylko spisanie (lepsze czy gorsze) tych pomysłów. Projekt ten, wraz z kilkoma innymi koncepcjami, został na jesieni zeszłego roku przekazany do Kancelarii Prezydenta, a Wielce Szanowny Adresat naszych próśb wskazał go jako kierunek dalszych prac, co było wyjątkowym wyróżnieniem. Wydawałoby się, że sukces jest już blisko i tylko trzeba pracować uczciwie nad szczegółami. Co zaczęło się dziać później? Autorzy innego, jak twierdzą - "bardzo radykalnego" projektu - zaczęli forsować go, zwalczając inne projekty, nawet żądając od Kancelarii Prezydenta, aby tylko ich projekt był przedmiotem obrad, a na koniec nieformalny reprezentant "radykałów" posunął się aż tak daleko, że pisemnie zażądał ... aby wycofano projekt, który znalazł poparcie Prezydenta, co już w głowie się nie mieści. Efekt był taki, że "ich" projekt i wszystkie pozostałe znalazły się w koszu, bo w każdych negocjacjach, zwłaszcza z władzą, trzeba umieć szanować druga stronę, zwłaszcza gdy się nie jest z oczywistych przyczyn równorzędnym partnerem. Te zdarzenia miały miejsce przed trzema miesiącami i gdyby nie ten błąd, sądzę że już o wymiarze "historycznym", być może już dziś byłaby uchwalona ustawa na ten temat i to znacznie korzystniejsza dla kredytobiorców niż obecna, w końcu jest to jeszcze wstępna Koncepcja Kancelarii. Negocjacje to bardzo trudna sztuka, podjął się ich ktoś ufny w swoją pozycję, co z istoty jest błędem, forsując ów "radykalny" projekt, który m.in. nakazał z mocą wsteczną dokonać zmian w umowach, co - oględnie mówiąc - stoi w sprzeczności z przepisami Konstytucji (zasada lex retro non agit): wyjście z obecnego pata musi być w formie ugód (które już są po cichy zawierane), bo pomysł na ustawowe unieważnienie do niczego dobrego nie doprowadzi. Próbowałem, jak widać zupełnie nieskutecznie, przekonać autorom owych "radykalnych" pomysłów, że żaden organ państwa nie przedłoży w Sejmie projektu ustawy, która ma expresis verbis moc wsteczną, a ustawowy nakaz zmiany stosunków umownych (nawet gdy były wadliwe i niesprawiedliwe), będzie budził spory, a nie idzie tu o kolejne niekończące się procesy, na które kredytobiorcy nie mają pieniędzy, lecz rozwiązanie problemu kilkuset tysięcy ludzi. Tworzenie prawa to trudna sztuka. Bardzo. Gdy Głowa Państwa wskazuje kierunek prac, to nie należy żądać, aby wycofano projekt, który był zgodny z Jego poglądami. Bo bez politycznego poparcia tu się nic nie rozwiąże. Banki mają wpływy, a przede wszystkim wielu wybitnych prawników, którzy na wiele lat są w stanie zablokować każdy przepis niekończącymi się procesami, a takimi może się skończyć każdy (nawet najlepszy) projekt ustawy. Czy o to chodzi?

Jak widać miał miejsce podręcznikowy scenariusz klęski negocjacyjnej: trzeba radykałów napuścić na umiarkowanych, dać im wyeliminować konkurencję, a potem odrzucić ich propozycje jako zbyt maksymalistyczne. Frankowicze potrzebują profesjonalnych negocjatorów będą bardzo potrzebni, bo projekt prezydenta będzie zwalczany przez wszystkich polityków opozycyjnych i banki. Gdy go zniszczą, kredytobiorcy nie dostaną nic (o to przecież chodzi).

Teraz straszy się obywateli (i władze) wielkością jakichś "strat", które wywoła projekt Kancelarii Prezydenta. Wyjaśnijmy czym są owe "straty". Składają się one z dwóch elementów:

- przyszłych, nieuzyskanych przez banki przychodów, które chcą osiągnąć w wyniku dalszej deprecjacji złotego i wzrostu nominalnego długów (są to tylko przyszłe, potencjalne przychody),

- części wadliwie uzyskanych kwot w wyniku zastosowania klauzul denominacyjnych i indeksacyjnych, czyli realnego zwrotu pieniędzy, uzyskanych przecież z naruszeniem prawa: pragnę przypomnieć, że "legalizacja" tych klauzul nastąpiła ustawowo dopiero w 2011 roku, w dodatku z mocą wsteczną, a klauzule te mają - co już orzekają sądy - abuzywny charakter. Wtedy jakoś dzisiejsi obrońcy praworządności siedzieli cicho i nie protestowali przeciwko naruszeniu konstytucyjnej zasady nie działania prawa wstecz w stosunku do wcześniej zawartych umów.

Nie ma więc w sensie prawnym żadnych "strat" po stronie banków, tylko zwrot lub brak przyszłości wątpliwych korzyści. A że ponoć to "zagraża stabilności sektora finansowego"? No to pięknie: bez tych pieniędzy - zdaniem autorów tego poglądu - banki upadną, a jedna pani publicznie posunęła się do stwierdzenia, że to jest "likwidacja banków". Wniosek wynikający z tych poglądów jest tylko jeden: ich zdaniem banki zarobiły w tych latach wyłącznie na tych kredytach (30, 40 lub nawet 50 mld zł - tak twierdzą krytycy projektu), a na całej pozostałej działalności nie osiągnęły nic. Bzdury? Oczywiście. Szkoda czasu, ale są i będą chętni aby wkoło powtarzać je.

Na koniec pewna refleksja: skoro banki twierdzą, że były to "kredyty dewizowe", a one miały owe franki, to przyłączę się do pomysłu jednego z posłów: trzeba wreszcie wypłacić wszystkie kredyty te we frankach (do tej pory nikt od was nie dostał żadnej waluty), a kredytobiorcy zwrócą wam złotówki, które im wpłaciliście udzielając ten kredyt: ciekawe jak na tym wyjdziecie?

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Dowiedz się więcej na temat: ustawa frankowa | frankowicze | projektu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »