Reklama

Czego się boi KNF?

Rodzi się pytanie o rolę i rzeczywisty wpływ Komisji Nadzoru Finansowego na kształtowanie praktyki działania banków w Polsce. Czy KNF pełniła rolę "przykrywki", ciała kontrolującego, ale karzącego wszystkich, tylko nie... banki? W swojej historii Komisja ukarała wiele podmiotów, ale żadnego banku.

Reklama

Ustawa z 2006 r. powołała Komisję Nadzoru Finansowego, która zaczęła działać 1 stycznia 2008 r. (jest następcą Komisji Nadzoru Bankowego). KNF sprawuje nadzór: nad sektorem bankowym, rynkiem kapitałowym, ubezpieczeniowym i emerytalnym, nad instytucjami płatniczymi i biurami usług płatniczych oraz instytucjami pieniądza elektronicznego.

Nadzór w teorii

Do zadań Komisji należy ponadto:

o podejmowanie działań służących prawidłowemu funkcjonowaniu rynku finansowego,

o podejmowanie działań mających na celu rozwój rynku finansowego i jego konkurencyjności,

o podejmowanie działań edukacyjnych i informacyjnych w zakresie funkcjonowania rynku finansowego,

o udział w przygotowywaniu projektów aktów prawnych w zakresie nadzoru nad rynkiem finansowym,

o stwarzanie możliwości polubownego i pojednawczego rozstrzygania sporów między uczestnikami rynku finansowego, w szczególności sporów wynikających ze stosunków umownych między podmiotami podlegającymi nadzorowi Komisji a odbiorcami usług świadczonych przez te podmioty.

Ostrzegała już KNB

Tyle teorii. Jak to wygląda w praktyce, widać na przykładzie kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich, które obecnie budzą tak dużo emocji i uderzają w wielu obywateli, którzy zamiast płacić obiecaną ratę w wysokości "x", płacą prawie dwa razy tyle, a kapitał do spłaty zamiast zmniejszać się - powiększył. Słabnie wiara w możliwość spłaty takiego kredytu-zombie. Już w 2005 r. KNB ostrzegała banki (brak było ostrzeżeń dla klientów):

"Przedmiotem wzmożonej uwagi KNB w 2005 r. były: rosnące zaangażowanie banków w finansowanie rynku nieruchomości i znaczny wzrost kredytów walutowych. W ocenie Komisji zbyt wysoki poziom kredytów walutowych stał się dużym zagrożeniem dla stabilności polityki kredytowej prowadzonej przez banki. Stanowisko nadzoru bankowego w tej kwestii przekazywane było bankom w stosownych wystąpieniach i znalazło odzwierciedlenie w opracowanym projekcie rekomendacji".

Chwilowe zrównanie ryzyka

Poprzedniczka KNF ostrzegała banki przed zbytnim angażowaniem się w ryzykowną dla nich samych akcję kredytową. Co na to banki? Zaprotestowały!

W kolejnym raporcie KNF czarno na białym przedstawiła bankom, w tym również tym, które ryzyka dla klienta nie byłyby świadome, czym może grozić udzielanie kredytów denominowanych we frankach na masową skalę. Banki nie pożyczały franków, a tylko przeliczały te kredyty po ich kursie, dodając swój spread (marżę) i LIBOR (zwany wskaźnikiem, w rzeczywistości również marżę). Efekt? Wprowadzona następnie Rekomendacja S ograniczyła na chwilę akcję, jednak nie przez same banki, a przez rynek. Przez chwilę kredyty w złotówkach były niemal równie (mało) atrakcyjne, jak te denominowane we frankach.

Wkrótce jednak podwyżka stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej z jednoczesnym obniżeniem stóp przez jej odpowiednik ze Szwajcarii spowodowały, że Polacy znowu myśleli (przekonywani przez niezliczonych pracowników banków i doradców, nagradzanych dodatkowymi premiami za ten produkt - i niektórych "niezależnych" ekspertów) o frankach.

KNF rezygnowała z obostrzeń

W 2010 r. na portalu Finanse.nowy-biznes.com czytamy: "W zamyśle KNF Rekomendacja S miała doprowadzić do ograniczenia udziału kredytów walutowych w portfelach polskich banków, lecz tak się nie stało. Jeszcze dwa lata temu kredyty denominowane w walutach obcych należały do najchętniej zaciąganych przez Polaków zobowiązań. Ten fakt zmusił Komisję Nadzoru do zaostrzenia wymagań. W ogłoszonym w lecie 2010 r. projekcie nowelizacji dyrektywy Komisja wystąpiła z propozycją obligatoryjnego ograniczenia udziału kredytów walutowych w ofertach banków do 50 proc.

Jak można się domyślić, ta propozycja spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem bankowców. Związek Banków Polskich w opublikowanym w sierpniu zeszłego roku stanowisku wskazywał na negatywne dla sektora bankowego skutki tego rozwiązania (problemy banków z płynnością, wzrost cen złotego na rynku międzybankowym). Argumentował również, że wprowadzenie w życie limitu znacznie ograniczałoby dostęp do finansowania opartego o waluty obce i byłoby działaniem niekorzystnym dla klientów. Ostatecznie więc KNF wycofała się z tego pomysłu".

Finalnie KNF nie oparła się zdaniu banków.

Jak informowały banki?

Moglibyśmy już w tym miejscu zadać sobie pytanie o rolę Komisji w stosunku do samych klientów. Ale czytajmy dalej: "Ubiegłoroczne perturbacje związane z rynkiem walutowym przyczyniły się natomiast do bardziej rygorystycznego podejścia przez KNF do Rekomendacji S II. Warto w tym miejscu przypomnieć, iż ta obowiązująca od 1 kwietnia 2009 r. dyrektywa obligowała banki do rzetelnego informowania klientów o zasadach wyliczania wysokości spreadów oraz obciążeniach i ryzyku związanym z istnieniem różnic między kursem sprzedaży a kursem kupna walut obcych. Jednak w praktyce banki takich danych klientom nie udostępniały, stosując jednocześnie politykę zawyżania spreadów. Obecnie bank ma ustawowy obowiązek informowania kredytobiorcy o wysokości spreadu i musi wpisać te dane do umowy kredytowej". Czy wpisywał? W mojej nie ma o tym ani słowa, a pracownik banku nie zająknął się o tym, nie przedstawił też żadnej symulacji.

Produkty wysokiego ryzyka

Kiedy mleko się rozlało, a banki nie posłuchawszy mądrych skądinąd rad Komisji, udzieliły 700 tysięcy takich kredytów, tysiące klientów zaczęło się zastanawiać, jak to możliwe, że sprzedano im produkt wysokiego ryzyka, pomimo że sam bank, a teraz jak się okazuje i Komisja Nadzoru Finansowego, były świadome wielkości tego ryzyka.

Dlaczego Komisja w Rekomendacji S nakazała bankom, by przy obliczaniu zdolności kredytowej klienta podwyższały one ryzyko o 20 proc. w stosunku do zdolności tego samego klienta w złotówkach? A gdzie różnica, owe 30 proc., która okazała się zabójcza dla wielu kredytobiorców "wpuszczonych" w te kredyty?

To wszystko rodzi podstawowe dla nas, klientów i obywateli pytanie: kogo broni KNF? Jak wiadomo jest to jednostka utrzymywana ze środków budżetowych (naszych podatków), kontrolowana przez rząd. Tymczasem przez ostatnie kilka lat broni wyłącznie banków.

Mimo jasności sytuacji co do ryzyka, na jakie banki narażały klientów udzielając takich kredytów, mimo rekomendacji i prób wpłynięcia na banki, te ostatnie nic sobie z tego nie robiły. A obecnie? Komisja nadal stoi na straży interesu banków, pod pozorem utrzymania ich zysków (bo "strata" banków to tak naprawdę utrata ich nadmiernych zysków) i stabilności systemu bankowego i naszej waluty... Brzmi znajomo?

Tomasz Sadlik

Autor jest pisarzem, tłumaczem, założycielem stowarzyszenia Pro Futuris

Kliknij i pobierz darmowy program PIT 2013

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »