Reklama

Twoje dane jadą na emigrację. Jakie są tego skutki?

Suwerenność musi kosztować i to niemało. Ale niekoniecznie zdecydują o niej w przyszłości najtęższe haubice, czołgi czy nawet F-16. Przesądzą o niej dane - oraz to, gdzie są i kto z nich może korzystać. Zastanawiasz się, gdzie się podziały twoje dane? To znaczy, że myślisz o swojej suwerenności. A może nawet o suwerenności Europy.

Mieszkasz w Polsce? Masz przegrane. Na pocieszenie możesz tylko wiedzieć, że podobnie mają twoi koledzy z Estonii, Bułgarii, Grecji, Hiszpanii czy Belgii. Bez względu na to z jak pięknego kraju w Europie byś nie pochodził, jednego możesz być pewien - twoje dane od dawna nie mieszkają tam, gdzie ty.

Gdzie mieszkają dane?

Reklama

W USA. Bez jakiejkolwiek wizy czy zielonej karty. I - co ważne - nie są tam wcale na wakacjach w Kalifornii lub w Palm Beach. Ciężko pracują, jak robotnicy sezonowi. I to wcale nie na ciebie.

I wcale też nie jest pewne, czy jest im tam z tym dobrze i czy są bezpieczne. Musiałbyś podjąć wiele wysiłku, żeby sprowadzić swoje dane do domu. Właściwie musiałbyś przestać korzystać z wszystkich usług cyfrowych - zlikwidować konto na fejsie, insta i tik-toku, nie twittować, nie smsować przez WhastsAppa, nie korzystać z gmaila i przynajmniej z trzech przeglądarek. Niemożliwe? Oczywiście. Dlatego twoje pracują za oceanem.

Sprawa zaczyna być poważna i trzeba coś z tym zrobić - postanowili szefowie czterech (jak na razie) europejskich państw: kanclerz Niemiec Angela Merkel, premier Danii Mette Frederiksen, estońska premier Kaja Kallas i fińska premier Sanna Marin.

Analizy Internetu pokazują, że obecnie 92 proc. danych obywateli Unii przechowywanych jest w USA. Unia powinna więc przyjąć reguły w jaki sposób udostępnia i kontroluje dane, a zwłaszcza dane swoich obywateli. Szefowie czterech państw napisali list do Komisji Europejskiej, żeby pilnie zajęła się tą sprawą. "Nadszedł czas, aby Europa była suwerenna cyfrowo" - stwierdzili.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Co to takiego suwerenność cyfrowa?

To zdolność do posiadania kontroli nad własnym cyfrowym światem - głównie nad danymi. Ale też nad sprzętem i oprogramowaniem. Sean Fleming na stronach Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) zauważa, że dla polityków w wielu częściach świata staje się ona coraz większym problemem, bo zbyt wielka kontrola oddana została zbyt małej liczbie wielkich technologicznych firm. Hermann Hauser, dyrektor funduszu Amadeus Capital Partners zwraca uwagę na paradoks - "chimera suwerenności narodowej zahipnotyzowała Brytyjczyków i doprowadziła do brexitu", a tymczasem pozostawiła Wielką Brytanię zupełnie niesuwerenną cyfrowo.

Wszystkie wielkie firmy technologiczne, z których usług korzystamy na co dzień pochodzą z USA lub z Chin. Wśród 20 największych marek technologicznych nie ma żadnej europejskiej. Z tym, że giganci technologiczni zbudowali monopole mają zresztą problem ich wylęgarnie - i USA, i Chiny. Te ostatnie rozpoczęły niedawno antymonopolową krucjatę przeciwko własnym technologicznym gigantom.

Ile może kosztować cyfrowa niesuwerenność?

Popatrzmy na ekstremalny przykład. W czasie wojny w Donbasie, która wybuchła w 2014 roku okazało się, że rosyjskie służby specjalne doskonale znały dane wielu ukraińskich żołnierzy. Numery ich komórek, komórek ich rodzin, adresy zamieszkania itp. To dało im znakomitą okazję do szantażu, a nawet fizycznej przemocy wobec bliskich walczących na froncie. Walczysz po stronie Ukrainy? No to wiedz, że twojej żonie, matce, dzieciom może przytrafić się coś złego.

Powie ktoś - nie ma porównania między wojną Rosji z Ukrainą a przyjaźnią Europy z USA. Bo przecież to wujek Sam, nas broni i strzeże, przecież należymy do NATO itd., itp. Zgoda, ale mamy już doskonałe przykłady z czasów prezydentury Donalda Trumpa, że przyjaźni i sojusze mogą w każdej chwili odwrócić się na pięcie. Słowem - lepiej mieć swoje dane u siebie. Tak na wszelki wypadek.

Niektórzy politycy mówią - jeśli Europa nie będzie cyfrowo suwerenna, to w świecie, który już widać za progiem, gdzie konkuruje ze sobą kilka globalnych potęg, małe i podzielone państewka leżące na Starym Kontynencie nie mają najmniejszych szans. A nie powinny sobie pozwolić na to, by być całkowicie uzależnione od Chin, USA czy Rosji, a w przyszłości może nawet od Indii lub Brazylii. Tymczasem właśnie użytkowanie danych i ich analiza to przyszłość gospodarki. Zamiast być zatem polem gry dla globalnych potęg, Europa powinna stać się jednym z pierwszoligowych graczy.

Gdyby sprawa sprowadzała się do nadzoru nad zdjęciami kotków i piesków wrzucanymi na fejsa, być może nie byłoby o co kopii kruszyć. Jednak wymiar gospodarczy kwestii "gdzie są moje dane" jest znacznie głębszy i szerszy. Amerykańscy giganci technologiczni wiedzą o nas więcej niż sami wiemy.

Zastanawiasz się czy kupić drabinę od lokalnego producenta drabin na Mazurach? Ledwo o tym pomyślisz, a Amazon przedstawi ci całą ofertę swoich drabin. Kto zgarnie sprzed nosa marżę, a być może i pracę, producentowi drabin z Mazur? Globalny gigant. I coraz częściej na jego konto będziemy przelewać nasze pieniądze. Problem nie sprowadza się tylko do kupna tej czy innej drabiny. Oprogramowanie firm z USA kontroluje na przykład infrastrukturę płatniczą całego londyńskiego City.

Kuszenie i spowiedź z pragnień

Nawet jeżeli Unia ma dość rozsądne prawo o ochronie danych osobowych (rozporządzenie RODO) to wcale nie zmienia ono skali problemu. Bo dane o obywatelach Unii są pozyskiwane w Unii, niby zgodnie z jej prawem, ale potem gromadzone są zupełnie gdzie indziej. I kontrola nad ich przechowywaniem jest już znacznie bardziej iluzoryczna.

Choć fejsowi, gmailowi, przeglądarkom spowiadamy się na co dzień z naszych doświadczeń i pragnień, zbierają one tylko tyle danych, ile zmieści się na czubku góry lodowej. A co jest pod wodą? Coraz więcej danych powierzają amerykańskim gigantom europejskie firmy. Według brukselskiego ośrodka badawczego CEPS, Amazon ma ok. jednej trzeciej globalnego rynku serwerów zewnętrznych obsługujących dane firmowe, czyli "chmur". Microsoft ma 16 proc., a Google - 7,8 proc. udziału w globalnym rynku. Choć europejski Don Kichot mógłby w sprawie swoich danych osobowych stanąć do walki z gigantami uzbrojony w lancę RODO, to nie ma prawa, które chroniłoby wykorzystanie danych firm.

Każdy kto używa choćby skrawka dysku Google wie, jak bardzo przydatna i kusząca jest chmura. To chmura będzie zapewne jednym z fundamentów gospodarki przyszłości. Kusząca jest także dla administracji publicznej. Coraz więcej instytucji rządowych w Europie powierza dane z sektora publicznego amerykańskim firmom chmurowym i w coraz większym stopniu polega na ich oprogramowaniu - pisze Kenneth Propp z Atlantic Council.

"Na całym kontynencie narasta niepokój związany z możliwością wykorzystywania przez rząd i firmy przechowywanych danych Europejczyków do własnych celów" - dodaje analityk.

Dlatego o "suwerenności cyfrowej" Europy mówi się już w Brukseli, Paryżu i w Berlinie. W październiku 2020 roku Paryż i Berlin ogłosiły nowy projekt Gaia-X, mający na celu połączenie różnych dostawców chmury w całej Europie przy użyciu otwartych standardów, umożliwiając w ten sposób firmom i klientom swobodne przemieszczanie danych w sieci. Mają być wspólne standardy dotyczące prywatności i bezpieczeństwa danych. Microsoft stracił kontrakty na oprogramowanie Office 365 w szkołach w Hesji, gdyż tamtejszy urząd uznał, że gigant z Redmond może wykorzystywać dane uczniów do własnych wewnętrznych celów biznesowych - podaje Kenneth Propp.

"Każdy kraj lub grupa krajów musi zadać sobie pytanie, czy produkuje technologie, których potrzebuje lub ma zagwarantowany, nieograniczony, długoterminowy dostęp do nich. Kraj, który odpowie "nie", jest podatny na przymus technologiczny, który jest nie mniej dotkliwy niż przymus militarny" - pisze na stronach Project Syndicate Hermann Hauser.

Dodajmy, że Polska jest pod szczególnym "przymusem" technologicznym, bo brakuje nam własnych. Nie ma producentów chipów, oprogramowania, powierzyła ostatnio amerykańskim gigantom budowę chmury. W czasie pandemii brak technologii w innych dziedzinach okazał się dramatyczny. Tak było ze sprowadzaniem masek czy respiratorów. Europejski projekt z tej perspektywy powinien być atrakcyjny.

"Suwerenność technologiczna - lub jej brak - staje się centralną kwestią strategiczną" - dodaje Hermann Hauser.

Twierdzi on, że problem suwerenności technologicznej ma charakter globalny i jedynym stabilnym rozwiązaniem byłoby zastosowanie zasady wzajemności polegającej na przekazywaniu praw własności intelektualnej w ramach inwestycji czy dostępu do rynku pomiędzy Europą, USA i Chinami. Nawet jeśli do tego dojdzie, nie obędzie się bez inwestycji. "Fundusz suwerenności technologicznej" w Europie musiałby wynosić co najmniej 100 mld euro rocznie. To tyle, ile USA wydają na ugruntowanie pozycji swoich monopoli.

Jacek Ramotowski

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz!


Dowiedz się więcej na temat: dane osobowe | emigracja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »