Reklama

Czechy: Antyunijne kwoty żywności

Brukseli nie spodobał się przyjęty przez czeski sejm nakaz sprzedawania czeskiej żywności w czeskich sklepach. Jeśli regulacja wejdzie w życie, Praga może zostać pozwana przed unijny trybunał w Luksemburgu.

Krytyczne słowa pod adresem Czech padły podczas styczniowej wideokonferencji ze strony Komisji Europejskiej - twierdzi czeski dziennik ekonomiczny "Hospodarzské noviny" w wydaniu z poniedziałku 8 lutego powołując się na zapis, którym dysponuje redakcja. Według gazety, Czesi nie tylko usłyszeli, że planowana nowelizacja ustawy o żywności "stoi w sprzeczności z zasadami rynku wewnętrznego", ale i ostrzeżenie, że w razie wprowadzenia jej w życie, Republice Czeskiej grozi skarga przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w Luksemburgu.

Cel: Trzy czwarte czeskiej żywności w sklepach

Reklama

Nowelizacja, która została przyjęta przez Izbę Poselską (Poslanecká sněmovna) czyli czeski sejm 20 stycznia, ma dotyczyć stu z 15 tysięcy grup produktów, między innymi mięsa, warzyw, owoców, czy nabiału. A to znakomita większość czeskiego handlu żywnością.

Ustawa określa obligatoryjne kwoty sprzedaży rodzimej żywności  w sklepach o powierzchni ponad 400 metrów kwadratowych. Regulacja nie będzie stosowana ani wobec małych sklepów, ani specjalistycznych, na przykład z serami lub winem. Jeśli wejdzie w życie, już w 2022 roku, objęte nią sklepy będą zobowiązane do tego, żeby 55 procent ich sprzedaży stanowiła czeska żywność. W następnych latach ta kwota ma wzrastać co roku o trzy punkty procentowe, aż w 2028 roku osiągnie 73 procent.

Oprócz rządzącej w Pradze mniejszościowej koalicji ruchu ANO premiera Andreja Babisza i socjaldemokracji za nowelizacją głosowali zarówno komuniści, jak i partia SPD (Wolność i Demokracja Bezpośrednia) Tomio Okamury z drugiego krańca politycznego spektrum, oraz posłowie niezrzeszeni. Ustawę musi zatwierdzić jeszcze Senat i podpisać prezydent. Jeśli ją odrzucą, ich weta łatwo będzie obalić. Do tego wystarczy połowa liczby wszystkich posłów plus jeden. Zwolenników nowej regulacji w sejmie jest jednak znacznie więcej. Łącznie mają dwie trzecie mandatów.

Potrójnie złe rozwiązanie

Posłowie wcale nie przejęli się głosem ambasadorów ośmiu państw UE, w tym Polski i Niemiec, ale także Francji, Hiszpanii i Włoch, którzy już 2 grudnia wyrazili zaniepokojenie planowanymi zmianami. We wspólnym liście do szefa sejmowej komisji rolnej Jarosława Foltynka z ANO ostrzegli oni, że "jakiekolwiek kwoty na żywność będą prawdopodobnie sprzeczne z prawnymi przepisami UE dotyczącymi swobodnego ruchu towarów". Pod koniec minionego tygodnia przeciwko zamierzonej regulacji protestowały też trzy międzynarodowe izby gospodarcze: niemiecko-, francusko- i włosko-czeska.

- To rozwiązanie jest złe z trzech powodów - tłumaczy w rozmowie z DW prezes czeskiego Stowarzyszenia Handlu i Turystki Tomász Prouza. - Po pierwsze, kwoty oznaczają, że ludzie zostaną pozbawieni prawa do kupowania tego, co chcą. Po drugie, kiedy nasi agrobaronowie pozbędą się już zagranicznej konkurencji, wtedy podniosą ceny i będą mieć w nosie jakość. A trzecim problemem jest fakt, że czeska gospodarka eksportem stoi i jest absolutnie uzależniona od istnienia europejskiego jednolitego rynku wewnętrznego.

Wbrew czeskim interesom

Na ten ostatni punkt w rozmowie z DW zwraca też uwagę dyrektor Niemiecko-Czeskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Bernard Bauer: - Równo cztery piąte czeskiego eksportu idą na rynki unijne. A zatem nie może leżeć w czeskim interesie ograniczanie wolności rynku wewnętrznego kwotami. A już na pewno nie leży ono w interesie czeskiego konsumenta, który w efekcie może ujrzeć puste półki w czeskich sklepach.

Czescy producenci mogą mieć problem z ich zapełnieniem, uważa Prouza. - Tego się po prostu nie da zagwarantować - ubolewa, wskazując, że Czechy są samowystarczalne jedynie w produkcji mleka, piwa, mięsa wołowego i mąki, czyli pieczywa.

Wytwarzają ich nawet więcej, niż są w stanie zjeść i wypić. Ale już warzyw i owoców uprawiają daleko mniej, niż potrzeba. W zależności od tego, czy chodzi o pomidory, cebulę, czy jabłka, produkcja pokrywa od jedynie jednej piątej, jednej czwartej do co najwyżej połowy konsumpcji. Czeska produkcja wieprzowiny odpowiada połowie krajowego zapotrzebowania, drobiu dwóm trzecim, a ziemniaków trzem czwartym.

- Możemy ją zwiększyć o kilka procent, ale nie dwu- lub trzykrotnie - mówi Tomász Prouza. - W dolinie Łaby, gdzie uprawia się większość czeskich warzyw, już dziś brakuje wody, by nawadniać już istniejące uprawy. I nie zwiększymy produkcji w zimie, bo nie ma szklarni.

Fatalny sygnał

W czasach pandemii czeski sejm obraduje z reguły w składzie zredukowanym do niemal połowy, przy czym liczba posłów opozycji i koalicji jest pomniejszana proporcjonalnie. Pewnie z tego powodu w głosowaniu nad nowelizacją ustawy nie wziął udziału premier Babisz. A potem nazwał ją nonsensem, choć - z jednym wyjątkiem - wszystkie posłanki i wszyscy posłowie ruchu ANO, któremu przewodzi, głosowali za nowelizacją. "Ja się z tym oczywiście nie zgadzam (...) to stoi w sprzeczności z prawem europejskim", powiedział dziennikarzom.

W szczerość tej wypowiedzi Prouza nie wierzy: - To jest tylko gra. Przecież gdyby to przeszło, najwięcej by zyskał jego Agrofert - mówi. To największy czeski koncern rolno-spożywczy stworzony przez Babisza, który po zarzutach, że jako premier i jego właściciel znajduje się w sytuacji konfliktu interesów, przekazał go dwóm funduszom powierniczym. Ale wciąż jest podejrzewany, że ma pośredni wpływ na firmę.

Zdaniem Prouzy, "agrobaronom" chodzi nie tylko o pozbycie się zagranicznej konkurencji, ale i o argument na rzecz dotacji narodowych na zwiększenie produkcji rolnej. - Dla Agrofertu jest to szczególnie ważne, gdyż z powodu konfliktu interesów Babisza może stracić dotacje europejskie. A wtedy mógłby je zastąpić czeskimi.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

- Nadzwyczaj trudno rozumieć cel tej ustawy inaczej, niż w ramach wewnątrzpolitycznego sporu, rozgrywanego kosztem europejskiego rynku wewnętrznego - mówi szef Niemiecko-Czeskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Bauer. - W tym sensie ta ustawa śle europejskim partnerom fatalny sygnał, który może osłabić zarówno sam kraj, jak i jego politycznych przedstawicieli.

Aureliusz M. Pędziwol


Dowiedz się więcej na temat: handel zagraniczny | Czechy | rolnictwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »