Reklama

Buzek dla Interii: Potrzebujemy planu dla regionów górniczych

Przez ostatnie lata zaklinano rzeczywistość. Opowiadano, że węgiel jest kołem zamachowym naszej gospodarki i starczy go nam na dwieście lat. Jak mieli to rozumieć górnicy? Odbierali to jako obietnicę, że branża będzie funkcjonować jak dotąd. A to były populistyczne hasła na potrzeby kolejnych wyborów. Nic dziwnego, że teraz górnicy nie dowierzają rządowi - mówi Interii Jerzy Buzek, europoseł i były premier.

Monika Borkowska, Interia: Solidaryzuje się pan ze strajkującymi górnikami?  

Reklama

Jerzy Buzek, europoseł: Górnicy domagają się, by rząd przedstawił kompleksowy, uczciwy, realny program restrukturyzacji branży. Ich oczekiwania są słuszne - taki plan jest konieczny. Ludzie nie mają zaufania do obietnic rządowych. Chcą konkretnych projektów a potem działań, które zapobiegną utracie pracy przez mieszkańców regionu.

Mamy jasno zapowiedziany plan odchodzenia od brudnej energii i spadek popytu na węgiel. Czy to początek końca sektora górniczego w Polsce?

- Przyszłość branży zależy od opłacalności wydobycia węgla. Na to wpływ mają z jednej strony poziom zapotrzebowania na ten surowiec, a z drugiej - warunki geologiczne. Popyt spada - wytwarzanie energii z wiatru czy słońca jest dziś tańsze. W większości kopalń coraz trudniejszy jest dostęp do pokładów węgla - zalegają głęboko, są zanieczyszczone. W dodatku wydziela się metan, co grozi wybuchem. To przekłada się na koszty. W rezultacie kopalnie generują straty, sytuacja spółek górniczych jest katastrofalna. Firmy energetyczne chętnie kupują węgiel z importu, a nasz zalega na zwałach. Polska nie ma wyjścia: poważny program przemian jest niezbędny.

Da się opracować taki program, który z jednej strony zadowoli górników, a z drugiej pozwoli nam zrealizować ambitne cele unijne?

- Jestem przekonany, że tak. Dwadzieścia lat temu, gdy kierowałem pracami polskiego rządu, zamknęliśmy w ciągu kilkunastu miesięcy 23 kopalnie w zgodzie i w porozumieniu z górnikami. Otrzymywali oni odpowiedni pakiet socjalny, który umożliwiał im odejście z pracy. Ci, którzy decydowali się jednak pozostać w zawodzie, przenoszeni byli do kopalń, których nie wyłączano.

- Wszystko da się uzgodnić, tylko trzeba jasno przedstawić plan, swego rodzaju mapę drogową. Górnicy domagają się uczciwej rozmowy, konkretnych rozwiązań osłonowych i traktowania serio. To niepojęte, że gdy dziesiątki z nich strajkuje pod ziemią, premier nie jedzie na Śląsk, tylko uczestniczy w partyjnej naradzie o tym, jak przepchnąć ustawę, która zdejmie z niego odpowiedzialność za stwierdzone już przez sąd rażące naruszenia prawa w trakcie pandemii.

Myśli pan, że i tym razem znajdą się chętni, by odejść z kopalń? Górnicy mówią, że należy wydłużyć czas transformacji do co najmniej czterdziestu lat.

- Przez ostatnie lata zaklinano rzeczywistość. Opowiadano, że węgiel jest kołem zamachowym naszej gospodarki i starczy go nam na dwieście lat. Jak mieli to rozumieć górnicy? Odbierali to jako obietnicę, że branża będzie funkcjonować jak dotąd. Tymczasem były to populistyczne hasła na potrzeby kolejnych wyborów. Nic dziwnego, że teraz górnicy nie dowierzają rządowi.

Jak w takim razie przekonać ich do zmian? Przecież są nieodzowne. 

- Trzeba ich zaangażować w tworzenie planu dla górnictwa i regionu. Takich programów nie można przywozić w teczce z Warszawy. W moim rządzie za reformę górnictwa odpowiadał Gliwiczanin i znawca sektora, Janusz Steinhoff Trzeba zaprosić ludzi stąd, z regionów górniczych - samorządowców, przedsiębiorców, pracowników, organizacje pozarządowe, naukowców, związkowców - do współtworzenia takiego programu.   

- Ta sama filozofia leży u podstaw unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Otrzymanie z niego środków warunkowane jest przedstawieniem terytorialnych planów takiej transformacji. Powinny one być tworzone w regionach, nie w centrali. Chodzi o poczucie odpowiedzialności, "współwłasności", możliwość wpływania na przyszłe realia i uczestniczenia w czymś, co jest ważne dla społeczności lokalnej. Zanim wyłączone zostaną kopalnie, trzeba przygotować program inwestycyjny, zaprojektować nowe miejsca pracy w sektorze odnawialnych źródeł energii, cyfrowym, ekologicznego transportu, wykorzystania gazu zwłaszcza w ciepłownictwie itd. Konieczny jest program przekwalifikowań.

Fundusz ma ułatwić przeprowadzenie zmian na terenach uzależnionych od węgla. Czy jednak 3,5 mld euro to kwota, która jest w stanie poprawić sytuację na Śląsku?

- Parlament Europejski i Komisja Europejska przewidywały - i nadal to podtrzymują - co najmniej 8 mld dla Polski. Niestety, na szczycie Rady Europejskiej rząd zgodził się na obcięcie tego funduszu o ponad 60 proc.! Warto jednak zaznaczyć, że to pierwsza transza, tylko na najbliższe lata. Później można spodziewać się kolejnych.

Ale przecież nie są to pieniądze przeznaczone wyłącznie dla województwa śląskiego i dla górnictwa.

- Zgadza się, również dla Konina, Wałbrzycha, w najbliższej przyszłości także Bełchatowa i Turoszowa, a w dalszej perspektywie - zagłębia lubelskiego. W Lubelskiem na razie z węgla nie wychodzimy, bo jest on tu łatwiej dostępny, dobrej jakości, nie ma takich zagrożeń metanowych. Środki z Funduszu poza górnictwem mają ponadto trafić do przemysłu energochłonnego, bo on też wymaga zmian. Myślę tu o cementowniach, przemyśle stalowym, szklarskim.

- Mówi pani, że te pieniądze nie są wystarczające. To racja, ale trzeba pamiętać, że inne kraje unijne są znacznie bardziej zaawansowane w transformacji, a przeprowadzały ją bez jakiegokolwiek wsparcia unijnego. Mamy dziś energię w 74 proc. wytwarzaną z węgla i praktycznie najdroższy prąd w Europie, patrząc na ceny z rynków hurtowych. Przejście na odnawialne źródła energii to będzie oddech dla całej gospodarki.

Przywołujemy kwotę 3,5 mld ero, ale przecież może ona jeszcze zostać zredukowana o 50 proc. w przypadku braku deklaracji ze strony rządu co do osiągnięcia neutralności klimatycznej UE w 2050 roku.

- Niestety, jest takie zagrożenie. Dlatego czas najwyższy, by polski rząd, podobnie jak władze 26 pozostałych państw unijnych, zadeklarował nasz udział w realizowaniu tego celu klimatycznego. I tak nie mamy innego wyjścia jak stopniowo wycofywać się z produkcji prądu z węgla. Inne źródła energii są po prostu bardziej opłacalne i lepsze dla naszego zdrowia. Koncern energetyczny PGE ogłosił że już w 2030 r. zainstaluje w Bełchatowie farmy wiatrowe i fotowoltaiczne o mocy połowy dzisiejszej elektrowni na węgiel brunatny. To nie przypadek, że państwowy Orlen, największy potentat na rynku paliwowym, zadeklarował już swą neutralność klimatyczną na 2050 rok. Jeśli nie podejmiemy tego zobowiązania jako kraj, grozi nam dalsze cięcie finansowania.

Popiera pan ostatnią propozycję szefowej KE dotyczącą zwiększenia celu redukcji emisji w 2030 roku z 40 do 55 proc.?

- Z wyliczeń przedstawionych przez Komisję Europejską wynika, że dotychczas wprowadzone w UE regulacje spowodują ograniczenie emisji w 2030 roku już o 47-48 proc. De facto więc nie mówimy już o skoku z 40 do 55 proc., a z 48 do 55 proc. To oczywiście dla takiego państwa jak Polska nie jest łatwe do zaakceptowania - wolelibyśmy cel 50 proc. Ale z drugiej strony liczne organizacje ekologiczne oczekiwały redukcji emisji w 2030 roku o 65, a nawet 75 proc. Sądzę, że ta propozycja 55 proc. jest do spełnienia. Przy czym cele będą zapewne zróżnicowane dla poszczególnych krajów członkowskich.

Ambitne cele klimatyczne są też wyzwaniem dla przemysłu, który musi zainwestować ogromne pieniądze w przyjazne środowisku technologie. W jaki sposób możemy ochronić europejski przemysł przed konkurencją spoza Europy, nieobciążoną dodatkowymi kosztami?

- Planujemy wprowadzić w Unii Europejskiej tzw. węglowy podatek graniczny. Ma on nam pomóc chronić rodzimych producentów przed konkurencją spoza UE niestosującą tych wszystkich norm ochrony środowiska. To oznaczałoby jednocześnie nowe źródło dochodów w budżecie UE.

Jakiego typu asortymentu miałby dotyczyć ten podatek?

Różnych kategorii - choćby nawozów. Normy emisyjne w UE dla tej branży są wyśrubowane. To wymusza na niej ponoszenie określonych kosztów.

Jakiego rzędu stawki wchodzą w grę?

- Te kwestie są dopiero przedmiotem dyskusji. Na pewno ich poziom musi zapewniać odpowiednią ochronę producentom dóbr w Europie.

Nie ma obaw, że rynki pozaeuropejskie będą chciały za pomocą podobnych mechanizmów w odwecie wprowadzać ochronę na swoim terenie?

- Dlatego trzeba mieć dobre argumenty. Dziś spełnianie norm ochrony środowiska, w tym ograniczania emisji, jest przedmiotem ogólnoświatowego porozumienia. Porozumienie Paryskie podpisało 196 krajów. Oczekujemy, że nie tylko my, w Unii Europejskiej, będziemy spełniali te wyśrubowane standardy, ale także inni sygnatariusze. Dlatego taki podatek chcemy wprowadzić w zgodzie z regułami Światowej Organizacji Handlu. Choć oczywiście te sprawy nie są jeszcze przesądzone, mówimy o planach.

Wierzy pan w sukces Europejskiego Zielonego Ładu?

- Zdecydowanie tak. To kompleksowy, perspektywiczny program rozpisany na następne trzy dekady. Jego celem jest prawdziwy rozwój, wejście w świat nowych technologii, inteligentnych rozwiązań w każdej dziedzinie - energetyki, przemysłu, transportu, rolnictwa, budownictwa. Co szalenie ważne, wprowadzamy rozwiązania, które mają spełnić oczekiwania dzisiejszej młodzieży. Powinniśmy uczestniczyć w tym programie. To nasz obowiązek pokoleniowy wobec ludzi, którzy mają dziś pięć, dziesięć czy piętnaście lat i chcą, by w przyszłości Europa nadawała się do życia.

Monika Borkowska

Dowiedz się więcej na temat: polska gospodarka | Jerzy Buzek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »