Reklama

Brak inwestycji grozi niedoborami prądu

Zbyt wolne tempo transformacji może oznaczać ryzyko niedoborów energii w krajowym systemie w przyszłości - oceniają eksperci. Z czasem będą musiały być wyłączane najstarsze jednostki węglowe, których stan już teraz pozostawia wiele do życzenia. W 2025 r. wygaśnie wsparcie dla nich w ramach rynku mocy. Przy drożejących w szalonym tempie prawach do emisji CO2 produkcja energii z węgla będzie zwyczajnie nieopłacalna.

Maciej Bukowski, prezes Wise Europa, w raporcie "O inflacji i cenach energii" podkreśla, że wysokie ceny energii to niejedyny problem, z jakim przyjdzie nam się mierzyć w kolejnych latach. - Naszym głównym problemem w tej dekadzie nie będzie to, czy energia elektryczna i ciepło będą droższe czy tańsze niż w poprzedniej, lecz to czy w ogóle będą dostępne w ilości jakiej będziemy potrzebować - zaznacza.

Informuje, że większość polskich bloków energetycznych domykających system elektroenergetyczny oraz ciepłowni w miastach jest na tyle starych, że balansują na granicy technicznego zużycia. - Zarazem proces inwestycyjny ślimaczy się zduszony strategiczną ambiwalencją i operacyjną nieefektywnością polskiego państwa - pisze.

Błędy przeszłości

Tymczasem rynki koncentrują się na cenach energii elektrycznej, które mają rosnąć, a rząd obarcza odpowiedzialnością za to politykę klimatyczną Unii Europejskiej. - Powinniśmy raczej przyznać sami przed sobą, że w ceny będą przez jakiś czas wyższe niż w poprzednio oraz wyższe niż w krajach sąsiednich (przy tej samej cenie świadectw EU ETS) ze względu na nasze własne zaniedbania inwestycyjne. Przespaliśmy bowiem dużą część czasu na budowę nowych zeroemisyjnych mocy i masową termomodernizację budynków, przeznaczając dochody budżetowe z podatków węglowych (dziś to już ponad 1 proc. PKB) nie na inwestycje w nowe ciepłownie czy wsparcie dla OZE, ale na transfery i konsumpcję - przekonuje.

I dodaje, że zamiast otwierać rynek energii dla prywatnych inwestorów zainteresowanych rozwojem OZE, władze blokowały ich inwestycje, licząc, że to pomoże spółkom skarbu państwa, które jednocześnie zmuszano do przejmowania nie rokujących aktywów węglowych.

Reklama

Bukowski zauważa też, że Polska straciła kilkanaście lat na przygotowania do projektu jądrowego. - Ogólnie rzecz biorąc robiliśmy mniej więcej połowę tego co mogliśmy i co najwyżej jedną trzecią co powinniśmy. Nie dziwmy się więc, że czekają nas teraz wyższe ceny energii oraz zupełnie realne niedobory mocy nawet jeśli ceny EU ETS będą niskie - podsumował.

Wyzwania dla firm energetycznych

Niedobory energii to realne zagrożenie, na które wskazywał również poprzedni minister klimatu i środowiska, Michał Kurtyka. - Polsce będzie trudno do 2025 roku zbudować nowe moce wytwórcze, które będą kompensować działające obecnie moce węglowe. Dlatego trwają prace nad przygotowaniem nowego mechanizmu, co oczywiście wymaga rozmów w Komisją Europejską - mówił Kurtka wiosną tego roku podczas konferencji zorganizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą.

Mowa o mechanizmie, który miałby zastąpić rynek mocy po 2025 roku, kiedy to nie będzie już możliwe wspieranie najstarszych elektrowni węglowych. Rząd zapowiada co prawda budowę elektrowni atomowej w 2033 r., jednak już teraz pojawiają się głosy, że należy spodziewać się opóźnień. Powstają bloki gazowe, ale tempo przyrostu tych mocy nie jest wystraczające. W toku jest budowa morskich wiatraków, ale i ten proces jest bardzo czasochłonny. Zbilansowanie krajowego systemu energetycznego może okazać się wyzwaniem.

Kurtyka apelował podczas tej samej konferencji do grup energetycznych, by przyspieszyły inwestycje w alternatywne wobec węgla źródła wytwarzania. Te jednak nie udźwigną wyzwań bez systemowego wsparcia.

Firmy energetyczne mają swoje ograniczenia. W ich portfelach wciąż znajdują się aktywa węglowe. A to zmniejsza możliwości inwestycyjne koncernów, bowiem większość instytucji finansowych nie chce pożyczać pieniędzy podmiotom posiadającym "brudne" aktywa. Resort aktywów państwowych zapowiada, że bloki węglowe w przyszłym roku mają być przeniesione do nowego organizmu, tzw. NABE. Nawet jednak jeśli projekt się powiedzie, teraz w dużej mierze mają związane ręce.

Polska cały czas czeka na zatwierdzenie Krajowego Planu Odbudowy. Na jego realizację mamy dostać ponad 58 mld euro, które trzeba będzie wydać w ciągu pięciu lat. Z tej kwoty 23,9 mld euro to dotacje, a 34,2 mld euro - pożyczki. Plan nie został jednak zatwierdzony przez KE, Unia czeka na spełnienie przez polski rząd przedstawionych w październiku warunków dotyczących systemu sądownictwa w Polsce.

"Rządowi brakuje wizji"

- Nie widzę wizji, w jaki sposób rząd chciałby realizować zieloną transformację polskiej gospodarki. Krajowy Plan Odbudowy powinien być kołem zamachowym tych przemian jeśli chodzi o finanse. Są pieniądze do wzięcia, które powinny już dziś pracować na realizowanie polskiej transformacji, na budowanie nieemisyjnej gospodarki krajowej, na wydobywanie Polski z popandemicznego kryzysu. To się nie dzieje - mówi w rozmowie z Interią Marcin Korolec, były minister środowiska.

Podkreślał, że ostateczny termin wydatkowania kwot w ramach KPO to 2024 rok. - Każdy dzień bez pieniędzy skraca okres ich wydawania. Tymczasem procesy transformacyjne są długotrwałe. To, że straciliśmy ostatnie pół roku, oznacza, że część projektów się zwyczajnie nie zrealizuje - mówi.

Przekonuje, że środki z KPO powinny być masowo kierowane na dofinansowanie inwestycji w OZE, w tym również energetyki prosumenckiej, ale też na montowanie pomp ciepła czy budowę kolei szybkiej prędkości, która pozwoli przesiąść się z samolotów do pociągu także na dłuższych trasach. - Tymczasem rząd chce spowolnić rozwój fotowoltaiki, który zmienia zasady rozliczeń z prosumentami. Dlaczego spowalniać rozwój mocy wytwórczych które są poza firmami energetycznymi? - zastanawia się Korolec.

Dużym problemem jest zasada 10H, która praktycznie wstrzymała budowę nowych wiatraków na lądzie. Zgodnie z obecnym prawem żaden wiatrak nie może być zbudowany w odległości mniejszej niż 10-krotna wysokość turbiny (wraz z uniesionymi łopatami) od zabudowań. Jeszcze jakiś czas temu mówiło się o potrzebie złagodzenia tej regulacji, ale ostatnio temat znów ucichł.

- Brak nowych mocy to zagrożenie dla stabilności systemu, ale też ogromne ryzyko dla polskiego przemysłu. Wiele branż, choćby automotive, podkreśla, że potrzebują zielonej energii w sieci, by eksportować swoje produkty. Konkurują już bowiem nie tylko ceną, ale i śladem węglowym wytwarzanych towarów. Za chwilę może pojawić się ryzyko, że nasi dostawcy stracą kontrakty ze względu na zbyt duży ślad węglowy - powiedział Korolec.

Tymczasem zgodnie z szacunkami Polskich Sieci Elektroenergetycznych zapotrzebowanie na energię w Polsce będzie rosło. W 2025 r. ma wynieść 170,1 TWh, w 2030 roku 181,1 TWh, w 2035 r. 191,9 TWh, a w 2040 r. 204,2 TWh. Kumulacja wyłączeń jednostek węglowych z eksploatacji spodziewana jest w latach 2030-2040.

Monika Borkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »