Reklama

Analiza Interii. Dokąd zaprowadzi świat "wyścig do dna"?

Kiedy pandemia ustąpi, zacznie się wojna. Bez haubic, rakiet SS20, armatniego mięsa, strzelców wyborowych czy zabójczych dronów. To będzie wojna nowej normalności ze starą nienormalnością, a może także z nową nienormalnością naraz. Polem bitwy nie będą Ardeny ani Stalingrad, lecz umysły ludzi. Pokiereszowane po traumie, jaką spowodowała inwazja wirusa.

Ta trauma dla każdego ma nieco inny wymiar. Dla jednych do przeżycia traumy wystarczy lockdown i konieczność spędzania czasu w czterech ścianach. Jak w więzieniu. Dla innych jej tłem jest utrata pracy, dochodów, zniweczenie życiowych planów. Dla jeszcze innych - lekarzy - jest związana z wyborem: ciebie będziemy ratować, a ty musisz umrzeć.

Reklama

To dylematy, które opisywali intelektualiści XX wieku doświadczeni przez II wojnę światową. Cywilizacja Zachodu mocno i sumiennie napracowała się przez ostatnie 75 lat nad tym, żeby zwyczajnych ludzi nie stawiać w obliczu ekstremalnych wyborów. I nie żądać -  od zjadaczy chleba - heroizmu.

Szczęście a zarządzanie ryzykiem

Przyjrzyjmy się jednak innej traumie, bo ta też jest niemała. Polega na tym, że inwazja koronawirusa wywlekła na wierzch trzeszczące szwy starej nienormalności. Niemal na żywo oglądamy te "bebechy". Jak choćby system ochrony zdrowia.

To oczywiste - żadnego funkcjonującego w pokojowych warunkach systemu ochrony medycznej nie sposób w pełni przygotować na walkę z pandemią. Ale faktem jest, że w USA, we Włoszech, w Wielkiej Brytanii, a także w dużym stopniu u nas zarządzanie ryzykiem przez państwo w obliczu pandemii zawiodło. Choć w Polsce mamy nieprawdopodobne szczęście. Na razie.

Zamiast umiejętności zarządzania ryzykiem przez tych, którym powierzyliśmy władzę, przeżyliśmy okres wielkiej improwizacji w zarządzaniu kryzysem. Najlepiej określił to Ashley Arabasadi, doradca w amerykańskiej organizacji publicznej Management Sciences for Health. "Latamy samolotem w trakcie budowy" - powiedział. Szukamy testów, a znajdujemy węgiel - można dodać.

Zubożała, niedoinwestowana, źle zorganizowana, dająca marne zatrudnienie, cierpiąca na brak podstawowych środków ochrony osobistej służba zdrowia jako pierwsza padła ofiarą pandemii. Nie tylko w Polsce - w wielu krajach świata, w tym także w najbogatszych. To nas - jako społeczeństwa - zmusza do przemyśleń. Czy chcemy w przyszłości podejmować nadal takie ryzyka? Komu chcemy zarządzanie nimi powierzać? 

Dodajmy na marginesie - ale mówiąc wprost. Domy opieki społecznej, domy starców, nie tylko w Polsce, zamieniły się w czasie pandemii w domy zbiorowego umierania. Tego cywilizowane społeczeństwa swoim rządzącym nie powinny nigdy wybaczyć.

W czasie pandemii edukacja - podobnie jak praca w korporacjach - przeszła do trybu zdalnego. Zupełnie była do tego nieprzygotowana. Dobrze zaopiekowane dzieci z dobrych domów mogą na takich usługach nawet wiele zyskać. Ale szkoła potrzebna jest także do wyrównywania szans i łagodzenia nierówności. Najbardziej dzieciom źle zaopiekowanym, z tych nieco gorszych domów. Nauka zdalna stała się sposobem replikacji nierówności, gdyż system oświaty okazał się zupełnie nieprzygotowany do pojęcia tego wyzwania.

Filary z tektury

Ochrona zdrowia, edukacja, opieka nad ludźmi starymi - to filary usług świadczonych przez państwo swoim obywatelom w zamian za sumiennie płacone podatki. W bardzo wielu państwach pandemia ujawniła, że te filary zbudowane były z tektury. Być może w związku z tym najboleśniej traumę pandemii odczuje społeczeństwo najpotężniejszego dotąd państwa świata, aspirującego do globalnego przywództwa. Tę szansę straciło, chyba bezpowrotnie.   

"Świat był pełen poważnych problemów przed koronawirusem. Szerzyły się nierówności zarówno pomiędzy krajami, jak i wewnątrz nich. W USA, najbogatszym kraju na świecie, miliony ludzi nie były objęte ubezpieczeniem medycznym, co przyczyniło się do niepotrzebnych zachorowań. Źle skalkulowana polityka oszczędności osłabiła zdolność UE do udzielania wsparcia publicznego wrażliwym grupom społecznym. Rozpanoszyła się polityka antydemokratyczna, od Brazylii i Boliwii po Polskę i Węgry".

Tak o szwach wyłażących ze starej nienormalności, które trzeba teraz dokładnie zidentyfikować i zinwentaryzować - bo bez tego "nowej normalności" nie uda się zbudować - pisali niedawno noblista w dziedzinie ekonomii Amartya Sen i profesor Harvardu Thomas Lament na łamach "Financial Times". Dodajmy - jak te szwy trzeszczą, słychać było już po poprzednim wielkim kryzysie finansowym sprzed dekady. Ekonomiści podpowiadali przez ten czas wiele razy, jak naprawiać politykę fiskalną i jak odbudowywać społeczną spójność. 

Ostatnie kilka dekad to okres, kiedy zawarta po II wojnie światowej umowa społeczna stanowiąca fundamenty "państwa dobrobytu" została wypowiedziana. Zaczęły się czasy opisywanego już wielokrotnie przez ekonomistów "wyścigu do dna" (race to the bottom). To wcale nie jest sprawa nowa. Mówił o nim po raz pierwszy sędzia Sądu Najwyższego USA Louis Brandeis, rozpatrując sprawę naruszania warunków konkurencji pomiędzy amerykańskimi stanami w latach 30. zeszłego stulecia.

Paradygmaty starej nienormalności

"Wyścig do dna" od tego czasu ogarnął cały świat i jest jednym z najbardziej ponurych skutków globalizacji i wolnego handlu. A raczej globalizacji z przedrostkiem "hyper-", jak określa ją Dani Rodrik, jeden z najbardziej przenikliwych umysłów naszych czasów. W "wyścigu do dna" biorą udział rządy konkurujące pomiędzy sobą o przyciągniecie inwestycji, kapitału i stworzenie jak najbardziej korzystnego środowiska dla biznesu.

Efektem wyścigu jest obniżanie podatków (zwłaszcza dla najbogatszych), rozluźnianie regulacji dla biznesu, w tym prawa pracy, swobodne traktowanie szkód ekologicznych, cięcia wydatków na usługi publiczne oraz ich prywatyzacja.

To dlatego systemy opieki medycznej tracą wydolność niemal z dnia na dzień, gdy pojawia się pierwsze masowe zagrożenie. Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego sprawdzili, jakie rozwiązania w polityce fiskalnej i podatkowej wprowadziły europejskie państwa po poprzednim kryzysie. I okazało się, że najbardziej popularne (11 krajów) było cięcie kosztów sektora publicznego.

Co poszło w drugiej kolejności? Cięcie świadczeń społecznych. Obniżyło je dziewięć państw. Podatki od najbogatszych wprowadziły tylko trzy kraje, od kapitału i od nieruchomości - dwa, a od dóbr luksusowych - jedynie Grecja. Doświadczenia poprzedniego kryzysu starą nienormalność jedynie pogłębiły. 

Według przytoczonych przez PIE analiz Bernda Rechela z London School of Hygiene and Tropical Medicine, pomiędzy 2008 a 2015 rokiem wydatki na służbę zdrowia wśród państw Unii obniżyły Niemcy, Estonia, Hiszpania, Francja, Węgry, Holandia, Portugalia i Szwecja.    

"Wyścig do dna" to jeden z najsilniejszych paradygmatów starej nienormalności. Ale są też inne, także ujawnione już dekadę temu. To rozwierające się nożyce nierówności i wynikające z tego zadłużenie - ludzi, przedsiębiorstw i rządów.

To ultrałagodna polityka banków centralnych, która chroni coraz bardziej zadłużone państwa i korporacje przed bankructwem, ale pozwala grasować gospodarczym zombie i obniża produktywność. A równocześnie kreuje pogoń za stopami zwrotu i pompuje bańki spekulacyjne. To prekaryzacja, czyli odbieranie praw socjalnych coraz szerszym grupom społecznym. To rozszerzająca się jak świat długi i szeroki inwazja populizmu, wygrywającego z realistycznymi narracjami tym, że składa ubożejącym grupom społecznym obietnice bez pokrycia. 

Po pandemii grozi nam nie tylko recydywa starej nienormalności. Grozi nam to, że stara nienormalność pokaże twarz jeszcze bardziej groteskową, ale też pełną grozy. "Wyścig do dna" przyspieszy, rabunek zasobów Ziemi - spotęguje, powodując kolejne fale katastrof klimatycznych, polityka banków centralnych będzie utrzymywać status quo niespłacalnego zadłużenia, a balony spekulacyjne będę pęcznieć i pękać z coraz większym hukiem.

Biznes "as usual" za kilka bilionów

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019

Utrzymany potężnymi programami rządowymi biznes może stać się jeszcze bardziej "as usual" niż kiedykolwiek. Tworzony przez firmę doradczą McKinsey and Company Global Fashion Index pokazuje, że 56 proc. globalnych firm odzieżowych w 2018 roku, a więc gdy koniunktura na świecie była całkiem niezła, nie zarabiało nawet na pokrycie kosztów kapitału. To znaczy, że bez względu na to, jak biznes "as usual" ukształtuje popandemiczne łańcuchy dostaw i wartości, będzie wywierał coraz silniejszą presję na ograniczenie praw pracowniczych, a to pogłębi prekaryzację. I - rzecz jasna - będzie naciskał na zmniejszenie praw konsumentów.

Biznes "as usual" ma szansę przetrwać, dzięki temu, że rządy na całym świecie rzuciły mu na ratunek już kilka bilionów dolarów, a pewnie będzie jeszcze więcej. Bo niewykluczone, że znowu źle oszacowały ryzyko związane tym razem z recesją, spowodowaną lockdownem. Będzie ona zapewne głębsza niż sądzono w I połowie marca i dużo dłuższa. Urosną nowe Himalaje długów i rządowych gwarancji. Nie łudźmy się - to nie są długi, które kiedykolwiek można będzie spłacić. Banki centralne mogą jedynie ułatwić ich rolowanie w nieskończoność.

Nie chodzi tu wcale o krytykę podjętego przez EBC w 2012 roku "łagodzenia ilościowego" po słowach Mario Draghiego "wathewer it takes", czy też idących w tym duchu ostatnich decyzji o zapobieganiu skutkom pandemii bilionami dolarów. Prawdopodobnie obie były konieczne, a może nawet optymalne. Chodzi o to, że za pierwszą z nich nie poszły żadne, które niwelowałyby jej uboczne i niepożądane skutki. Czy tak będzie w przypadku najnowszych decyzji? To kluczowe pytanie. Bez podwyżek podatków nie znajdziemy na nie żadnej przekonywającej odpowiedzi.    

Minione dekady były niespotykanym w historii festiwalem obskurantyzmu. Niegdysiejszy margines zerwał cumy bezwstydu i pod pełną parą wypłynął na otwarte wody głównego nurtu dyskursu. Kreacjoniści, negacjoniści, fundamentaliści wyznaniowi, ruchy antyszczepionkowe zaczęły jej narzucać ton. I mamy za swoje. Nauka i wiedza przycupnęły w ubogim kąciku.

Teoretycznie pandemia powinna obskurantyzmowi zadać knock-out. Jak można być antyszczepinkowcem, gdy cały świat szuka szczepionki jak zbawienia? Czy zwycięzca big brothera potrafi leczyć zapalenie płuc? Do tego jednak potrzebna jest wiedza. Potrzebne są autorytety, które potrafią nam pokazać, choćby jak myć ręce. Społeczeństwa powinny domagać się inwestycji w naukę i wiedzę, w badania i rozwój. Nie łudźmy się jednak, że obskurantyzm się podda.     

O ile wiele państw w zarządzaniu ryzykiem pandemii i w walce z nią okazało "tekturową" słabość, sprowadzającą się czasem do tworzenia zarówno pożytecznych, jak i absurdalnych zakazów (jak zakaz wchodzenia do lasu), w zarządzaniu skutkami pandemii pragną okazać siłę. Pogruchotanym przez zamrożenie popytu korporacjom - na całym świecie - grozi nacjonalizacja w zamian za bail-outy, czyli rządową pomoc. Tak było zresztą z wieloma bankami w Europie po poprzednim kryzysie. "Potrzebujemy państwowego wsparcia, ale nie potrzebujemy państwowego zarządu" - powiedział prezes Lufthansy Carsten Spohr, cytowany przez agencję DPA.

Państwowy kapitalizm, korporacyjny nacjonalizm

Pytanie czy nowa normalność będzie tylko jej karykaturalną repliką, na którą zgodzimy się w zamian za pozwolenie wyjścia do kawiarni "Pod Kasztanami". Jest kilka nowych zagrożeń, że nowa normalność stanie się nową nienormalnością.

Pierwsze to zagrożenie państwowym kapitalizmem i korporacyjnym nacjonalizmem (analogicznie do "bankowego nacjonalizmu", o którym pisał Nicolas Veron). Państwowy kapitalizm to ustrój charakterystyczny dla Rosji, Chin czy blisko- i środkowowschodnich dyktatur. To kraje, w których państwo jest właścicielem lwiej części gospodarczych aktywów. Stąd tylko krok do wykorzystywania będących własnością państwa korporacji do realizacji jego politycznych, czy geopolitycznych celów. Tak jak Rosja wykorzystuje Gazprom do szantażu energetycznego wobec Europy.

To nie przemieszczenie łańcuchów dostaw, ale państwowy kapitalizm byłby najsilniejszym ciosem zadanym globalizacji. Sprzyjałby zamykaniu granic i protekcjonizmowi. Kto wie, czy znacjonalizowana Lufthansa nie musiałaby płacić swego rodzaju "cła" za prawo do lądowania na amerykańskich (znacjonalizowanych) lotniskach.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

"(...) populistyczni politycy będą kłaść nacisk na swoje nacjonalistyczne programy, wskazując na niebezpieczeństwa wynikające z nieokiełznanej otwartości, ale niektóre kraje mogą przyjąć bardziej ukierunkowany internacjonalizm w celu rozwiązania globalnych problemów" - piszą analitycy holenderskiego banku ING.

A właśnie pandemia pokazała, jak niezbędne jest ubranie globalizacji w ramy nowego ładu. Konieczne jest zarządzanie tym procesem, maksymalizowanie jego dobrych i niwelowanie negatywnych skutków. Eksperci przekonują, że gdyby współpraca międzynarodowa od początku pandemii była koordynowana, skutki rozprzestrzeniania się wirusa byłyby mniej dotkliwe. Izolacjonizm, nacjonalizm, populizm i kapitalizm państwowy to mieszanka groźniejsza od samej pandemii.     

Przerażone zagrożeniem życia społeczeństwa zgodziły się niemal bez słowa sprzeciwu na bezprzykładne ograniczenie praw człowieka i metody inwigilacji znane dotąd tylko z dystopii, takich jak "1984" George’a Orwella. I nie chodzi tu tylko o to, że na co dzień zdajemy sobie sprawę, iż jesteśmy mniej lub bardziej inwigilowani. Chodzi o powszechną akceptację inwigilacji. Brytyjski dziennik "The Guardian" wyliczył, że ponad 40 krajów wdrożyło jakąś formę inwigilacji bądź cenzury w imię walki z koronawirusem. Czy tak już zostanie? "Możliwość nadużyć jest wysoka" - ostrzega raport ONZ. Niemniej pandemia stworzyła niepowtarzalną okazję do utrwalenia sytuacji "zawieszenia" praw obywatelskich i praw człowieka, wprowadzenia inwigilacji jako zasady, stworzyła pokusę dla dyktatorów lub aspirantów na dyktatorów do umocnienia ich władzy.

Czy szklanka jest do połowy pełna? Niestety nie. Szans na normalną nową normalność jest dużo mniej niż zagrożeń. Wojna już się zaczyna. Teraz nie tylko płuca mogą być ofiarą wirusa, lecz umysły.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: koronawirus | gospodarka | gospodarka światowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »