Reklama

Rafał Woś: Te pieniądze się ludziom należą!

Amerykanie też zrobili sobie własne 500 plus. Siła obu świadczeń polega na tym, że obywatel nikogo o te pieniądze prosić nie musi. One mu się po prostu należą.

"Biden jak Kaczyński". Albo "amerykański 500 plus wchodzi w życie". W minionych dniach wiele było w polskich mediach tego typu nagłówków. I słusznie.

Amerykański program wsparcia finansowego dla rodzin z dziećmi, który ruszył w połowie lipca, faktycznie przypomina polską "pięćsetkę". I to nie tylko na pierwszy rzut oka. Oczywiście jeśli ktoś chce to znajdzie pewne różnice. Choćby to, że w USA z grona beneficjentów programu wyłączono ok. 10 proc. najlepiej sytuowanych gospodarstw domowych. Podczas gdy 500 plus w Polsce jest świadczeniem w pełni powszechnym. Albo to, że administracja Joego Bidena nie głosi celu demograficznego (tak jak to robił u nas początków PiS). Tylko mówi, że skutkiem programu ma być redukcja ubóstwa wśród dzieci. Czyli dokładnie to, co jest faktycznie główną i namacalną zdobyczą 500 plus w Polsce, gdzie tylko w latach 2015-2019 (czyli jeszcze przed rozszerzeniem programu na pierwsze dziecko) ubóstwo wśród najmłodszych spadło o połowę.

Reklama

Te wszystkie różnice nie powinny jednak przesłaniać fundamentalnego podobieństwa. Polega ono na tym, że i 500 plus Kaczyńskiego i 300 plus Bidena są świadczeniem niepowiązanym z obowiązkiem podjęcia pracy przez rodziców. I właśnie na tym polega rewolucyjność obu rozwiązań.

Wcześniej było bowiem tak, że zgodnie z neoliberalnym przeświadczeniem świadczenia państwa dobrobytu muszą być "dobrze zaadresowane". To znaczy beneficjent je otrzyma, ale tylko pod pewnymi warunkami. Tym głównym warunkiem miało być oczywiście właśnie fakt podjęcia pracy. A jak nie ktoś nie pracuje, to znaczy że jest nierobem i mu się świadczenie nie należy. Takie myślenie zatriumfowało i w Polsce i w Ameryce w latach 90. XX wieku. I wbrew pozorom nie było dziełem tylko dawnej prawicy spod znaku Reagana (w USA) czy Balcerowicza (w Polsce). Decydującą rolę we wprowadzaniu takiej warunkowości odegrali politycy liberalni czy nawet lewicowi. W Ameryce administracja Billa Clintona i potem Obamy. W Polsce głównie SLD.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Efekt takiego powiązania świadczeń z obowiązkiem pracy był jednak fatalny. Głównie dlatego, że czynił najsłabiej sytuowanych pracowników niewolnikami pracodawców i urzędników. Pracownik nierzadko musiał przyjąć źle płatną pracę i musiał pracować w trudnych warunkach czy godzinach niemożliwych do pogodzenia z normalnym życiem. "Musiał", bo jeśli tego nie zrobił, to tracił dostęp do świadczeń państwa dobrobytu, a w wielu przypadkach mógł być wręcz napiętnowany i szykanowany przez organy państwa odpowiedzialne za politykę społeczną. W ten sposób wśrod wielu obywateli rosła nieufność wobec państwa. Państwa, co zamiast pomagać zajmuje się kontrolą i stygmatyzacją. Jakimś ponurym XXI wiecznym wcieleniem kafkowskiego "procesu". W którym jak jesteś biedny to jesteś z gruntu podejrzany.

Dopiero takie programy jak 500 plus zaczęły to zmieniać. Są to bowiem świadczenia bezwarunkowe. One się obywatelowi po prostu należą.  Są prawem człowieka i obywatela. A nie pańską łaską od kogokolwiek. Tak obywatele odzyskują utraconą godność. A więc i wolność.

U nas od lat siłą PiS-u jest to, że potrafił te potrzebę zrozumieć. Czy 300 plus Bidena to znak, że wreszcie takie zrozumienie pojawia się po stronie liberałów?

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »