Reklama

Budżet to nie matematyka - to metafizyka

Dokonując oceny wstępnego projektu budżetu na 2017 r., należy zerwać ze sztampowymi ocenami: "realistyczny - nierealistyczny" z lat poprzednich. Po raz pierwszy po 1989 r. mamy budżet jednopartyjnej, a nie wielopartyjnej większości parlamentarnej. To uzasadnia konieczność innego spojrzenia na propozycję planu finansów państwa. Deficyt sektora finansów publicznych nie będzie wyższy niż 2,9 proc. PKB, co oznacza, że polskie finanse publiczne w 2017 r. będą spełniały unijne kryterium fiskalne.

Reklama

Oceny - na początku założeń, potem projektu, a na końcu uchwalonego przez sejm budżetu państwa - dokonywane corocznie przez ekonomistów i publicystów koncentrują się w zdecydowanej większości wyłącznie na liczbowych jego aspektach.

Komentatorzy przychylni aktualnie rządzącej opcji generalnie go chwalą, opowiadając o realizmie programowanego na kolejny rok planu finansowego państwa, żonglując mniej lub bardziej efektownie stosownymi liczbowymi danymi i porównaniami. Oponenci odwrotnie - piszą i mówią o braku realizmu w działaniach układających budżet, o zawyżonych dochodach, zaniżonych wydatkach itd. Nie inaczej jest w tym roku po ogłoszeniu w sierpniu pierwszego autorskiego, wstępnego projektu budżetu przygotowanego przez rząd premier Beaty Szydło.

"Wstępny projekt budżetu na 2017 r. zakłada optymistyczny poziom przychodów podatkowych. Zakładany 10,9-proc. wzrost przychodów z podatku VAT zakładany w budżecie wydaje się nierealistyczny" - napisano w raporcie agencji Fitch. "Budżet dość napięty i ma pewne zagrożenia. Przyszłoroczny budżet będzie bardzo napięty, a prognozowany deficyt dużo większy niż założony przez rząd. W przyszłym roku niedobór dochodów może być spory" itd. - piszą inni komentatorzy i ekonomiści. Wystarczy.

Idea, a nie liczby

Budżet to jednak nie suche liczby, ale pewna idea, wyrażająca sposób myślenia aktualnie sprawujących władzę. I w takim właśnie szerszym, społeczno-ekonomicznym wymiarze należy dokonywać jego analizy.

Przy dokonywaniu oceny wstępnego projektu budżetu na 2017 r. należy zdecydowanie zerwać z metodą monotonnej sztampy ocen: "realistyczny - nierealistyczny" znanej z lat poprzednich. Archaiczność takich "ocen", szczególnie w bieżącym roku, jest rażąco błędna, co wynika z kilku czynników, z których jeden wydaje się kluczowy. Otóż po raz pierwszy po 1989 r. jest to budżet jednopartyjnej, a nie wielopartyjnej większości parlamentarnej. To uzasadnia konieczność radykalnie innego spojrzenia na przedstawioną propozycję planu finansów państwa na 2017 r.

Kompromis zawsze oznacza konieczność rezygnacji z części programu (interesów) poszczególnych stron i szczególnie w działalności politycznej ma "zaszyty" oportunizm, który w istocie oznacza rezygnację z wartości, celów nadrzędnych na rzecz korzyści krótkoterminowych, utrzymaniu się przy władzy.

Pomijając kwestię oceny merytorycznej programów gospodarczych sił politycznych w Polsce, wszystkie dotychczasowe budżety państwa były uchwalane na fundamencie oportunistycznego kompromisu, co w konsekwencji powodowało ich programową niespójność.

Brak konieczności zawierania politycznego kompromisu przez rząd Beaty Szydło po werdykcie wyborczym w 2015 r. oznacza:

1. płynne przejście od fazy przedwyborczych propozycji programowych do etapu ich realizacji z budżetem jako jednym z jego elementów,

2. programową spójność budżetu z realizowanym przez rząd całościowym programem społeczno-gospodarczym,

3. wydłużenie horyzontu stabilnego planowania i działania, przynajmniej do 2019 r.

Uwzględniając powyższe uwarunkowania, przedstawiony projekt budżetu należy oceniać i analizować nie w sposób wyizolowany, jako proste liczbowe zestawienie spodziewanych dochodów i wydatków państwa, ale w całościowym układzie założeń polityki makroekonomicznej, jaką zamierza realizować obecny rząd, którą opisuje syntetycznie tzw. plan Morawieckiego.

Jego istotą jest zmiana "paradygmatu rozwoju".

Próbując odczytać intencję wicepremiera Mateusza Morawieckiego, sądzę, że zmiana ma polegać na diametralnie innym podejściu do sterowania polityką makroekonomiczną. Odejściu od dotychczas obowiązującego paradygmatu "mentalności satelickiej", kompleksów wobec innych na rzecz paradygmatu "wiary we własne możliwości". Stąd też propozycje reindustrializacji, repolonizacji, polskiej gospodarki itp.

Komu służy budżet

Przy takich założeniach programowych projekt budżetu został podporządkowany strategicznym celom planu Morawieckiego, a wydatkowanie pieniędzy publicznych ma wzmacniać prorozwojowe tendencje rodzimej gospodarki. Tak się rzeczywiście dzieje. Skutecznie wdrożony do realizacji przez minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Elżbietę Rafalską program Rodzina 500 Plus i podwyżka minimalnych emerytur służą temu celowi bezpośrednio.

Szerokie, powszechne oddziaływanie wspomnianych powyżej projektów wzmacnia korzystna z makroekonomicznego punktu widzenia tendencja, którą nazwałbym większą egalitarnością wydatków budżetowych.

W przeciwieństwie do praktyki lat ubiegłych, gdzie wydatki środków budżetowych miały charakter elitarny i były kierowane do grup społecznych i zawodowych "zaprzyjaźnionych" ze sprawującymi władzę.

Poza zauważalną egalitarnością wydatków budżetowych, zmianą jest działanie zmierzające do zatrzymania maksymalnej ilości pieniądza podatników w krajowym obiegu gospodarczym, czego potwierdzeniem są nie tylko deklaracje, ale także konkretne działania szefa MON.

Z kwoty powyżej 37 mld zł, ponad 10 mld zł przewidziano na wydatki majątkowe oraz przeprowadzenie gruntownego programu modernizacji polskiej armii, dzięki czemu minister Antoni Macierewicz w sposób zdecydowany i konsekwentny realizuje strategię maksymalnego przekierowania pieniądza polskiego podatnika do polskich zakładów zbrojeniowych. Nawet konieczne zakupy uzbrojenia dokonywane poza granicami mają być według zapowiedzi ministra dokonywane w formule "50 procent", czyli minimum połowa zamówienia ma zostać zrealizowana w polskim systemie gospodarczym.

Z ekonomicznego punktu widzenia jest to postępowanie racjonalne. Pieniądz, wbrew obiegowym opiniom, ma barwy narodowe, a pieniądz budżetowy jest wręcz "uwiązany" do obywateli danego kraju i w maksymalnie wysokiej kwocie im powinien służyć, "wracając" w formie rządowych zamówień w krajowych przedsiębiorstwach.

Trzecią zmianą, na jaką należy zwrócić uwagę, oceniając projekt budżetu, są działania Ministerstwa Sprawiedliwości, resortu pozornie odległego, mającego niewielki wpływ na strategię gospodarczą państwa i jej realizację.

Przygotowany przez ministra Zbigniewa Ziobrę i przyjęty niedawno przez rząd projekt ustawy w sprawie likwidacji wyłudzeń VAT ma bezpośrednio wspierać interes budżetu i państwa.

Drakońskie kary finansowe, wraz z zagrożeniem bezwzględnego pozbawienia wolności, mają w znacznym stopniu ograniczyć proceder oszustw podatkowych. Według danych NIK organy kontroli skarbowej wykryły w ubiegłym roku fikcyjne faktury wystawione na kwotę ponad 81 mld zł. Skala zjawiska jest tak wielka, że dalszy brak reakcji instytucji państwa groził wręcz podmyciem jego finansowych fundamentów. Ukrócenie procederu rozkradania zasobów publicznych, instytucjonalne uszczelnienie obiegu pieniądza budżetowego jest pilną koniecznością.

Odblokować rozwój

"Wiara i wyobraźnia są najważniejszymi dobrami kapitałowymi w gospodarce, a bogactwo jest w większym stopniu produktem umysłu niż pieniędzy" - napisał w latach 70. jeden z amerykańskich ekonomistów. Klucz do realizacji budżetowych planów obecnego rządu nie leży w sferze buchalterii i statystyki, lecz metafizyki.

Realizacja będzie zależała od tego, czy powiedzie się ambitna, ale trudna próba odblokowania możliwości rozwojowych społeczeństwa. Czy uda się wreszcie zerwać z realizowanym po 1989 r. modelem rozwoju gospodarczego opartym na kompleksach, braku wiary we własne możliwości.

Rządzące po układzie "okrągłego stołu" elity wmówiły nam, że sami o własnych siłach nie jesteśmy w stanie dokonać reformy systemu gospodarczego.

Nie jesteśmy w stanie dokonać reformy przemysłu, przeprowadzić uczciwego procesu prywatyzacji, odbudować systemu rodzimej bankowości itd. Potrzebujemy zagranicznych doradców, którzy nauczą nas, jak sadzić ziemniaki, marchew i pietruszkę, przekonają nas, że te cementownie, stocznie, fabryki przemysłu: maszynowego, elektronicznego, spożywczego i inne, są nic nie warte i trzeba je zlikwidować.

Chyba że, Bogu dziękować, znajdzie się zagraniczny "inwestor dobrodziej", który za przysłowiową złotówkę weźmie tę czy inną przemysłową "ruinę" i łaskawie uruchomi montownię podrzędnych towarów, dając zatrudnienie tubylcom. Mieliśmy też likwidować ośrodki badawczo-rozwojowe, bo przecież "światłość" spłynie do nas z zagranicy.

Po akcesji Polski do UE w 2004 r. nie było lepiej. Te same "elity" preferowały mentalnie satelicki kierunek rozwoju, oparty na kompleksie tzw. "europejskości". Mówiono: nie potrzebujemy rodzimego przemysłu, rodzimego rolnictwa, bankowości, pieniądz nie ma tożsamości narodowej, rodzimych kupców też nie potrzebujemy itd. Jesteśmy wszak Europejczykami! Unijne dotacje, wolny przepływ towarów i kapitału załatwią wszystko, a komu nie pasuje, droga wolna na zmywak do Londynu, wszak jesteśmy w Europie, granice otwarte...

Dziś do sukcesu potrzebujemy wiary w sukces, takiego powszechnego entuzjazmu odbudowy i rozwoju Polski, jaki towarzyszył nam chociażby po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., kiedy budowano: port w Gdyni, Centralny Okręg Przemysłowy, system kas komunalnych i spółdzielczych, rozwijano polską myśl techniczną itp. Nie jesteśmy gorsi i głupsi niż Austriacy, Niemcy, Francuzi i inni.

Posiadamy wystarczający potencjał ekonomiczny, aby być społeczeństwem bogatym. Mamy zasoby zarówno rzeczowe (ziemia, lasy, surowce naturalne), ale również te najważniejsze, czyli zasoby ludzkie - wykształcone i kreatywne społeczeństwo. To się może udać, jeżeli tylko uwierzymy. Bo dobrobyt to stan umysłu, nawiązując do wcześniejszego cytatu.

Duch Nikodema Dyzmy

A czy może się nie udać? Takie zagrożenie naturalnie istnieje, ale nie lokowałbym go w zawyżonych dochodach z podatku VAT, jak pisze agencja Fitch, czy zaniżonych wydatkach - jak piszą inni "liczbowi" komentatorzy, lecz w obszarze psychologii ludzkich zachowań. W elitach sprawujących aktualnie władzę. Jeżeli dzisiejsi rządowo-polityczni decydenci zapomną, że dobre rządzenie musi być oparte na postawach etycznych z jednej strony, a z drugiej na podstawach merytorycznych, to czeka nas klęska.

Ograniczani przepisami i zasadami, równocześnie bezwzględni i pazerni funkcjonariusze partyjni nawet najlepszy program i pomysł potrafią przecież zamienić w popiół. I choć dziś widzimy efekty działań ośmioletniej koalicji PO-PSL, bądźmy realistami, znajdziemy ich w każdej formacji.

W ostatnich miesiącach narastało we mnie przekonanie, że duch Nikodema Dyzmy zbyt wyraźnie zaczyna się unosić nad naszą gospodarką i stanowi realne zagrożenie dla realizacji budżetowych i gospodarczych planów rządu premier Beaty Szydło.

Mam jednak wrażenie, obserwując ostatnie wydarzenia w Polsce, że najważniejsi polityczni decydenci mają świadomość pojawiających się zagrożeń i właśnie dokonują ich korekty.

Projekt budżetu 2017: Więcej z podatków, deficyt w ryzach Przyjęty przez rząd wstępny projekt budżetu państwa na 2017 r. przewiduje dochody budżetowe na poziomie 324,1 mld zł, limity wydatków ustalono w wysokości 383,4 mld zł, co oznacza, że deficyt budżetowy nie powinien być wyższy niż 59,3 mld zł. Dochody i wydatki budżetowe na tym poziomie są oparte o prognozę wzrostu PKB, który ma wynieść 3,6 proc., inflację w wysokości 1,3 proc., wzrost zatrudnienia w gospodarce narodowej w wysokości 0,7 proc., a nominalny wzrost wynagrodzeń w wysokości 5 proc. i stopę bezrobocia na koniec grudnia w wysokości 8,1 proc. Deficyt sektora finansów publicznych nie będzie wyższy niż 2,9 proc. PKB, co oznacza, że polskie finanse publiczne w 2017 r. będą spełniały unijne kryterium fiskalne. W uzasadnieniu projektu podkreśla się, że rośnie udział podatków w dochodach państwa: "zgodnie z prognozą dochody podatkowe w 2017 r. wyniosą 299 mld 845 mln 770 tys. zł, tj. o 8,9 proc. nominalnie więcej w stosunku do prognozowanego wykonania w 2016 r.". Dodano, że relacja tych dochodów do PKB w 2017 r. wyniesie 15,3 proc. i zwiększy się w porównaniu z br. o 0,5 pkt proc. W dokumencie zapisano, że dochody z podatku VAT mają w 2017 r. wynieść 143 mld zł, czyli o 10,9 proc. więcej niż prognozowane w tym roku. Dochody z akcyzy mają sięgnąć 69 mld zł, co oznacza 5,7-proc. wzrost w stosunku do prognozowanego wykonania w 2016 r. Wpływy z podatku CIT mają dać 28,6 mld zł (+9,6 proc. rdr), a z PIT 51 mld zł (+4,9 proc.).

Piotr Grabowski

Dowiedz się więcej na temat: program 500 + | R. | budżet | plan Morawieckiego | ze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »