Reklama

Dramatyczny wyścig energetyki z cenami CO2

Ceny uprawnień do emisji CO2 na początku lipca ponownie zbliżyły się do kolejnej psychologicznej granicy - 60 euro za tonę. Pochód cen jest tak szybki, że już w zaledwie kilka lat może wywrócić polską energetykę do góry nogami, a przewidywania mówią nawet o przekroczeniu bariery 100 euro. Prądu z węgla nie będzie się opłacało produkować, albo nikogo na niego nie będzie stać. Czeka nas dramatyczny wyścig zmian w energetyce z tempem wzrostu cen CO2.

Po krótkim okresie wytchnienia, kiedy ceny uprawnień oscylowały wokół 50 euro, ponownie ruszyły jak z kopyta i doszły do ok. 58 euro (dla porównania trzy lata temu notowane były po 17 euro). W skali zaledwie miesiąca oznacza to zwyżkę aż o 10 proc., od początku roku - 76 proc., a w ostatnich dwunastu miesiącach zawrotne 106 proc.

Za tymi kilkoma suchymi liczbami kryje się groźna perspektywa skokowej dekarbonizacji krajowej energetyki, która nie udźwignie takich cen, bo nie przerzuci ich ani na gospodarstwa domowe, ani na przedsiębiorców. Niestety, wielka zasługa w tym całej krajowej klasy politycznej, która straciła przynajmniej ostatnią dekadę na bronieniu pozycji węgla w energetyce i hamowaniu rozwoju Odnawialnych Źródeł Energii (OZE). Program atomowy nadal mamy w powijakach, energetyka gazowa dopiero się rozpędza, więc "tu i teraz" na własne życzenie mamy ogromny problem, który położy się cieniem nie tylko na naszych rachunkach za energię, ale także konkurencyjności przemysłu, tak ważnego w odbudowie gospodarki po pandemii COVID-19. 

Reklama

Co więcej, dla regionów górniczych i związanych z wytwarzaniem energii z węgla kamiennego i brunatnego, to szalenie niebezpieczna perspektywa, bo nie zdążą się one "przestawić" biznesowo i społecznie. Niestety, jak na razie nie widać żadnego światełka w tunelu, a wieści z notowań CO2 - jeśli wierzyć przewidywaniom - będą tylko gorsze. To samo dotyczy presji politycznej na ograniczenie redukcji CO2 w Unii i tempa dochodzenia do celu neutralności klimatycznej w 2050 roku.

Zatem nie ma wyjścia - trzeba radykalnie przyśpieszyć przestawianie naszej gospodarki na źródła nisko - i zeroemisyjne. Jednak przy takim dynamicznym tempie wzrostu cen uprawnień do emisji CO2 to już prawdziwy wyścig z czasem, który nie zajmie wcale dwóch-trzech dekad, tylko co najwyżej jedną, a być może jeszcze krócej. 

W efekcie, ostatnia polska kopalnia węgla kamiennego wcale nie zostanie zamknięta dopiero w odległym 2049 roku, jak chce rząd i branża górnicza, ale znacznie szybciej, ponieważ skokowo spadnie zapotrzebowanie na krajowy węgiel, często niskiej jakości i wydobywany w coraz trudniejszych warunkach geologicznych, a śmiertelną konkurencją dla niego będzie importowany surowiec, nie tylko z kierunku wschodniego. Gdy energetyka wypadnie z gry jako kluczowy odbiorca węgla, inne krajowe branże potrzebujące tego surowca - przemysł chemiczny czy farmaceutyczny - nie udźwigną zwiększonej podaży, bo odpowiadają z grubsza za 30 proc. krajowego popytu. Skąd takie czarne prognozy dla węglowej energetyki?

Przede wszystkim pojawiają się coraz bardziej zaskakujące prognozy wzrostu cen CO2, wspierane coraz mocniejszymi głosami politycznymi w Unii Europejskiej. W perspektywie 2030 r. mówi się już nie tylko o poziomie 70 euro, który obecnie wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale 100, a nawet... 150 euro! Taki scenariusz byłby gwoździem do trumny energetyki opartej na węglu, ale także źródłem problemów dla wielu innych energochłonnych branż (np. nawozowej czy cementowej). 

Uprawnieniami do emisji handluje się w ramach europejskiego systemu ETS, który faktycznie stał się zwykłym rynkiem giełdowym, opartym o prawa popytu i podaży, ale także - ostatnio przede wszystkim - o gigantyczne spekulacje, bo do gry weszły duże fundusze inwestycyjne, którym wcale nie zależy na nabywaniu praw w celu wykorzystania, tylko zarobku na różnicach cen. Oliwy do ognia dolał dwa miesiące temu komisarz ds. klimatu UE Frans Timmermans, który uznał tak wysokie ceny uprawnień jeszcze za... zbyt niskie, aby sprzyjały realizacji ambitnych celów klimatycznych. Inwestorzy na giełdach odczytali to jednoznacznie jako sygnał, że nie będzie na tym rynku żadnych interwencji, aby wyhamować spekulacje windujące ceny, bo jest to rękę politykom. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że politycy unijni zawarli niepisany pakt z giełdowymi spekulantami, którzy wzięli sobie na cel uprawnienia do emisji CO2, bo windując notowania, to oni wykonują "brudną robotę" dekarbonizacyjną w całej Unii. Przyczyniło się do tego uznanie przez regulatorów praw do emisji za instrumenty finansowe, takie jak każde inne, np. akcje, obligacje czy pochodne. Tak samo spekulanci zaregowali "entuzjastycznie" na unijne plany zaostrzenia celu redukcji emisji CO2 do 2030 roku z 40 do 55 proc. (względem 1990 r.), co będzie kolejnym elementem przyśpieszającym dekarbonizację.

Unia Europejska stara się być globalnym liderem w redukcjach emisji CO2, mimo że odpowiada jedynie za ok. 10 proc. emisji. System handlu emisjami ETS jest czysto unijnym pomysłem (kto przy produkcji np. energii czy nawozów emituje zanieczyszczenia, bo spala np. węgiel czy gaz, ten musi za to zapłacić prawami do takich emisji). 

Tymczasem najwięksi truciciele - USA, Chiny, Rosja i Indie - nie ponoszą kosztów z tego tytułu i osiągają przewagę gospodarczą. Być może sposobem jej zneutralizowania będzie planowany tzw. unijny podatek węglowy, ale droga do jego wprowadzenia jest jeszcze bardzo daleka, a skutkiem może być kolejna wojna handlowa.

Co z tego wyniknie dla Polski? Założenia przyjętej zaledwie w lutym tego roku rządowej "Polityki energetycznej Polski do 2040 r." (PEP2040) mogą już wkrótce okazać się w wielu punktach nieaktualne, bo padną ofiarą galopujących cen CO2. Według rządowych szacunków, dopiero w 2040 roku ponad połowę zainstalowanych mocy w energetyce stanowić będą źródła zeroemisyjne, co w praktyce oznacza konieczność odblokowania inwestycji w lądowe wiatraki, nieutrudniania rozwoju fotowoltaiki, mocne i przyśpieszone wejście w morskie farmy wiatrowe oraz zbudowania wreszcie siłowni jądrowych. 

Tymczasem do 2040 roku może dojść także do faktycznej dekarbonizacji drugiej połówki miksu energetycznego i pojawia się wielkie pytanie: czym zostanie tak szybko zastąpiony tam węgiel? Czy zdążymy np. na morzu zbudować odpowiednie moce wiatrowe? Prąd z pierwszej atomówki ma popłynąć - i to w optymistycznym scenariuszu - dopiero w 2033 r.

W efekcie podjęta już przebudowa polskiego systemu elektroenergetycznego w kierunku OZE, atomu i gazu może okazać się koszmarnie spóźniona na tle rosnących cen CO2. Według PEP2040 w 2030 roku udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej nie będzie przekraczać 56 proc., ale przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 spadnie do nawet 37,5 proc. Tyle że mamy dopiero połowę 2021 roku, a ceny uprawnień do emisji CO2 już tak odleciały, że być może wcale nie pod koniec tej dekady nie będzie już mowy o dalszym utrzymywaniu energetyki węglowej, ale już za dwa-trzy lata. Oby taki czarny scenariusz się nie spełnił, bo jako gospodarka i społeczeństwo zapłacimy koszmarny rachunek za lata politycznych i biznesowych zaniechań w szybszym przestawianiu energetyki z węgla na nisko- i zeroemisyjne źródła. 

Niestety, obecnie czas do kresu węglowej energetyki odmierza wzrost cen uprawnień do emisji CO2, na który po prostu nie mamy wpływu. Fakt, że po trzech dekadach transformacji gospodarczej nadal ok. 70 proc. wytwarzanej energii pochodzi z węgla kamiennego i brunatnego staje się gigantycznym wyzwaniem dla całego naszego kraj.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »