Reklama

Dwa półwyspy, które mogą zatrząść Europą

Kiedy w 2008 roku "Financial Times" użył terminu PIGS (ang. skrót od nazw państw i z ang. świnie - red.) narzekając na Portugalię, Włochy, Grecję i Hiszpanię - kraje, które przekroczyły dopuszczalną wielkość deficytu finansów publicznych, na południu Europy zawrzało. Interweniowali nawet politycy. Jedenaście lat od rozpoczęcia kryzysu gospodarczego nad Unią Europejską znów zbierają się ciemne chmury. Coraz głośniej mówi się, że Hiszpanie nie są w stanie spłacić swoich długów, a Włochy w każdej chwili mogą pogrążyć kontynent w chaosie.

Reklama

Zdjęcie euro na tle, którego hiszpański dziennikarz głównego wydania Wiadomości wylicza przyczyny nadchodzącego kryzysu gospodarczego: spadek produkcji samochodów, zły stan przemysłu, Brexit, wojny handlowe. - Burza może nas zaskoczyć z małą parasolką w ręku, bo wciąż mamy wysokie bezrobocie i dług publiczny - podkreśla dziennikarz.

Hiszpanie obawiają się najgorszego. Z sondażu przeprowadzonego w listopadzie przez dziennik "El Pais" wynika, że ponad 80 proc. społeczeństwa uważa, że najpóźniej za trzy lata w kraju wybuchnie kolejny kryzys, który wepchnie gospodarkę w recesję.

Hiszpanie na różowej chmurce

W 2008 roku o hiszpańskim kryzysie mówiło się, że ogłoszono go z opóźnieniem, bo nikt nie chciał przerywać fiesty. Hiszpanie przez długie lata żyli ponad stan. Jeśli brakowało im pieniędzy, to bank z uśmiechem udzielał kolejnych pożyczek i dawał karty kredytowe z odroczoną spłatą. Wbrew obowiązującym regulaminom większość banków i kas oszczędności finansowała zakupy mieszkań nie wymagając własnego wkładu. Popyt na nie rósł. W 2002 roku, po wejściu euro, kiedy według szacunkowych danych Ministerstwa Skarbu pod materacami zostało ponad 160 miliardów "szarych" euro (równowartość jednej czwartej PKB z 2001 roku), nieruchomości stały się obiektem spekulacji. W ciągu pierwszego półrocza 2002 r. ich cena wzrosła o 14 procent (depozyty bankowe rosły średnio o 2 proc.), potem bańka nieruchomości pęczniała jeszcze szybciej.

Z rekordowej ilości budowanych mieszkań cieszył się najpierw prawicowy premier Jose Maria Aznar (PP), a potem lewicowy Jose Luis Zapatero (PSOE). I wszyscy, łącznie z Niemcami, zazdrościli Hiszpanom tempa rozwoju. Nikt zdawał się nie słyszeć ostrzegawczych sygnałów wysyłanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Brukselę. Nikomu też nie chciało się analizować posunięć największych instytucji finansowych kraju, na przykład Banku Santander, który trzy lata przed załamaniem rynku pozbył się wielu ze swoich emblematycznych siedzib (najpierw je odnajął, a potem, kiedy nieruchomości straciły wartość, odkupił za pół ceny).

Kiedy nadszedł kryzys, w czwartej gospodarce strefy euro na pękającą bańkę nieruchomości nałożyły się brak czujności nadzoru bankowego i ignorancja rządzących. Ówcześni ministrowie mieli zakaz używania słowa "kryzys". Wyraz ten nieopatrznie wymknął się dopiero w połowie 2008 roku szefowi finansów Pedro Solbesowi. Cztery lata później gabinet Mariano Rajoya (PP), chcąc uniknąć katastrofy, przyjął 50 miliardowy pakiet pomocowy, z którego wykorzystał 37 mld euro.

Wcześniej w ślady Hiszpanii poszła 11 milionowa Grecja, której udziały w unijnym PKB wynoszą niespełna 1,5 proc. W 2009 roku wyszło na jaw, że w kraju zawyżono statystyki dotyczące sytuacji gospodarczej. Okazało się, że Grecja od dawna pogrążona jest w recesji, a deficyt sektora publicznego wynosi 13 proc. PKB - o 7 punktów procentowych więcej od wielkości podawanej wcześniej. Unia Europejska bardzo szybko zorientowała się, że problem Aten nie jest wewnętrznym kłopotem kraju. Wartość pierwszej transzy pomocowej dla Grecji wyniosła 30 mld euro i jeszcze tego samego roku wzrosła do 110 mld euro. Wkrótce pierwszy program pomocowy został zastąpiony drugim a od sierpnia 2015 r. zaczął obowiązywać trzeci, który zakończył się dopiero kilka miesięcy temu (08.2018).

Po Grecji w tarapaty wpadła 11-milionowa Portugalia. Powodem kłopotów było przede wszystkim opóźnienie reform gospodarczych. Wprawdzie gospodarka rosła tam średnio 4 proc. w skali roku, ale fundusze unijne zostały wykorzystane głównie na poprawę jakości życia. Mieszkańców do niedawna jednego z biedniejszych krajów Europy Zachodniej stać było na podróże, kupno samochodów i zakupy. Jak grzyby po deszczu wyrastały centra handlowe, przybywało autostrad, a pracownicy sektora publicznego zapomnieli czym jest strajk, bo rząd dbał o ich spokojną egzystencję.

Można powiedzieć, że Portugalia padła ofiarą globalizacji. Wraz z coraz wygodniejszym życiem rosły koszty pracy. Kraj na zachodzie Półwyspu Iberyjskiego przestał być manufakturą Europy i wiele zagranicznych firm przeniosło swoją produkcję do Azji i Europy Wschodniej. Sytuacja Portugalii nie wyglądała różowo już na początku XXI wieku, a kryzys gospodarczy ją dobił. Aby przetrwać Lizbona uzgodniła z MFW, EBC i Komisją Europejską trzyletni program pomocowy o wartości 78 mld euro. Kraj poddano terapii szokowej, obniżono pensje, podniesiono podatki, zamrożono najniższe emerytury a te wyższe zmniejszono o 10 proc. Zredukowano też zasiłki dla bezrobotnych.

Zawroty głowy na Półwyspie Apenińskim

Włochy wprawdzie w 2008 roku nie musiały prosić Brukseli o pieniądze, ale zaraz po gospodarczym trzęsieniu ziemi w Grecji, ówczesny szef Eurogrupy Jean Claude-Juncker ostrzegł Rzym przed nadmiernym zadłużeniem, które wg Eurostatu wynosiło w grudniu 2010 roku 1,84 bln euro (równowartość prawie 120 proc. PKB).

Trzecia pod względem wielkości gospodarka strefy euro (PKB kulejącej Grecji, a także Irlandii i Portugalii stanowią jedną trzecią gospodarki Włoch) od lat jest krajem najbardziej zadłużonym. Dwa lata po ogłoszeniu kryzysu tamtejsza gospodarka wpadła w recesję (PKB spadło o 5,2 proc.), wzrosło bezrobocie, zbankrutowało ponad 40 tys. firm, a mało wydajny przemysł stracił na konkurencyjności. Włoski Instytut Statystyczny (Istat) obwieścił, że kryzys finansowy i gospodarczy cofnął rozwój kraju o 10 lat. Eksperci uznali zaś, że rząd Silvio Berlusconiego, który w 2014 roku wprowadził oszczędności i reformy, zdecydował się na nie zdecydowanie za późno.

Obserwując ewolucję gospodarek południa strefy euro, można by powiedzieć, że pacjent zdrowieje choć wciąż jest osłabiony. Nawet Grecja - największa ofiara kryzysu a przede wszystkim własnych, nieroztropnych decyzji - w lipcu 2017 r. wyszła z recesji, a w 2018 r. wzrost gospodarczy kraju wyniósł 2 proc. Jej poprawę doceniły nawet rynki finansowe i międzynarodowe instytucje zajmujące się gospodarką. W pierwszej od zakończenia programu pomocowego emisji 5-letnich obligacji Grecja pozyskała 2,5 mld euro. Ich rentowność jest teraz na poziomie 3,6 proc. Dodatni wzrost - pół procent - zanotowała też w 2018 r. gospodarka Portugalii - kraju, który do naprawy błędów podszedł niemal z euforią, choć aby przetrwać, podczas kryzysu wyjechało z niego kilkanaście procent społeczeństwa. Wielu do Angoli, dawnej kolonii, gdzie ryzykowali bezpieczeństwem, ale zarabiali kilka razy więcej niż u siebie. Teraz wracają, bo bezrobocie spadło w Portugalii do 6,7 proc. (o połowę w porównaniu do 2016 r.).

Teoretycznie, cieszyć się powinna też Hiszpania - kraj który z pięcioletniej recesji (z roczną przerwą w 2010 r. na zerowy wzrost PKB) wszedł na najwyższy poziom wzrostu gospodarczego w strefie euro. Analizując skład PKB ekonomiści zwracają jednak uwagę, że topnieje w nim udział eksportu - podstawy wzrostu gospodarczego w latach kryzysu - a niebezpiecznie zwiększa się budownictwa, działu gospodarki który przyczynił się do pomnożenia skutków kryzysu. Nie najlepiej wyglądają też rezultaty zwalczania bezrobocia. Madrytowi udało się zmniejszyć je z rekordowego, 27-procentowego poziomu do 14,5 proc. Jednak bez pracy wciąż pozostaje 3,2 mln osób, a mimo starań kolejnych rządów 90 proc. nowych umów jest zawieranych na określony czas pracy, czasem na kilka dni (tzw. umowy śmieciowe). Specjaliści uważają też, że bezrobocie osiągnęło tzw. poziom strukturalny. Większość z szukających pracy nie ma kwalifikacji, a przez to szans na jej znalezienie.

Hiszpańscy ekonomiści obawiają się też o stan finansów kraju. W 2008 r. zadłużenie Hiszpanii wynosiło 60 proc. PKB, teraz jest o 36 pkt. procentowych wyższe i zwiększa się średnio o 30 mld euro rocznie. - Może dług odkupią od nas Marsjanie, bo sami go nie spłacimy. Statystyczny Hiszpan jest zadłużony na 27 tys. euro i rocznie spłaca 860 euro z oprocentowania długu publicznego - wyliczał ekonomista Santiago Nińo Becerra. Deficyt budżetowy w 2018 r. spadł wprawdzie poniżej 3 proc. PKB, ale nie do wymaganego przez Brukselę poziomu 2,2 proc. (w tym roku powinien wynieść 1,3; a wyniesie co najmniej 1,9 proc. PKB). Banco de Espana ostrzega, że wkrótce budżet nie poradzi sobie z emeryturami. Przez 6 ostatnich lat były one waloryzowane zaledwie o 0,25 proc. rocznie. Jednak lewicowy rząd Pedro Sancheza przywrócił waloryzację o wysokość inflacji i jak obliczono, w 2030 r. deficyt hiszpańskiego ZUS się podwoi. Problemy mają też teoretycznie uzdrowione banki, które nie wiedzą co zrobić z toksycznymi aktywami - nieruchomościami, których wartość została przed laty zawyżona i które nie znajdują nabywców.

Włosi zawiśli na włosku

Problem mają też Włochy. Przez spadek PKB w trzecim i czwartym kwartale 2018 roku kraj pogrążył się w tzw. technicznej recesji - trzeciej od 2011 roku. Bruksela wielokrotnie upominała Rzym, żeby na poważnie potraktował deficyt finansów publicznych i niebezpiecznie szybko rosnące zadłużenie kraju, którego wielkość przekroczyła już 140 proc. PKB. Narzekała też na spekulantów, którzy wykorzystują złą sytuację gospodarczą, rozpuszczają plotki dotyczące wydolności kredytowej kraju i sztucznie doprowadzają do wzrostu cen obligacji na mediolańskiej giełdzie. To głównie przez ich machlojki rentowność obligacji jest teraz najwyższa od 25 lat.

Bruksela obawia się zaś, że odkąd rok temu u steru rządów stanęli populiści (eurosceptyczne i antysystemowe partie: Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna) zadłużenie kraju - prawie 7-krotnie większe niż osłabionej Grecji - może wymknąć się spod kontroli. To zaś pod znakiem zapytania postawiłoby funkcjonowanie wielu banków. Jeśli kraj przestałby wywiązywać się ze zobowiązań, pod znakiem zapytania stanęłaby wydolność przede wszystkim włoskich i francuskich instytucji finansowych. Ze względu na delikatną sytuację notowania włoskich banków, które finansują finanse publiczne, w 2018 r. były czasowo zawieszane na giełdzie. Według MFW, w tym roku kraj ma się rozwijać w tempie 1,1 proc., a od 2020 r. tempo wzrostu ma nie przekroczyć 0,9 proc. PKB. Według ostatniego Eurobarometru aż 74 proc. Włochów źle ocenia sytuację gospodarczą swojego kraju. Gorzej o swojej gospodarce wypowiedzieli się w Eurobarometrze tylko Grecy.

Dla Włoch i Hiszpanii ten rok ma być najtrudniejszym od 2014 - ostrzegają ekonomiści. W obu krajach spada produktywność, rosną koszty wytwarzania, bo najczęściej model produkcyjny oparty jest nie o innowacje tylko o niskie płace i brak stabilności (albo: niepewności jutra). W III kwartale 2018 r. w Hiszpanii stworzono jedynie 3 tys. nowych miejsc pracy a włoska gospodarkę określono mianem "najgorszej ze wszystkich", nawet od greckiej.

- W Hiszpanii i we Włoszech brakuje polityki ekonomicznej, rozwiązań, które zwiększyłyby wydajność produkcyjną gospodarek. Idziemy do przodu, ale pozostali też idą - tłumaczy ekonomista Carlos Diaz. Eksperci ostrzegają przed powrotem kryzysu, który może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje niż w przypadku Grecji. Odżyły demony, mówiące o rozpadzie strefy euro. Mnożą się spekulacje na temat konsekwencji Brexitu i wojen handlowych. - Myślę, że Europa znajduje się w o wiele gorszej sytuacji ekonomicznej niż się spodziewaliśmy - powiedział ekonomista Santiano Nińo Becerra. I jako argument podał wyniki ekonomiczne za 2018 rok. Wzrost gospodarczy strefy euro wyniósł 1,8 proc., o 0,5 proc. mniej niż w 2017 r. Kataloński ekonomista postawił otwarte pytanie, kto kogo pierwszy wciągnie w przepaść: Europa Hiszpanię i Włochy czy odwrotnie.

Ewa Wysocka

Dowiedz się więcej na temat: euro | kryzys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »